Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Dorośli są sztywni, dzieci nie mają bazy – rozmowa z dr. Mikołajem Wróblem

Czemu dzieciaki coraz częściej trafiają do gabinetów lekarskich? Dlaczego sport u nastolatków pojawia się zbyt późno? Jakie dolegliwości mają dorośli biegacze, a z czym zmagają się współcześnie ich małoletni naśladowcy? Czy ból może sam przejść i kiedy operacja to jedyny ratunek? Na te pytania stara się odpowiedzieć dr Mikołaj Wróbel. Specjalista ortopedii i traumatologii narządu ruchu poprowadzi sesję Od zera do bohatera – Jak bezpiecznie rozpocząć uprawianie sportu w wieku dziecięcym?" podczas konferencji „Sportowiec Amator" odbywającej się 10-11 stycznia w Warszawie.


W konkurencjach wytrzymałościowych utarło się przekonanie, że dzieci nie powinny trafiać do sportu kwalifikowanego wcześniej niż w 12-14 roku życia. Czy się Pan z tym zgadza?

Trzeba zacząć z innej beczki. W każdej współczesnej literaturze dotyczącej urazów przeciążeniowych dzieci, podkreśla się, że spadła ich ogólna aktywność fizyczna. Rośnie moda na sport, ale spada codzienna, spontaniczna aktywność fizyczna niepełnoletnich. Dzieci przestały wychodzić na podwórka, przestały się bawić w wojnę, przestały kopać piłkę na podwórku z kolegami.

Jest aż tak źle?

Mówimy tutaj oczywiście o naszej populacji dużych miast, bo i badania są prowadzone na białych, dzieciach z klasy średniej. Nasze dzieciaki żyjąc na ogrodzonych osiedlach, chodząc do szkół, które są daleko od miejsca zamieszkania, są dość wyizolowane społecznie. W związku z tym spada ilość czasu spędzanego na dworze i sportu bazowego już od trzeciego roku życia. Sportu rozumianego jako aktywność ruchowa, którą mogą sobie same zorganizować, tak jak nasze pokolenie.

No ale dzieci chodzą na różne zajęcia - mój siostrzeniec uprawia i żeglarstwo, i gra w kosza, i chodzi na treningi pływackie…

Moje dzieci nie bawią się często z rówieśnikami na osiedlu, bo chodzą do różnych szkół. Od czwartego roku życia są za to narty, pływanie i nurkowanie - trochę dlatego, że sam jestem instruktorem nurkowania. Od 5 roku życia treningi aikido. Żeglują, przy tym mają zajęcia przygotowujące kondycyjnie do żeglarstwa. Staram się o to dbać.
W naszej populacji rośnie aktywność sportowa dzieci w sportach, które są wybierane przez rodziców. Ale rodzice dowożą na nie dzieci kilka razy w tygodniu i przywożą je z nich często z powrotem. Dzieci jeżdżą też do szkoły samochodami, nie chce im się chodzić nieco dalej na piechotę…
Jak wspomniałem, poziom bazowego przygotowania fizycznego dzieci do uprawiania sportu w przyszłości - jest w tej chwili zdecydowanie niższy niż kilkanaście lat temu. Więc te dzieciaki w wieku kilkunastu lat, gdy zaczynają uprawiać sport bardziej wyczynowo, są zapewne w gorszej formie wyjściowej, niż były kiedyś. Niezależnie od korzyści, jakie mają z uprawiania różnego rodzaju sportów – per saldo, suma ruchu wychodzi w całej populacji na minus.
Niestety trafia do mnie sporo dzieciaków w wieku 10-15 lat, najczęściej już z jakimiś dolegliwościami. Są krzywe, nie mają koordynacji mięśniowej, one nie umieją się ruszać! Nie wiedzą, jak sterować swoim ciałem. Gdy rodzice się orientują, że dziecko w wieku 12 lat powinno się zająć sportem, to jest już często za późno, bo ich wzorce motoryczne są niewykształcone i trzeba je budować od zera.

Czasu teraz nie mają ani dorośli - ani dzieci. Z czego jeszcze wynika to, że fizyczny rozwój jest tak zaniedbywany?

Ojciec jednego z pacjentów, wyczynowo startującego chłopaka snowboardzisty, powiedział mi ciekawą rzecz: Rok szkolny można powtórzyć, ale sezon jest nie do odzyskania. Moje podejście jest podobne. Uważam, że dla moich dzieci ważniejszy jest ogólny rozwój fizyczny, z daleka od specjalizowanego sportu, niż wyniki nauki. Umówmy się, współczesna szkoła, bazująca na naszej podstawie programowej, jest całkowicie bezużyteczna... Dzieciaki dzięki szkole tylko są krzywe, a niczego pożytecznego się właściwie nie uczą.dzieci__wicza.jpgZ drugiej strony co jakiś czas bulwersujemy się wszyscy, że rodzice z przesadnymi ambicjami zamęczają dzieci jakimś sportem. Była niedawno dyskusja o 13-letniej biegaczce, która startuje co weekend, nawet na dystansach półmaratonu. Trafiają do Pana dzieci z przeciążeniami?

Widuję takie rzeczy i w wytrzymałościówce, i w sportach siłowych. Trzeba pamiętać, że zespoły przeciążeniowe u dzieci, a te u dorosłych - to są dwie kompletnie różne grupy schorzeń, wynikające z zupełnie różnej etiologii.
Dorośli sypią się dlatego, że  są sztywni. 90% urazów przeciążeniowych dotyczy: rozcięgna podeszwowego, Achillesa, łokcia tenisisty, bólów kręgosłupa. Wynikają z niedoboru regeneracji i dlatego, że generalnie tkanki są sztywne. No bo jaki jest główny grzech biegaczy? Nie rozciągają się, nie lubią tego. To samo jest u biegaczy, u tych grających w squasha, w tenisa. Brak rozciągania, elastyczności to takie patologie sportów wielkomiejskich.
Dzieciaki są zupełnie innymi biologicznie organizmami. U nich mamy inną grę hormonalną, tkanki mają zupełnie inną jakość, a np. przy urazach narciarskich częściej dochodzi do złamania kości niż do zerwania więzadeł. Dlatego, że więzadła są na tyle silne, że wytrzymują obciążenia, z którymi nie radzą sobie kości.
U dzieci kości składają się między innymi z chrząstek wzrostowych i to jest punkt najdelikatniejszy, który łatwo ulega deformacjom. Jeśli mówimy o zespołach przeciążeniowych u niepełnoletnich, to mówimy o chorobie Osgood - Schlattera – czyli o czymś, co jest błędnie nazywane jałową martwicą kości. Matki słysząc to u lekarzy pierwszego kontaktu przybiegają do mnie przerażone, że to jest rak i co najmniej będziemy zaraz obcinać nogę. Mamy u dzieci też chorobę Haglunda-Severa, czyli uszkodzenie chrząstki wzrostowej kości piętowej, kiedy dochodzi do jej złamania przeciążeniowego. W tych wypadkach przeciążenia powodują uszkodzenie chrząstki wzrostowej, co doprowadza w efekcie do deformacji kostnych.

A kolana? Nawet Pan nie wie, jak od wielu rodziców słyszałem, że dziecko bolały kolana i dostało zakaz uprawiania sportu…

Tak, często dochodzi do przeciążeń stawu rzepkowo udowego. Mówimy tu głównie o dziewczynach w skoku wzrostowym, które potrafią w ciągu roku urosnąć 12 cm. A biologia u nich jest taka, że rośnie kość, a mięśnie, nerwy, naczynia muszą się do tego wzrostu kostnego zaadaptować. Więc występują dysproporcje między długością mięśni a długością kości. Mięśnie są za krótkie, więc wszystkie stawy są zaciśnięte jak w imadłach. I jeśli tego dzieciaka zmuszamy do dużego wysiłku, to dochodzi do przeciążeń w stawach, bo nie ma balansu mięśniowego - na przykład w przedniej i tylnej grupie mięśni  uda, czego ofiarą często pada rzepka.
To taka nasza mała tragedia narodowa. Przychodzą do mnie takie piętnastolatki, którym ktoś 3 lata temu zabronił uprawiać sport, bo je bolały kolana – lub nie daj Boże zrobił im artroskopię „zwiadowczą”. To jest ingerencja, która sama w sobie ma koszty zdrowotne. Często uszkodzenia operacyjne tkanek są większe niż zysk z takiej operacji.

Czyli lepiej powiedzieć – że taki ból sam przejdzie?

Nie, takie dzieciaki potrzebują rehabilitacji i dobrego treningu, a nie leczenia operacyjnego. Natomiast co się dzieje w Polsce? Zostaje zrealizowana procedura operacyjna i dzieciak jest wyrzucony za drzwi szpitala - dalej ma sobie radzić sam i nie ma żadnej sensownej rehabilitacji. Czyli per saldo jest po operacji w gorszym stanie, niż był. I już z tego gorszego stanu nie wychodzi. Więc zgrabna, szczupła trzynastolatka, która ma dobry potencjał biologiczny, w efekcie takich działań w wieku 17 lat jest już koślawą „pokraką”, której potencjał przez ostatnie kilka lat został zaprzepaszczony przez złe decyzje. To niestety problem wykształcenia pediatrów i lekarzy ogólnych, którzy nie są szkoleni w zakresie medycyny sportowej.sportowiec_amator_slider_bez_www.png
Wróćmy do biegania. Jest postrzegane jako czynność łatwa, symetryczna, angażująca wiele partii mięśniowych. Jakie są największe zagrożenia dla rozwijających się organizmów biegowych?

Monotematyczność. Kiedy mamy rodziców biegaczy, którzy gdzieś tam biegają 6 dolin czy cokolwiek innego i co roku są na Rzeźniku, to ich dzieci idą za nimi w takie bieganie.
Jeśli dziecko uprawia jedną aktywność fizyczną, to zawsze dojdzie do przeciążenia. Zawsze. Bez względu na to, czy to jest pływanie, czy tenis, czy bieganie. Kluczem do rozwoju dziecka jest wszechstronny rozwój, trzeba mu dawkować inne dyscypliny sportu  - siatkówkę, trochę sportów walki, narty. Dziecko ma mieć różne wzorce ruchowe, bo szkoli mózg w sterowaniu ciałem. Jeżeli nauczymy mózg tylko biegać, to nasz dzieciak się przewróci przy jakiejkolwiek innej aktywności.
W bieganiu mamy powtarzalne obciążenia tych samych grup mięśniowych, tym samych części szkieletu. Oprócz chorób, które wymieniłem, zwiększa nam się ryzyko chorób przeciążeniowych kości śródstopia, a jednocześnie rośnie ryzyko przeciążeń kolan ze względu na przykurcze mięśni – no bo które z tych dzieciaków się rozciągają? Nikt ich tego nie uczy. I w rezultacie mamy wykluczenie ze sportu i znowu koślawą
pokrakę" w wieku lat 17…

Ale wie Pan, muszę przyznać, że w środowisku biegaczy wyczynowych w Polsce mało kto jest w stanie zrobić przewrót w tył, czy stanąć na rękach, czasem nawet problemem jest zrobienie pełnego skłonu. Sprawność, na przykład amerykańskich lekkoatletów, jest dużo wyższa. Z czego to wynika?

Jestem przekonany, że to się bierze z braku wyobraźni i braku czasu na inne aktywności. Bieganie jest najłatwiejszym sportem do uprawiania na świecie. Problem w tym, że wymaga „higieny ruchowej”. A jak jej nie ma, występują różne przeciążenia. Ta higiena polega na tym, że powinniśmy się rozgrzewać, czego prawie nikt nie robi, rozciągać się, czego nikt tym bardziej nie robi. Kto ma na to czas, komu chce się tego nauczyć? Z Youtuba? Tu musi być dobry trener, dobry fizjoterapeuta, który wie, jak to zrobić.
A niektórzy trenerzy robią krzywdę podopiecznym. Przychodzą do mnie na przykład młode dziewczyny, które w wieku 20-22 lat odkrywają, że zaczynają tyć, zaczynają się źle czuć w towarzystwie. I one znajdują sobie jakiegoś „trenera”, który im mówi: słuchaj nie ma problemu, za pół roku pobiegniesz półmaraton. I jasne, one dadzą radę. Ale bezpośrednio po zawodach trafiają do mnie ze zmęczeniowym złamaniem miednicy, które się goi kolejne pół roku. Kiedyś nie przypuszczaliśmy, że takie złamania mogą wystąpić w tej grupie, a teraz widzimy je coraz częściej u młodych dziewczyn, które agresywnie wchodzą w bieganie.
Syndrom od zera do bohatera jest nieprawdopodobnie szkodliwy. W medycynie sportowej uważa się, że jeśli ktoś zaczyna biegać, to maraton powinien przebiec po dwóch latach treningu biegowego.

Dlaczego?

Żeby być dobrze przygotowanym fizycznie. Nasza tkanka kolagenowa ulega wymianie. Jeśli zaczynamy trening, to ta tkanka, głownie ścięgna, zaczyna się adaptować do wysiłku. I wstępna adaptacja następuje mniej więcej po 120 dniach, bo taki jest okres retencji kolagenu. Po 3-4 miesiącach zaczynamy widzieć zmiany strukturalne kolagenu. Możemy wtedy powiedzieć, że trening zaczyna w ogóle przynosić efekty. Oczywiście to się dzieje na poziomie tkanki. Bo jeśli chodzi o układ oddechowo-krążeniowy, jesteśmy w stanie zaadaptować się szybciej - to nie jest taki problem.dzciewczynybiegaja.webp Może z tego bierze się tak duże zagrożenie urazami? Bieganie i długie dystanse są szybko osiągalne dla osób nieprzygotowanych. To jak z zagrożeniem wypadkami w Tatrach. To góry już wysokie, ale z Zakopanego szybko osiągalne nawet przez osoby nieprzygotowane.

Tak, serce adaptuje się szybciej niż Achillesy…
Wspominał pan o tej dziewczynce, która często startuje na zawodach. Ok, niech ona sobie co weekend biega po 5 km, to nie jest dla nastolatki przesadny dystans. Ale jeżeli ona tylko biega, to i tak grozi jej zespół przeciążeniowy. Niech ona też idzie na basen i popływa kraulem, niech pójdzie na siłownię, niech pogra z innymi dzieciakami w piłkę, niech potańczy - by wykształcić inne wzorce ruchu. Bo jeśli pójdzie tylko w ten bieg, to na pewno wyląduje u mnie jako moja pacjentka. I to z poważnymi uszkodzeniami chrząstki wzrostowej, które mogą doprowadzić do deformacji kostnych, które z kolei w dalszej przyszłości mogą doprowadzić do leczenia operacyjnego.

Ale może Pan przesadnie straszy? W ogóle to przecież Wasz biznes – by trafiali do Was tacy pacjenci?

Nieprawda, naczelnym celem medycyny jest prewencja, leczenie to jest sprzątanie bałaganu po tym, że nie ma prewencji. Naszym głównym celem jest zapobieganie, po to też organizujemy naszą konferencję. Nam wystarczy roboty przy tych, którzy mieli pecha i ich potrącił samochód albo się przewrócili i złamali rękę albo nogę. Powinniśmy się skupić na leczeniu chorób zwyrodnieniowych wynikających z wieku, a nie na leczeniu przeciążeniowych urazów sportowych, które wynikają z głupoty czy braku świadomości. Chcemy sportowców amatorów wyszkolić, by nie musieli do nas przychodzić. Oczywiście im pomagamy, ale często leczymy problemy, których minimalnym wysiłkiem łatwo było uniknąć.

Czy jest szansa, by faktycznie wyedukować sportowców amatorów? Kto jest za to odpowiedzialny?

W populacji lekarzy, o czym wspomniałem, niestety nie ma powszechnej świadomości tego, czym są urazy sportowe. Medycyna sportowa stała się oddzielną specjalizacją, która ma własną specyfikę.
Stykam się z problemami „nadmiernej ostrożności” na co dzień. Przychodzi do mnie dzieciak z przeciążonym kolanem, np. przeciążeniem guzowatości piszczeli, który dowiedział się kiedyś od 3 lekarzy, że ma nie uprawiać sportu. I ten dzieciak jest wyłączony nagle ze sportu, a organizm, który był trenowany i któremu dostarcza się nadal stałą liczbę kalorii, zaczyna tyć. Powtarzam w takich sytuacjach, że łatwiej mi jest wyleczyć złamanie, czy zespół przeciążeniowy, niż leczyć nadwagę i początki cukrzycy u takiego dzieciaka. Jeśli nie zbuduje sobie bazy fizycznej, tak zwanej szczytowej masy kostnej w wieku między 10 a 20 rokiem życia, to potem jest już stracony na całe życie. Jest stracony dla populacji jako zdrowy człowiek, nie mówiąc o tym, że jest stracony dla sportu.
Nawet jak zacznie później, jako dorosły człowiek uprawiać sport amatorsko, nigdy nie będzie dobrze funkcjonować. Szybko nabawi się choroby zwyrodnieniowej, szybciej się zestarzeje, stanie się ciężarem dla społeczeństwa. A jak rozwinie się u niego cukrzyca i niewydolność krążenia – czeka go bolesna i niedołężna starość.

 


___________________________________

Konferencja „Sportowiec Amator” to jedyne takie wydarzenie w Polsce, gdzie w sposób niezwykle rzetelny, a także niezwykle zwięzły i przystępny, poruszane są najróżniejsze zagadnienia związane ze zdrowiem sportowca amatora. Wydarzenie dedykowane jest wszystkim osobom aktywnym oraz tym, którzy ze sportowcami pracują zawodowo. Konferencja skupia największe autorytety medyczne w Polsce. Będzie mowa o treningu, diecie, profilaktyce kontuzji, leczeniu i rehabilitacji. Wśród tematów m.in.: jak poprawić wyniki po 40. roku życia, jak dieta wegetariańska wpływa na wyniki, trening wysokościowy, złamania zmęczeniowe i wiele innych.
Konferencja odbędzie się w dniach 10-11 stycznia 2020 r. w Centrum Olimpijskim PKOL w Warszawie.
Portal Bieganie.pl jest patronem tego wydarzenia.
Więcej informacji i zapisy na: www.sportowiecamator.pl