Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Bailey vs Greene

Bailey vs Greene

Stary lis kontra młody wilczek to rywalizacja znana nie od dziś. Jeden z ważniejszych sprinterskich pojedynków pomiędzy mistrzem wszechwag a pretendentem odbył się w roku 1997 w Atenach. Podczas greckich mistrzostw świata młody Maurice Greene próbował zagrać na nosie ówczesnemu rekordziście świata na 100 metrów, starszemu o siedem lat, Donovanowi Bailiemu. Zanim doszło do tytułowego starcia, ten ostatni brał udział w innej wiekopomnej konfrontacji.

W drugiej połowie lat 90-tych męski sprint przeżywał prawdziwą klęskę urodzaju. Klęskę, ponieważ spośród wielu doskonałych lekkoatletów, takich jak Michael Johnson, Donovan Bailey, Maurice Greene, Frankie Fredericks, czy Ato Boldon trudno było wybrać tego jednego, najlepszego, najszybszego człowieka na globie. Walka o miano geparda w ludzkim ciele osiągnęła swój krytyczny poziom 1 czerwca 1997 roku. Tego dnia w kanadyjskim Toronto zorganizowano pojedynek Johnson vs Bailey na nietypowym dystansie 150 metrów. Miało być to jedyne w swoim rodzaju starcie mistrza olimpijskiego na setkę, z mistrzem na dystansie dwukrotnie dłuższym.

Wydarzenie przypominało bardziej medialne show typowe dla gal bokserskich, niż zawody lekkoatletyczne. Ówczesny prezydent IAAF Primo Nebiolo wprost nazwał taki wyścig cyrkiem. Zazwyczaj nieoficjalny tytuł najszybszego człowieka świata przypadał zwycięzcy igrzysk olimpijskich na sto metrów. W Atlancie 1996 złoto wywalczył reprezentujący Kanadę Bailey. I sprawa byłaby jasna, gdyby nie prowokacja amerykańskiego dziennikarza Boba Costasa, który podważał sukces mistrza olimpijskiego. Korespondent NBC podczas IO w Atlancie stwierdził, że to reprezentant USA Michael Johnson zwyciężając na 200 metrów z czasem 19.32 był szybszy - niż mistrz setki Donovan Bailey, który uzyskał 9.84 (dzieląc 19.32 przez 2, otrzymujemy 9.66 na sto metrów).

Nie trzeba być znawcą lekkoatletyki, żeby wiedzieć, że takie przeliczanie wyniku z 200 na 100 nie ma sensu, ponieważ zawodnik biegnący dwieście, drugą setkę pokonuje z pełnego biegu. Zaczepka Costasa podchwycona przez kibiców, szybko stała się jednak pretekstem do zorganizowania wyścigu Johnson vs Bailey, żeby raz na zawsze ustalić kto jest najszybszym biegaczem końca wieku. 1 czerwca 1997 roku stadion SkyDome zgromadził 30 tysięcy kibiców, a na specjalnie przygotowanej bieżni leżały 2 miliony dolarów. Za sam udział w wyścigu sprinterzy mieli bowiem zainkasować po 500000$, a zwycięzca dodatkowo okrągły milion. Wygrał Bailey, pewnie pokonując Johnsona, który w połowie prostej chwycił się za udo sygnalizując kontuzję mięśnia czworogłowego. Ile było w tym wyścigu prawdy, a ile medialnej „ustawki”, tego chyba nigdy się nie dowiemy.

- W mojej głowie ani przez moment nie było wątpliwości, że to ja jestem najszybszym człowiekiem na planecie. Zawsze powtarzałem, że ten wyścig pokaże słabość Johnsona (…) Jest kurczakiem. Zatrzymał się nie przez kontuzje, ale dlatego, że bał się porażki w normalnej rywalizacji. Jest kurczakiem. Moim zdaniem ten wyścig powinien zostać powtórzony i wtedy mógłbym jeszcze raz skopać mu tyłek - komentował zaraz po biegu Bailey.

Zwycięzca mógł zatem przez kolejne tygodnie mówić o sobie – zupełnie bez oporów - per najszybszy człowiek świata. Zawodowy sportowiec musi się jednak ciągle potwierdzać i już w sierpniu 1997 roku czekał na reprezentującego Kanadę sprintera kolejny test – MŚ w lekkoatletyce. A tam dość niespodziewanie na największego konkurenta do złota wyrósł, wcześniej nieznany szerszej publiczności, lekkoatleta z amerykańskiego Kansas City.

Kiedy Johnson i Bailey wystawiali sprinterskie przedstawienie kanadyjskiej publiczności, do zbliżających się mistrzostw USA formę wykuwał niedoszły futbolista Maurice Greene. 13 czerwca w Indianapolis podczas US Championships Greene pobił rekord mistrzostw wynikiem 9.90 i stało się jasne, że podczas sierpniowych MŚ to właśnie Amerykanin będzie jednym z faworytów do victorii.

Greene pierwszy raz rozprawił się z granicą 10 sekund już w roku 1995 w Austin. Sęk w tym, że wiało wówczas 5 m/s w plecy, więc teksański występ trudno zaliczyć do miarodajnych. W sezonie 1996 sprinter nie błyszczał, kończąc mistrzostwa kraju dopiero na siódmej pozycji... w biegu ćwierćfinałowym (10.18). Chyba mało kto przypuszczał, że już rok później ten sam lekkoatleta okaże się najszybszym człowiekiem w Stanach i otrzyma prawo walki o tytuł mistrza świata. Najwięcej wiary w Maurice'a pokładał jego starszy brat Ernest, który sam w przeszłości był klasowym sprinterem. Pod koniec lat 80–tych ochrzczono go nawet mianem najszybszego człowieka w Kansas City. A że Maurice już od najmłodszych lat kochał rywalizację, to od dzieciństwa za wszelką cenę starał się dorównać bratu.

- Jedynym sprinterem, który się dla mnie liczył, był mój brat. Muszę to wytłumaczyć. Widziałem Carla Lewisa, który wygrywał igrzyska olimpijskie, ale nie mogłem go dotknąć, nie miałem z nim żadnej relacji, nie mogłem z nim porozmawiać... Ale kiedy dorastałem, widziałem przykład mojego brata, mieliśmy bliską relację. Mogłem z nim porozmawiać, o nim czytałem w lokalnej prasie, o nim rozmawiali wszyscy w Kansas City i to dzięki niemu jestem dziś takim a nie innym człowiekiem - wspominał kilka lat temu młodszy z braci Greene.

Komentatorzy sportowi często powtarzają, że historia lubi się powtarzać. Pojedynek Greene-Bailey miał szansę stać się powtórką z rozrywki, bo przecież raptem dekadę wcześniej sportowy świat rozgrzewały batalie Amerykanina Carla Lewisa z reprezentującym Kanadę Benem Johnsonem. W ich pojedynku wszech czasów, który na pewno kiedyś opiszemy, rozegranym w 1988 roku na igrzyskach olimpijskich, górą był Johnson, tyle że krótko potem światem wstrząsnęła afera dopingowa, w której obsadzono go w głównej roli...

tabelkagreenbailey.jpg Jednak tamte czasy pamiętał lepiej Bailey i na pewno zarówno on, jak i cała kanadyjska lekka atletyka, próbowała przez lata zdrapać z siebie piętno Johnsona. Tyle że im bliżej było do lekkoatletycznego mundialu 1997, tym ciemniejsze chmury zbierały się nad obrońcą tytułu z Göteborga i ówczesnym mistrzem olimpijskim. Bailey wygrał co prawda lipcowe mistrzostwa Kanady, ale w starciu z międzynarodową obsadą podczas meetingu w Lozannie finiszował na trzeciej pozycji z wynikiem 9.97. Przegrał między innymi z Greenem, który identycznie jak na mistrzostwach USA, wykręcił 9.90. Później przyplątały się jeszcze problemy zdrowotne, z wysoką gorączką i rozstrojem żołądka włącznie. Ostatecznie wychudzony (a może po prostu „wyżyłowany”) Bailey dotarł do Aten – jednak tam rozkręcał się powoli. Zaczął od wyniku 10.17 w eliminacjach, przez 10.10 w ćwierćfinale, żeby już w półfinale trafić na Greene'a.

W pierwszym z dwóch półfinałów pewnie triumfował niesamowity Ato Boldon (jeszcze w  ćwierćfinale uzyskał 9.87!), który na końcówce rozglądał się na boki, jakby pytając – „Gdzie jesteście, czy ktoś w ogóle jeszcze ze mną biegnie?” Reprezentant Trynidadu i Tobago uzyskał równe 10.00 pokonując drugiego Ezinwę o 15 setnych sekundy. Półfinał z Greenem i Bailim miał dużo bardziej emocjonujący przebieg.

Lepiej wystartował doświadczony mistrz, ale końcówka należała już do młodego pretendenta. Wygrał Greene, po raz czwarty w sezonie zatrzymując zegar na równym 9.90. Bailey przeciął końcową linię raptem setną sekundy później, z rekordem sezonu 9.91. Wpadając na linię mety panowie w pełnym pędzie wymienili się wymownymi spojrzeniami. Potem sprawiali wrażenie niezwykle zadowolonych z siebie, a obrońca tytułu mistrzowskiego krzyknął do dziennikarzy – „I'm back!”. Mimo porażki w półfinale to nadal Donovan Bailey pozostawał dla wielu ekspertów największym faworytem do złota. Nadszedł 3 sierpnia.

Maurice Greene znany był ze swojego nieszablonowego zachowania przed wejściem w bloki. Poruszał się jak rozzłoszczony byk na chwilę przed rozpoczęciem korridy, wystawiał język i bujał się niczym raperzy w teledyskach 50 Centa. Jednak w finałowym wyścigu w Atenach był dopiero na początku swojej efektownej kariery. Przed wystrzałem startera, 3 sierpnia 1997 roku był więc jeszcze dość stonowany w okazywaniu emocji. Wyjątkowo skupiony stał też Bailey, który jedynie uniósł wysoko dłonie podczas prezentacji, a następnie patrzył już tylko przed siebie, na linię mety.

Panowie uklękli w blokach bark w bark, na sąsiednich torach - trzecim i czwartym. Tym razem, w przeciwieństwie do półfinału, zdecydowanie lepiej wystartował Greene. Jednak wcześniej wyprostował się Bailey. W drugiej części dystansu wydawało się, że stary mistrz nabiera rytmu i rzutem na taśmę dogoni młodziana. Nic takiego ostatecznie się nie wydarzyło. Maurice Greene został mistrzem świata z wyrównanym rekordem mistrzostw – 9.86 (0.02 wolniej od ówczesnego rekordu świata). Bailey, w porównaniu do półfinału nieco usztywniony, ponownie finiszował jako drugi, ponownie z 9.91. Kanadyjczyk zrobił co w swojej mocy, przygotował najlepszą formę w sezonie na mundial, mimo osłabienia i utraty wagi świetnie zaprezentował się w Atenach - jednak 3 sierpnia 1997 roku Maurice Greene był bezapelacyjnie najszybszym człowiekiem globu.


Zaraz po biegu nie było gratulacji ze strony największego rywala. Amerykanin padł za to w objęcia mistrza 200 metrów Ato Boldona, z którym razem trenowali w amerykańskiej grupie Hudson Smith International. Potem otoczony przez wianuszek fotoreporterów, mimo prób zatrzymania przez ochronę, ruszył na rundę honorową po ateńskiej bieżni.

To były prawdziwe narodziny gwiazdy światowego sprintu i jednocześnie wyprawienie na sportową emeryturę dotychczasowego króla stu metrów. W kolejnych sezonach Bailey coraz rzadziej łamał 10 sekund, podczas gdy Greene w roku 1999 ustalił rekord świata na 9.79, mistrzem świata zostawał jeszcze dwukrotnie (w Sewilli i Edmonton), zaś mistrzem olimpijskim w 2000 roku w Sydney. Utrwalił się też jego stadionowy przydomek „Kansas Cannonball” („Kula armatnia z Kansas”) oraz wizerunek rozzłoszczonego byka na chwilę przed wystrzałem startera.

Tam gdzie pojawiają się sprinterzy osiągający niebotyczne prędkości, tam również pojawiają się podejrzenia o doping. Wśród mistrzów i rekordzistów świata na setkę trudno znaleźć takich, co do których nie byłoby wątpliwości odnośnie stosowania niedozwolonych substancji. Sam Donovan Bailey w roku 2013 powiedział brytyjskiemu Daily Mail, że w latach 1993-2013 było jedynie dwóch „czystych” sprinterów – on i Usain Bolt:

- Każdy sportowiec powinien wiedzieć jakie substancje przyjmuje. To jest obowiązek. Jedną z rzeczy, które udowodniłem przez wszystkie lata swojej kariery jest to, że jedząc zdrowo, mając właściwą odnowę biologiczną i prawidłowo trenując, możesz zostać mistrzem świata i mistrzem olimpijskim. Mówię o tym młodym lekkoatletom, podczas różnorakich spotkań. Przez ostatnie 20 lat było tylko dwóch czystych sportowców, którzy wygrali igrzyska olimpijskie na 100 metrów. To ja i Usain Bolt. Myślę, że nie jest to złe towarzystwo. Walczyłem z facetami, którzy wyraźnie oszukiwali, ale mimo tego potrafiłem ich pokonywać. To najlepsza wolność jaką możesz mieć w każdym sporcie - pobić kogoś, kto jest brudny. Możesz spojrzeć komuś takiemu w oczy i zobaczyć, że szuka czegoś, czego nigdy nie znajdzie.

Ale czy Bailey, w pewnym sensie sportowy potomek Bena Johnsona, sam rzeczywiście pozostaje poza podejrzeniem? Dla dobra niniejszego pojedynku byłoby bardzo dobrze. Na pewno większe problemy po zakończeniu kariery miał ze strony urzędów podatkowych niż agencji antydopingowych...


Przeczytaj również w cyklu „Pojedynki wszech czasów":

BAYI VS MALINOWSKI

PREFONTAINE VS VIREN

El GUERROUJ VS LAGAT

DONKOWA VS DIVERS

MASZCZENKO VS JANUSZEWSKI

Bieganie to nudny sport? Najbardziej zacięte pojedynki wszech czasów mogą przełamać ten stereotyp. Kontynuujemy serię artykułów poświęconych najciekawszym biegom w historii. Piszcie w komentarzach, o jakich wyścigach chcielibyście przeczytać. Postaramy się odświeżyć najbardziej zakurzone historie.