Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
W kraju Wikingów

W kraju Wikingów

P.Zach: W kraju Wikingów
Paweł Zach
05-03-2007

Przez otwarte okno dochodzi do mnie rytmiczny odgłos muskających brzeg fal. Godzina 23.30. Powoli robi się ciemno. Patrzę przez okno. Cisza i spokój, tylko mały kuter rybacki przepływa leniwie po fiordzie.


Z hotelu do brzegu jest około 50 metrów, a jakieś 300 metrów dalej, na jednej z licznych tutaj wysepek, widać podświetlone już o tej porze mury XIX-wiecznej wieży obronnej. Kropi deszcz, a temperatura nie przekracza 10 stopni. Jednak, gdybym miał wybierać, nie zamieniłbym tego małego norweskiego miasteczka u ujścia fiordu na żaden upalny kurort.


Zatrzymaliśmy się w jedynym hoteliku w mieście. To bardzo dobry wybór, widok z okna jest uroczy, a hotel ma swoją indywidualność. Nie jesteśmy anonimowymi gośćmi w wielkiej noclegowni. Hotel prowadzony jest przez rodzinę, a jego historia sięga losów XIX-wiecznego dezertera z carskiej armii. Mieszkam w pokoju nazwanym "Tatiana" na pamiątkę córki założyciela hotelu. W czasie kolacji nasz gospodarz opowiada o Norwegii i czyta historie hotelu wydrukowaną na menu. Opowieści są tak barwne, że podczas gdy delektuję się smakiem ryby o zaskakującej nazwie "skorpion" i popijam dobre australijskie wino, przed oczami wyobraźni przesuwają mi się obrazy fiordów, walki o Narwik i sceny z życia Wasilija, rosyjskiego zbiega, który zdecydował się na osiedlenie na przyjaznej norweskiej ziemi. Pogoda sprzyja biesiadom. Widok spokojnej wody fiordu za oknami działa niczym balsam po intensywnym dniu.


Podczas deseru, który zdaje się być nieodłącznym elementem norweskiej kolacji, rozmawiamy o moich planach. Chciałbym wziąć udział w półmaratonie organizowanym na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Koledzy z biura w Oslo byli bardzo uprzejmi i przygotowali dla mnie kilka propozycji wycieczki do Haugesund, gdzie ma odbyć się bieg. Jednak mój skromny budżet nie pozwala na przyjęcie żadnej z propozycji i podejmuję decyzję: wezmę udział w biegu w Oslo lub jego okolicy.


W hotelu podłączam swój komputer do internetu i szukam kalendarza biegów. Jest naprawdę z czego wybierać. W liczącej 4,5 miliona mieszkańców Norwegii organizuje się znacznie więcej biegów niż w prawie 40-milionowej Polsce. Dość powiedzieć, że w samym Oslo następnego dnia odbędą się aż dwa. Wybieram jeden z nich i dzwonię na podany przez organizatora telefon. Hans jest bardzo uprzejmy i proponuje mi extra service: podwiezie mnie na start od stacji kolejki, na której powinienem wysiąść. Jestem mu za to wdzięczny, bo nie znając norweskiego zdaję sobie sprawę, że trudno by mi było dotrzeć na miejsce oddalone kilka kilometrów od stacji.


Hans jest punktualny; podjeżdża swoim rozklekotanym Mitsubishi. Po drodze podziwiam widoki. Bieg odbywa się w terenie pagórkowatym, częściowo w lesie mieszanym i świerkowym, a częściowo na pięknie położonym terenie klubu golfowego. Ścieżki są idealne - równe, miękkie i stabilne. Pogoda jest jak wymarzona na bieg. Świeci słońce, ale temperatura nie przekracza 20 stopni. Ponieważ do startu pozostało sporo czasu, kładę się na soczystej, krótko ściętej trawie w pobliżu jednego z dołków na polu golfowym i przyglądam się graczom. Atmosfera pikniku.


Faworytem biegu jest Odin - czołowy norweski biegacz na orientację. Rzeczywiście, zaraz po starcie Odin, wysoki młodzieniec o błękitnych oczach i lnianych włosach, razem z innym biegaczem na orientację narzucają bardzo ostre tempo, którego nie wytrzymuję. Co więcej, biegnę z zawodnikiem, który nie pozwala mi odpoczywać w biegu. Trenując na płaskich równinach mazowieckich nie jestem przygotowany do biegu w terenie pagórkowatym. Dlatego na podbiegach tracę do konkurenta kilka metrów, które potem jednak skutecznie nadrabiam.


Okolica jest tak piękna i tyle ciekawych rzeczy dzieje się wokół nas, iż łapię się na tym, że przestaję się koncentrować na biegu i rozglądam się dookoła. Mój przewodnik w drodze na start opowiadał, że pole golfowe powstało zaledwie dwa lata temu na terenie po dużym gospodarstwie rolnym. Żartowaliśmy, że ma to dwie podstawowe zalety: farma jest teraz mocno dochodowa, a w dodatku rząd nie musi dotować już produkowanej tutaj wcześniej żywności. Podobno jeszcze 10 lat temu w Norwegii było zaledwie kilka pól golfowych, obecnie jest ich kilkaset. Do tutejszego klubu golfowego jest długa kolejka oczekujących na przyjęcie. Podobno nie jest to już w Norwegii sport dla snobów, choć Hans mówi, ze nie byłoby go stać na członkostwo w klubie.


W okolicach startu do biegu odbywa się niedzielny piknik. Nad pięknie położonym wśród lasów jeziorem, pobłyskującym pomiędzy stromymi zboczami pagórków, znajduje się zrekonstruowany obóz Wikingów. Dzieci i dorośli oglądają tam tradycyjne namioty "ludu bandytów, morderców i gwałcicieli", jak to określił jeden z moich norweskich kolegów. Odbywa się też turniej łuczniczy, można nieodpłatnie odbyć po jeziorze przejażdżkę tradycyjną łodzią.


Gdy Hans odwozi mnie na przystanek kolejki, zwierzam mu się, że marzę o zamieszkaniu w domku nad jeziorem w podobnej okolicy. Jestem typem człowieka północy, nie ciągnie mnie gwar i atmosfera przeludnionych terenów śródziemnomorskich. Wole chłód klimatu i pozorną powściągliwość narodów nordyckich. Norweskie ego Hansa zostało w ten sposób trochę podłechtane. Jeszcze na lotnisku piszę do niego maila, dziękując za pomoc i towarzystwo. Następnego dnia dostaję odpowiedź, w której w bardzo miłych słowach służy pomocą przy następnej mojej podróży do Norwegii. Kto wie, może by tak dokonać finansowego samobójstwa i wynająć na wakacje domek letni w lesie nad jeziorem? Jeśli tak, to koniecznie z sauną stojącą tuż nad czystą i chłodną wodą. I koniecznie w okolicy musi być dużo interesujących tras do biegania.