Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Wybudzeni z biegowego snu – majówka w USA za nami
Jetlag, przybrudzone ceglastą ziemią buty, opalona twarz oraz niepowtarzalne emocje i wspomnienia – tyle zostało z naszej biegowej wyprawy do Parków Narodowych USA. Jak biegało się na Dzikim Zachodzie? Zobaczcie i przeczytajcie!

14 dni, niemal 5000 kilometrów przebytych autem, niemal 200 przebieganych w 6 stanach, w 8 parkach narodowych na dużych oraz mniejszych wysokościach w temperaturze od -1 do 42 stopni – tak w suchych liczbach, w okowach mrozu zimnej statystyki można ująć to jak wyglądał nasz biegowo-wycieczkowy trip po USA. Jednak takie wyprawy to coś więcej niż nabijanie kilometrów oraz trenowanie do półmaratonu, maratonu czy trailu. To odłożenie zegarka, niepilnowanie tempa, to patrzenie i podziwianie, napawanie się i doznawanie, to bieganie dla biegania. To spełnienie marzenia o świetnej zabawie na placu zabaw dla biegaczy.

Nasza przygoda zaczęła się zaraz po lądowaniu w Londynie, czyli rozgrzewce przed dłuższą podróżą do Los Angeles. Okazało się, że z niewiadomych przyczyn nie podstawiono rękawa i nie można wyjść z samolotu. Opóźnienie było coraz większe, na przesiadkę coraz mniej czasu i wszystko musiało skończyć się solidną przebieżką przez jedno z największych lotnisk świata. To był nasz pierwszy park, tyle że w miejskiej dżungli. Na szczęście się udało, bo grupa wytrenowana i spokojnie zasiedliśmy w fotelach do jedenastogodzinnego lotu.



Miasto Aniołów przywitało nas dość chłodno, ale słonecznie. Anioły jednak dawno z tej betonowej i zatłoczonej aglomeracji odleciały, zatem po przebieżce plażą Manhattan Beach oraz pod słynny napis Hollywood również z niego wybyliśmy, ku pięknej i wciąż dzikiej przyrodzie.

Pierwszym parkiem na mapie, który na koniec wyjazdu wrażenia by nie zrobił, był Joshua Tree National Park. Żółte skały i głazy porozrzucane po pustynnym krajobrazie, do tego 5 milionów drzew Jozuego, czyli juk mających nawet do 900 lat oraz my na biegowym szlaku. Można było już poczuć klimat prawdziwego Dzikiego Zachodu. Opuszczona kopalnia i wypełzający zza krzaczka grzechotnik uświadomiły nam, że próżno tu szukać cywilizacji. Po bieganiu czekała nas długa jazda przez pustkowia, ale następnego czekał zupełnie inny krajobraz, choć nawet, gdy się po prostu tak jechało, jechało i jechało… podróż nikomu się nie dłużyła. Przestrzeń przytłacza i urzeka. Jest inaczej, jest więcej, jest bardziej, jest majestatycznie.

Kolejny dzień to luksusowa, znana dobrze Amerykanom Sedona. Domy są tu często droższe niż apartamenty w Nowym Jorku, ale nic dziwnego… wokół piękne skały i ostańce z ceglastego piaskowca. Niezwykłe formacje niestworzone ludzką ręką. Było trochę wspinaczki, trochę podejść, trochę podbiegów i zbiegów. Wznieśliśmy się już na ponad 1500 metrów nad poziom morza – wszystko po to, aby rozgrzać się przez Wielkim Kanionem Kolorado. Jak wszystko w USA jest wielki, ale większy niż można sobie to wyobrazić, trzeba go zobaczyć, poczuć w mięśniach, okurzyć się na jego szlakach, poczuć ciepło na dole i chłód na górze, zanurzyć stopę w rzece. Dlatego wybraliśmy szlak prowadzący na sam dół – niemal 1500 m przewyższenia, ale w nietypowej formie, najpierw w dół, przyjemnie i kusząco, a potem na 11 kilometrach nieustannie w górę, bez momentu wypłaszczenia. Człowiek czuje się jak mała mróweczka, nic nie znaczy patrząc na ten ogrom przestrzeni ciągnący się przez 450 kilometrów. Trafiliśmy na wspaniałą pogodę, która umożliwiła pokonanie pełnej trasy wszystkim uczestnikom. Zachmurzone niebo, panujący chłód na wysokości 2200 metrów (6-7 stopni) oraz przyjemna temperatura przy rzece (22-23 stopnie) była sprzymierzeńcem w walce z tym kolosem. Urzeczeni pięknem, wróciliśmy nad kanion następnego dnia, ale 1 maja… zrobiło się biało. Taki ostatni powiew zimy. Część wybrała się na przebieżkę wzdłuż krawędzi licząc na to, że się przejaśni (trud został nagrodzony) część regenerowała się w Visitor Center, a było po czym. Ekipa wysiadająca z aut jeszcze przez kilka dni robiła furorę na stacjach benzynowych. Byliśmy „pingwinkami”, łydki bolały niektórych bardziej niż jest w stanie opisać to język polski, mimo swojej złożoności i bogactwa. Wszyscy jednak wiedzieli, że było warto. Nikt nie żałował, bo to był Grand Canyon na rzece Kolorado. Po prostu.


Grand Canyon. Po prostu. :).

Dalsze dni to zagłębianie się w stany Arizona, Kolorado oraz Utah. Najpierw był bieg na orientację w Parku Narodowym Spetryfikowanego Lasu, gdzie skamieniałe drzewa mają po 210 milionów lat, gdzie także próżno szukać szlaków, a GPS szaleje i trzeba polegać na mapie i lekcjach geografii, na których mało, kto uważał. Po próbach i błędach udało się osiągnąć cel wycieczki i szczęśliwie wrócić do aut kolorową, skalisto-piaszczystą pustynią.

Później przyszedł czas na asfaltowe bieganie na wysokości ponad 2150 m.n.p.m. po indiańskich tysiącletnich wykutych w skałach Pueblach parku Mesa Verde. Łydki powoli puszczały, ale płuca paliły, bowiem wysoko, ale w miarę płasko, więc biec trzeba, iść nie wypada. Mikrourazy zagoiły się po uczcie w restauracji „All You Can Eat”. Mimo, że nie wyglądaliśmy jak statystyczni Amerykanie, to po takich wycieczkach i długich przejazdach jak statystyczni Amerykanie żeśmy zjedli i ruszyliśmy ku skalnym łukom Arches National Park.



Jeśli ktoś kojarzy kultową reklamę batona Mars, to kojarzy Delicate Arch, jedną z najsłynniejszych formacji skalnych Ameryki a może i świata. Człowiek patrzy i nadziwić się nie może, jak to się wszystko uformowało, a w parku czekało na nas jeszcze kilkanaście innych, równie zadziwiających łuków.

Prowadzącego, czyli mnie na tyle urzekły znane już wcześniej widoki, że zostawiłem kluczyki do naszego dyliżansu nieopodal jednej ze skał i byłby problem, gdyby nie inny turysta, którego wypatrywałem i goniłem przez resztę wycieczki. Pan nas na szczęście odnalazł, a właściwie wszyscy z nim się znaleźliśmy i mogliśmy podróż bezpiecznie i bez dalszych przygód kontynuować.

Uczestnicy myśleli, że już niczym wyjazd ich nie zaskoczy, wyprawa nieuchronnie się kończyła, ale asy trzymałem w ręku do końca. As pik i as kier, czyli Bryce i Zion National Park. Zawsze trwają spory, który z nich jest piękniejszy. „Zion is different” (Zion jest inny) – mawiają Amerykanie i w naszych autach też trwały takie dyskusje. Ekipa miała zagwostkę i nie doszła do porozumienia.


Serpentyna w Bryce

Z jednej strony bajkowy i niepowtarzalny Bryce, umiejscowiony znacznie wyżej, szlaki nawet powyżej 2500 metrów n.p.m. oraz majestatyczny i monumentalny Zion ze szlakiem na Angels Landing, gdzie anioły lądują właśnie po ucieczce z Los Angeles, aby napawać się widokami.

Rozmyślając tak i wspominając dotarliśmy do Las Vegas, które przywitało nas 42-stopniowym upałem. Tutaj zamierzaliśmy pobiegać wyłącznie po słynnym Stripie, kasynach i odzieżowych outletach jak „zwykli” turyści. Bieganiu oddaliśmy co biegowe, a turystom co turystyczne. Zgodnie ze zdaniem, że co działo się w Vegas, zostaje w Vegas, zostawiliśmy je za plecami i nieuchronnie zawinęliśmy do naszego portu lotniczego w Los Angeles. Ostatnia przebieżka, rzut oka na ocean, ostatni hamburger, ostatni wieczorek i podsumowanie… Dwa tygodnie przeminęło z wiatrem.
                                                                                  ***
Kolejna wyprawa na Dziki Zachód odbędzie się już w lipcu. Jeśli jesteś zainteresowany udziałem w takiej przygodzie w przyszłym sezonie napisz do naszego trenera prowadzącego na adres maciek.zukiewicz@bieganie.pl