> bieganie.pl > Zawodnicy > Zawodnicy
O dwóch takich, co chcą podbić świat
25-02-2008
dyskusja
![]()
![]()
![]()
![]()
ocena
drukuj
O Marcinie Lewandowskim
kibice lekkiej atletyki na całym świecie usłyszeli w zeszłym
roku. Co prawda już w 2006 pobiegł rekord Polski juniorów
w biegu na 800m - 1.46,69 i był 4. na Mistrzostwach Świata Juniorów,
biegnąc w finale jako jedyny Europejczyk, ale wielu uznało to za
przypadkowy sukces. W 2007 Marcin zdobywa złoto Młodzieżowych Mistrzostw
Europy (zawodnicy poniżej 23 lat), a przede wszystkim
wykręca na 800m kolejny świetny rekord życiowy - 1.45,52. Tylko 0,12s brakuje mu do wygórowanego minimum na MŚ i przez kraj przetacza się debata, czy powinien jechać, czy nie. Wielu uważa, że znany z piorunującego finiszu zawodnik jest tam w stanie już w wieku 20 lat walczyć z najlepszymi na świecie.
Potwierdza to zresztą na wielkich światowych mitingach, w Hengelo, Madrycie, Herrerze, Saragossie, Ostrawie czy na Uniwersjadzie w Bangkoku, gdzie zajmuje wysokie miejsca. Marcin zostaje
okrzyknięty największym polskim talentem biegowym i nadzieją na
medale największych światowych imprez - nareszcie w prestiżowej
konkurencji. Chociaż Marcin dopiero w tym roku skończy 21 lat, w
historii Polski tylko czterech najbardziej utytułowanych Polaków biegało szybciej: Paweł Czapiewski (brązowy medal mistrzostw
świata, najlepszy czas 1.43,22), Ryszard Ostrowski (złoty medalista
Uniwersjady, 5. na MŚ, 1.44,38) oraz Piotr Piekarski (4 na MŚ, 1.45,20) i Marian Gęsicki (1.45,4). Co wreszcie najciekawsze - trenerem Marcina jest jego tylko kilka lat starszy brat - Tomek, również były zawodnik.
Największe sukcesy Marcina Lewandowskiego:
- 5 wynik w historii Polski na 800m (1.45,52)
- 4 m-ce na Mistrzostwach Świata Juniorów, Pekin 2006
- 8 m-ce na Uniwersjadzie, Bangkok 2007
- 17 medali Mistrzostw Polski (w przełajach, w halowych MP, w MP na bieżni)
- rekordzista Polski juniorów, 20 i 21-latków na 800m
- Młodzieżowy Mistrz Europy na 800m, Debreczyn 2007
- Wicemistrz Polski na 800m, Poznań 2007
Rekordy życiowe:
800m - 1.45,52 (Hengelo, 2007)
1500m - 3.42,86 (Wrocław, 2007)
Sponsorzy:

Strona internetowa: marcin-lewandowski.pl.

Od lewej: Tomek, Fryderyk i Marcin przed odlotem do RPA, luty 2008
Bieganie.pl: Tomek,
pierwsze pytanie na gorąco: dotarła do nas informacja, że Marcin Lewandowski, nasz wielki biegowy talent, poważnie zastanawia się nad zmianą obywatelstwa? Zdementujesz to?
Tomasz Lewandowski: Niestety, nie mogę tego do końca zdementować. W tej chwili mogę powiedzieć tylko tyle: mamy konkretne oferty, negocjujemy. Nie powiem, ani z jakimi krajami, ani jak bardzo zaawansowane są to rozmowy. Zmiana obywatelstwa to nie jest prosta sprawa. Rzeczywiście istnieje jednak możliwość, że na następnych Igrzyskach Olimpijskich Marcin nie będzie już reprezentował barw naszego kraju, ale żeby do tego doszło, jeszcze wiele musi wiele wody płynąć. To nie jest taka łatwa sprawa jak zmiana klubu.
Dlaczego mamy stracić jeden z większych biegowych talentów? Nie boisz się, że kibice Wam tego nie wybaczą? Że okrzykną Was zdrajcami?
Powiem tak: nigdy bym nie
przypuszczał, że może dojść do takiej sytuacji. Całe życie
marzyłem o tym, że Marcin osiągnie sukces, że stanie się takim
biegowym Adamem Małyszem. Wierzyłem w niego od początku, nawet
wtedy, gdy wszyscy inni pukali się w głowę na tak śmiałe
marzenia. Na początku było nam ciężko - niewiele osób wie,
że zanim Marcin stał się bardziej znany, zanim znalazł sponsorów,
ja pojechałem do pracy do Anglii, żeby mieć fundusze na jego
treningi. Na to, żeby on nie pracował, tylko poświęcił się
bieganiu. Teraz można powiedzieć, że się udało - Marcin ma już
znane w świecie nazwisko, startuje w najlepszych biegach, osiąga
znakomite czasy. Ale myślisz, że wiele się zmieniło od czasów,
kiedy musiałem pracować na Wyspach na jego przygotowania? Wcale
nie. Choć nasze warunki przygotowań są teraz dużo lepsze, to
sport na światowym poziomie stawia również większe
wyzwania. Nadal jest tak, że zmagamy się z trudnościami, których
nie powinno być na tym poziomie. Walczymy o przetrwanie, o to, czy
spełnimy nasze marzenia, czy Marcin stanie się gwiazdą światowego
sportu. Chociaż jesteśmy i będziemy Polakami, może się okazać,
że tylko zmiana obywatelstwa pozwoli nam na dalsze uprawianie
biegania na najwyższym poziomie.
Udało mi się
zorganizować szkolenie dla Marcina naprawdę optymalne, ale teraz
czas zadbać też o siebie. A z tym jest już dużo trudniej. Będę
starał się ze wszystkich sił by tym, którzy nam pomagają i
w nas wierzą, Marcin podziękował rewelacyjnym wynikiem sportowym w
barwach reprezentacji Polski. Jeśli nie znajdę rozwiązania, nie
pozostanie nam nic innego, jak skorzystać z możliwości, jakie daje
nam wyjazd za granicę. To nie jest żadne straszenie.
Chyba naturalne jest, że każdy stara się zapewnić bezpieczeństwo swojej
rodzinie i w miarę możliwości spełniać swoje marzenia.
Na czym polegają te trudności? Chyba nie są to kwestie finansowe, skoro Marcin jest już na tak wysokim poziomie?
Sprawy finansowe mają tu, niestety, wielkie znaczenie. Wybuchniesz śmiechem, jak usłyszysz, w jakich pracujemy warunkach. Przypomnę, że mówimy o zawodniku, który nie tylko jest uznawany za największy talent w polskiej lekkiej atletyce, wygrywa nie tylko wszystko w swoich kategoriach wiekowych na świecie - on w wieku 20 lat już jest piątym zawodnikiem na 800m w całej polskiej historii. W Europie miał w zeszłym roku siódmy czas. To nie jest jakiś junior, który osiągnął przypadkowy sukcesik.
Na co może liczyć zawodnik na tym poziomie? Ma 900zł stypendium z PZLA jako medalista ME. Mógłby mieć więcej - dodatkowe stypendium z uczelni. Niestety, wyobraź sobie, że któryś z pracowników PZLA źle wypełnił zaświadczenie o osiągnięciach Marcina - nie uwzględnił Mistrzostw Europy i Uniwersjady... Stypendium przepadło.
Udało nam się przeforsować w gminie uchwałę, która zapewnia pomoc zawodnikowi takiemu jak Marcin. W tej chwili są to dodatkowe pieniądze. Gdyby nie one - Marcin musiałby iść do pracy, bo za 900zł trudno wyżyć. Sponsorzy i PZLA zapewniają nam warunki treningowe - to znaczy możemy wyjeżdżać na obozy, mamy sprzęt i odżywki, ale nic więcej. A wyobraź sobie, jak duże są wydatki biegacza na tym poziomie. Przede wszystkim jest nas dwóch: zawodnik i trener. Każdy musi jeść, gdzieś mieszkać, w coś się ubrać. Ja - mam dodatkowo swoją rodzinę, żonę, a niedługo będziemy mieli synka…
Gratulacje !
Dzięki. Oprócz nas w treningi zaangażowana jest masa osób, konieczny jest np. lekarz, masażysta. To nie zawsze jest na obozach PZLA. Teoretycznie, gdyby udało się nam zdobyć fundusze z wszystkich możliwych źródeł: z PZLA, ministerstwa, gdybyśmy mieli stypendium w klubie, do tego stypendium z miasta i jeszcze jakieś fundusze od sponsorów, to jest nieźle. Ale, niestety, nigdy nie ma tak dobrze. Nie mamy i nigdy nie mieliśmy stypendium z klubu. Stypendium z ministerstwa przepadło, do tego, gdybyśmy je otrzymali, musielibyśmy z rezygnować z tego z PZLA - takie są przepisy. Ze sponsorem jest ogromny kłopot, to jest coroczna drogą przez mękę, którą ja przechodzę, aby to załatwić. I tak cieszę się i dziękuję Zakładom Chemicznym w Policach, które nas wspierają. Trochę mniej, ale jednak wspiera nas nasze miasto – Police, którego włodarzom również dziękuję.
Aha - i jeszcze jedno: większość z tych pieniędzy to
są fundusze na sport młodzieżowy, które skończą się, gdy
Marcin zostanie seniorem, czyli już za dwa lata. A wyobraźmy sobie
sytuację, w której Marcin łapie słabszą formę lub
kontuzję - w tym momencie zostajemy bez kasy niemal od razu.

Moja sytuacja jako trenera jest jeszcze gorsza. Zawodnik może liczyć na to, że im wyższe miejsce, które zajmie, tym te stypendia są wyższe. Ja dostaję taką samą kwotę niezależnie od tego, czy Marcin jest 1 czy 10 na świecie. Rok temu miałem takie same pieniądze, jakie zostały mi przyznane na rok 2008. Chcesz wiedzieć, o jakich pieniądzach tu mówimy? Ja przygotowuję Marcina do Igrzysk Olimpijskich, prowadzę też kadrę juniorów. Dostaję za to na umowę zlecenie 1200 złotych netto! Charakter umowy oznacza, że nie mogę wziąć kredytu, podpisać umowy z operatorem telefonicznym, nie liczą mi się lata pracy do emerytury. Dalej - na obozie z juniorami odpowiadam za wszystkie sprawy, 24 godziny na dobę. Jest kontuzja - dzwonię do lekarza, zawożę tam zawodnika. Dzwonię do trenerów tych moich juniorów. Myślisz, że mam na to jakieś dodatkowe pieniądze? Mylisz się - te wydatki pochłaniają zwykle około połowy mojej pensji. Żeby było jeszcze śmieszniej, umowa kończy mi się w grudniu, a nową podpisuję różnie: czasami pod koniec stycznia, czasem w lutym, czasem dopiero w marcu. Kiedy w styczniu zachorowałem, musiałem się leczyć prywatnie, bo nie miałem ubezpieczenia medycznego.
Ludzie myślą, że
trener to ma dobrze - lata po świecie, zwiedza. Ja latam - ale do
pracy. Kiedy jechaliśmy do Madrytu, to był przylot, odprawa, nocleg,
zawody, powrót. Widziałem jedynie stadion w Madrycie, tyle
było tego zwiedzania. Na obozach treningi są dwa razy dziennie,
resztę czasu zajmuje przygotowanie się do nich, rozpisanie każdemu
zajęć, nadzorowanie ich. Nocami nie zawsze śpię, bo pilnuję
młodzieży. To harówka - a stawka za to, za obóz w RPA, który prowadzę, dla mnie w tej chwili 40 złotych dziennie... Nie mogę podjąć żadnej innej pracy - już
próbowałem. Jestem poza domem 220-250 dni w roku. Żaden
pracodawca nie ma pożytku z takiego pracownika. Jedynym moim
dochodem jest ta umowa-zlecenia z PZLA. Na jej wysokość nie miał
wpływu ani wynik Marcina, ani wyniki juniorów, którymi
się opiekuję. Co ma wpływ? Nie wiem. Niektórzy trenerzy wcale nie mają lepszych wyników, a pieniądze - większe.
Ja jednak będę trenował Marcina nawet za 500zł i wszyscy o tym wiedzą. Przecież nie zostawię brata, tym bardziej - tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi.
No właśnie. Rozumiemy, że ze zmianą obywatelstwa nie chodzi tylko o pieniądze?
Oczywiście, że nie. Gdyby to były tylko pieniądze, można by zaryzykować, przecierpieć to wszystko, zakładając, że już niedługo Marcin będzie jako znakomity zawodnik zarabiał naprawdę dobrze i dzięki temu mnie również się polepszy. Ale tu chodzi też o kwestie organizacyjne, ludzkie. To, o co się potykam, to jakaś niezrozumiała zawiść i chęć szkodzenia.
Po pierwsze - wciąż neguje się moje osiągnięcia jako trenera. Wymyśla się jakieś niestworzone historie o moich rzekomych powiązaniach, układach, że udało mi się dzięki nim osiągnąć sukces. Jeden z czołowych trenerów w Polsce powiedział mi: „twoje wyniki są ponadprzeciętne, ale twoja pozycja jako trenera jest zerowa”. Panuje jakaś absurdalna opinia, że Marcin jest tak dużym talentem, że mógłby go trenować nawet kowal. Ja nie jestem może wielkim fachowcem, ale nie można mi zarzucić wielkich błędów. Marcin rozwija się nawet lepiej niż prorokowali fachowcy, zawsze ma szczyt formy na imprezie docelowej, prezentuje równy poziom, bez wpadek, nie ma kontuzji, nie jest wyeksploatowany.
Kiedy jako junior pobiegł pierwszy dobry wynik - 1.48 na 800m, fachowcy stwierdzili, że świetny rezultat, że teraz trzeba zrobić to i to. Ja zrobiłem po swojemu i Marcin pobiegł rok później 1.46. Wtedy fachowcy orzekli, że to przypadek. No to rok później pobiegł jeszcze szybciej. Fachowcy na to, że takich talentów to już było wiele, że oni sami ich mieli. Ale gdzie są te talenty? Dookoła wciąż słyszę spekulację, że u innego trenera Marcin rozwinąłby się lepiej. Ale gdyby krowa miała paski, byłaby zebrą. Czy gdyby Kipketer albo Mottram mieli innych trenerów, biegaliby szybciej? Takie gdybanie jest bez sensu, wykonuję dobrą robotę i oczekuję może nie miłości, ale szacunku do siebie. Ale często nie mam nawet tego.
No to kto tak utrudnia Wam życie? Inni trenerzy, PZLA?
Odpowiedź
nie jest prosta, są różni ludzie. Z jednej strony współpraca
z PZLA jest dla nas bardzo korzystna pod tym względem, że oni
finansują zgrupowania. Jeśli chodzi o tę sprawę, to właściwie
nie mam zastrzeżeń. Owszem, są problemy co do terminów
obozów albo z tym, że jest ich za dużo w kraju, a za mało
za granicą, w dobrym klimacie. Ale to drobiazgi. Pod tym względem
chyba żaden inny związek na świecie nie zapewnia tak dobrych
warunków. Ale dalej jest już gorzej. Jeśli planuję obóz
od 21 stycznia, to np. dlatego, że Marcin ma sesję egzaminacyjną.
Tego już PZLA nie bierze pod uwagę. Warunki na obozach są różne
- od w miarę komfortowych aż po takie jak na słynnym obozie
leczniczym w Tunezji, skąd zawodnicy ewakuowali się na własny
koszt, uciekając przed karaluchami. Dojazdy - słabiutko, czasami
wręcz skandalicznie, jak np. dojazd do Debreczyna na Młodzieżowe
Mistrzostwa Europy. Działacze zafundowali nam koszmarną
kilkunastogodzinną podróż - tuż przed najważniejszą
imprezą sezonu! Ja chciałem dojechać z Marcinem nawet na własny
koszt, ale w cywilizowany sposób. Działacze się nie
zgodzili, twierdząc, że wszyscy jadą razem i nie ma innej
możliwości. Później okazało się to nieprawdą, bo kilka osób odjechało, przyjechało, jak tylko chciało.
Odżywki: niby są, ale mało i do odbioru tylko w siedzibie PZLA w Warszawie, skąd z Polic jest kawałek drogi. Na 6 tygodni obozu dostajemy np. dwa opakowania Vitargo, co wystarcza nam na dwa tygodnie w tyk klimacie. Niestety w wielu sprawach jakaś niewidzialna ręka stara się utrudniać nam życie tylko dlatego, że nazywamy się Lewandowscy. Poprosiłem w PZLA o aparat do pomiaru zakwaszenia - inni dostali, ja nie. Przez przypadek dowiedziałem się, że inni zawodnicy na tym poziomie dostają pulsometry - musiałem się upominać, inaczej Marcin nie miałby go do dyspozycji. Była też sprawa z tym Pucharem Europy...
Właśnie, o co tam chodziło? W Pucharze Europy startuje przecież najsilniejsza reprezentacja, wszyscy myśleliśmy, że zobaczymy w niej również Marcina Lewandowskiego. Czy niestartowanie tam to była twoja decyzja?
Nie, to nie była moja decyzja. Opowiem dokładnie jak to wyglądało, bo dobry przykład tego, jakie stosunki panują wewnątrz krajowej reprezentacji. W moich pierwotnych planach nie było startu na Memoriale Kusocińskiego (impreza PZLA) ani Pucharze Europy. Jasno miałem powiedziane przez PZLA przed sezonem: cel to Młodzieżowe Mistrzostwa Europy. Pod ten cel wszystko ułożyłem. Jedno było dla mnie jasne: Marcin między 20-25 dniem po zjeździe z obozu prezentuje najwyższą formę. Łatwo więc odjąć 20 dni od startu w Debreczynie. To daje dzień, w którym Marcin powinien zakończyć obóz. Tenże obóz powinien trwać 25 dni (dzień podróży na miejsce, dzień na powrót, 9 dni aklimatyzacji, 14 dni treningu). To daje datę rozpoczęcia obozu. Ustalona została przeze mnie, a zaakceptowana przez PZLA na 1.06.2007 r. Powołanie na zgrupowanie otrzymaliśmy właśnie z taką datą. Otrzymałem też informację od jednego z pracowników związku (wysoko postawionego), że cyt. „jeśli ktoś chce biegać na Pucharze Europy, wszyscy muszą się eliminować na „Kusym”, no chyba, że ktoś pobiegnie 1.45, to wtedy po co?”
Chyba nie sądzono, że ktoś tak szybko pobiegnie, a nawet, jeśli, to nie więcej niż jedna osoba. Sugerując się tymi słowami, w Hengelo, gdy Marcin pobiegł 1.45,52 na 800m, podjąłem decyzję, że Marcin pojedzie na obóz trzy dni wcześniej na koszt własny, by ewentualnie zakończyć go tyleż samo krócej, bo być może będzie potrzebny reprezentacji na PE, ale nie nalegałem na prawo startu. Nie było to celem, wolałbym by Marcin został dłużej na obozie i mieć pewność dobrej dyspozycji podczas MME. Wyraziłem jednak stanowisko, że jeśli będzie taka potrzeba, Marcin wyjedzie z obozu wcześniej, bezpośrednio udając się do Monachium, by wystartować na 1500m (taki był start potrzebny metodycznie od razu po obozie, ostatecznie Marcin pobiegł 1500m we Wrocławiu). Zakupiłem nawet bilet (oczywiście na własny koszt).
Nasz serdeczny kolega - Paweł Czapiewski - w międzyczasie pobiegł poniżej 1.46. I wiedzieliśmy, że będzie startował w Warszawie, co da mu nominację na PE. My byliśmy gotowi odpuścić start w Warszawie. Ale nagle pracownicy związku zaczęli dwoić się i troić, namawiając mnie, nawet szantażując, by Marcin wystartował na Kusocińskim - wbrew wcześniejszym ustaleniom!
Najśmieszniejsze jednak, że zanim Marcin pobiegł 1.45.52, na stronie PZLA można było zapoznać się z listami startowymi na „Kusego”. Wyobraźcie sobie, że Marcin, będąc czwartym na świecie juniorem rok wcześniej, legitymujący się wynikiem 1.46, był wpisany w drugą serię biegu na 800m! Nawet po biegu w Hengelo przez pierwszych kilka dni Marcin z nowym rekordem życiowym był wpisany do drugiej serii, bo chciano go skonfrontować z mistrzem olimpijskim Nilsem Schumannem, który na prośbę jego menedżera i uzasadnienie słabej dyspozycji miał biegać w drugiej serii. Każdy inny zawodnik na tym poziomie biegałby w lepszej serii, ale Lewandowski...
Trzymając się swoich założeń i celów (MME) oraz zaakceptowanych przez PZLA planów startowych i powołania na zgrupowanie wydanego przez PZLA, nie przerwałem obozu. Związek chcąc mnie ukarać, nie pokrył nam kosztów powrotu do kraju ze Szwajcarii. Nie chciano też wydać odżywek na Marcina nazwisko (a więc i moje) mojemu koledze. Dlaczego oni karzą zawodnika za decyzje trenera? Dzwoniłem w tej sprawie kilkanaście razy do pani Prezes, ale nie udało mi się z nią skontaktować. Marcin musiał startować na Mistrzostwach Polski Seniorów, mimo że zwiększało to ilość startów do czterech w 9 dni (na 11 dni przed MME, najważniejszą imprezą sezonu!). Każdy wie, że Marcin nigdy tak dużo nie startował. Czyż teraz, na tuż przed Debreczynem nie powinno się Marcina chronić?
Później by nikt nie pamiętał, że wystartowaliśmy na memoriale Kusocińskiego na czyjąś prośbę, a nagle Marcinowi nie starczyłoby sił na MME i potem odezwałyby się głosy - co to jest, pierwszy wynik w Europie, a nawet w finale MME nie był. Postawiłem więc na swoim, za co byłem później notorycznie karany.
Jakie były konsekwencje?
Byłem
u pana Olszewskiego (szef szkolenia PZLA) i spytałem, czy mogę liczyć w
tym roku na kontrakt, a on powiedział, że za to co mu zrobiłem z Kusocińskim, to w ogóle pomyłka, że rok temu
dostałem. Odbiło się to bardzo dużym echem wśród
działaczy i jest to mi wypominane na każdym kroku. Najgorsze jest
to, że to była moja decyzja, a zawodnik ponosi konsekwencje. Jest
to dla mnie dziwne, tak jest chyba tylko w tym przypadku - bo
jesteśmy braćmi. Marcina w końcu nie powołano na Puchar Europy,
mimo że miał najlepszy wynik w Polsce.

Niestety,
w Polsce nie ma żadnych jasnych kryteriów powoływania do
reprezentacji. Gdyby było oficjalnie wiadomo, że
np. na Puchar Europy jedzie pierwszy Polak z mem. Kusocińskiego, nie
można by robić wyjątków, że bierze się lepszego, który
nie startuje w eliminacjach, tylko dlatego, że ma lepszy wynik.
Trzeba jasno określić: albo jedzie najlepszy Polak (wg rankingu)
albo pierwszy z Kusego. Niestety, teraz nie ma żadnych reguł,
jedzie ten, kto ma lepsze "układy". A znowu wyjaśnię:
start w PE jest dla Polaków o tyle ważny, że łatwo jest
zdobyć wysokie miejsce, tam nie ma dużej konkurencji, a za te
miejsca są wysokie stypendia. Wystarczy, że jesteś w pierwszej szóstce na PE (co nie jest trudne, bo startuje 8 zawodników) i masz zapewnione szkolenie oraz stypendium. Zawodnik będący na 6 miejscu podczas PE ma dokładnie takie samo szkolenie jak medaliści MŚJ, MEJ, MME. Stypendium - 4 miejsce podczas PE = 1 miejsce MME - 1150 zł brutto. To jest dla każdego zawodnika szansa.
Aha - same zasady to nie wszystko, trzeba je jeszcze egzekwować. Bo były już takie przypadki, że zasady niby były - ale i tak je zmieniano w ostatniej chwili.
Przedstawiona przez Ciebie wizja zawodowej kariery nie brzmi zachęcająco dla potencjalnego biegacza...
To jeszcze nie wszystko, takich problemów jest dużo więcej. Przykre jest, że zawodnik pracuje, sprzedając produkt, siebie, dostarczając emocji, często narażając swoje zdrowie, powodując spustoszenie wewnętrzne organizmu - i otrzymuje za to uścisk dłoni prezesa oraz medal. Wiele zależy od organizatorów imprez, ich kreatywności. Dobrze, że za medal często otrzymuje się nagrodę z uczelni, miasta czy gminy, ale źle, że gdy ktoś przestaje być studentem, a zdobywa medal ciężką pracą, nie otrzymuje żadnej nagrody. Nie dziwię się, że tak wielu biegaczy jest sfrustrowanych, skoro wiedzą, że jedyne, co może dać im osiągnięcie sportowe, to nie jest nagroda, a nominacja do kadry Polski.
Orzełek na piersi, strój reprezentacyjny - owszem, zadośćuczynią wszystkim startom, wysiłkowi. Niestety, zawodnicy otrzymują sprzęt (niezakupiony z pieniędzy publicznych, a przekazany przez sponsora) niekompletny lub sprzed kilku lat, za duży lub za mały (taki, jaki się ostał). Wyjeżdżając na tydzień mają przydział jednej koszulki! Zdarzało się też, że dres reprezentacyjny zawodnicy, którzy nie awansowali do finału, musieli zwrócić po zawodach. Ten sam dres trafiał później do zawodników, którzy wyjeżdżali na kolejne imprezy! To ma być nagroda za wynik? Na świecie jest tak, że reprezentant kilku lub wielomilionowego kraju ma zaszczyt reprezentowania go. Ale i przywileje. Jednym z nich jest otrzymanie odzieży sportowej w barwach narodowych od „a do z”. I to na własność, bez obowiązku zwrotu.
My zmagamy się z takimi przyziemnymi problemami, chociaż Marcin jest jednym z najlepszych zawodników na świecie. Dlatego bierzemy pod uwagę zmianę obywatelstwa. A pomyśl, jakie problemy mają ci trochę słabsi, którzy reprezentują już niezły poziom i chcieliby być jeszcze lepszymi. My, jeśli Marcinowi powinie się noga, pewnie jakiś czas przetrwamy - jesteśmy tak silnym teamem, że wychodzimy z każdych opresji. Finansowo może być różnie, ale organizacyjnie damy radę wszystkiemu. Przez kilka lat budowałem nasze relacje ze sponsorami, zawsze byłem wdzięczny ludziom, którzy pomogli i głośno im dziękowałem. Wiem, że jak tylko coś się stanie, na pewno uzyskam pomoc, której będę potrzebował. Do tej pory zawsze, gdy potrzebowałem pomocy, uzyskałem ją od rodziny, przyjaciół, sponsora ZCH, GSC- Hermes. Na nich nigdy się nie zawiodłem. Niestety, w ogólnym rozrachunku uważam, że nie ma tutaj miejsca dla mnie. Nie mam siły męczyć się z urzędnikami, którzy zza biurka nie dostrzegają problemów, nie wyrażają chęci na ich rozwiązanie. Mam za mało wsparcia organizacyjnego, technicznego. Do tego dochodzą bardzo zawistni i zazdrośni ludzie, którzy wyrządzają nam wiele krzywdy.
Dlatego
bierzemy pod uwagę zmiany, nawet radykalne. Zmiana klubu
na zagraniczny jest łatwiejsza do przeprowadzenia niż zmiana obywatelstwa. Dużo szybciej też następuje. Tam
Marcin będzie miał stworzone tak samo dobre warunki do treningu,
ale przede wszystkim ja będę miał zatrudnienie, zabezpieczenie dla
mojej rodziny. Będę mógł dalej się rozwijać, realizować.
Tam docenia się fachowców i fanatyków. U nas tylko
podcinają skrzydła. Jak wychylisz się poza szereg, mniej cię
szanują.
Jest
więc różnica pomiędzy tym, jak traktuje się Ciebie w
Polsce jako trenera, a jak za granicą?
Jest. Muszę jednak zaznaczyć - w Polsce są też trenerzy, którzy zachowują się normalnie, wspaniali ludzie. Pamiętam taką sytuację, gdy zapytałem o radę mojego serdecznego kolegę Marka Jakubowskiego, trenera z wielkimi osiągnięciami. Powiedział mi: "Tomasz, ja nie miałem zawodnika na takim poziomie, nie wiem jak Ci pomóc z Marcinem." Ten sam trener wypytując mnie o trening nie poprzestał, gdy powiedziałem mu, że podstawą w treningu Marcina jest sprawność ogólna, teraz też sprawność specjalna. Pytał o formę, metody, ilości, intensywność itd. On rzeczywiście szukał odpowiedzi, nie uważał, że już zna wszystkie odpowiedzi.
Zazwyczaj każdy się pyta o rzeczy bardzo ogólne, ile biega ciągłego, a po ile ten ciągły. Mnie by nic nie mówiło, gdyby ktoś mi odpowiedział: 6 km po 3.30. Teoretycznie to nie jest szybko i wiele. Ale jak ten ktoś doda, że rano przed tym treningiem, ten zawodnik biegał SB 10x 500m podbiegu, lub 12 x 300 skipu, a na następny dzień po tym ciągłym, biega WS 10 x 1000m z przerwą 1 minutową po 2.55-3.00, to zmienia całkowicie moje zdanie. To bardzo mocny zakres.
W
Polsce proponowano mi pracę w zamian za zmianę barw klubowych przez
nas obu. Ale nawet nie spytano o kwalifikacje. Tylko dlatego, że w
danej chwili Marcin miał super wynik, ale nie miało znaczenia jak
bardzo perspektywiczny jest, jak bardzo wyeksploatowany treningiem.
Natomiast za granicą (Holandia, Niemcy, Anglia, Norwegia, Słowenia)
za każdym razem jak rozmawiałem o jakiejkolwiek współpracy,
czy to firma sportowa Adidas, czy najlepszy menedżer na świecie,
czy zwykły klub sportowy, czy szkoła, przeprowadzano ze mną
rozmowy kwalifikacyjne, miałem wrażenie, że poddawano próbie.
Musiałem udowodnić swoje kompetencje. Gdy zdradzałem wyniki
Marcina oraz osiągnięcia pozostałych zawodników, spotykałem
się ze słowami uznania, otrzymywałem gratulacje. U nas liczą się
układy, polityka, tam – umiejętności.
Jeśli
zmienicie klub na zagraniczny, to co się stanie z Twoja grupą w
Policach? Ponoć powstał tam niezły team?
W
Policach prowadzę grupę przy uczniowskim klubie sportowym. Pomiędzy
obozami koncentruję się najbardziej na nich. Gdy wyjeżdżam na
zgrupowania kadrowe staram się ich zabierać ze sobą, by mogli
trenować z moimi kadrowiczami. Jeśli wyjadę, na pewno nie będę w
stanie prowadzić grupy w Policach. Ciężko teraz przewidzieć, czy
się rozpadnie. Będę się starał wprowadzić kogoś na moje
miejsce, by dalej ciągnął tą ekipę.
A jak w ogóle oceniłbyś polski system szkolenia?
Wydaje mi się, że struktura szkolenia centralnego w Polsce jest bardzo dobrze rozwinięta. Zawodnik przechodzi przez szczeble szkolenia: klubowy, wojewódzki, centralny. W większości krajów taka struktura w ogóle nie występuje. Każdy szkoli się na własny koszt, bądź sponsorów. Jedynie naprawdę światowa czołówka ma zapewnione przez związek optimum szkoleniowe. U nas dba się o szeroką kadrę. To naprawdę duży plus, bo Polacy w większości nie są bogaci, jest to więc spora pomoc. Ale jeśli chodzi o ocenę organizacji tej struktury, to uważam, że należy sporo poprawić, bo nieporządek, nieład, nieubranie działań związkowych w garnitur zasad, granic, system promujący szkolenie młodzieży i niedbający o seniorów, niszczy cała tą strukturę od środka. Ostatnie moje przemyślenia prowadzą jednak do wniosków, że być może Norwegia, gdzie szkolenie centralne w ogóle nie występuje (nawet nie ma kadr wojewódzkich), postąpiła słusznie. Tam jednak sport wspierany jest przez sponsorów, u nas nie ma jeszcze na to warunków.

OK. Zajmijmy się teraz Lewandowskim-trenerem. Opowiedz
nam trochę o swojej koncepcji treningu. Skąd czerpiesz inspirację?
Nie
możemy zamykać się tylko na swoją filozofię treningową. Kilka
lat temu, gdy zdobywałem doświadczenie trenerskie, uczestniczyłem
kilkanaście razy w roku w szkoleniach, seminariach, konsultacjach,
wykładach sportowych, metodycznych, trenerskich. Bardzo dużo też
czytam literatury anglojęzycznej, mój asystent Tomasz
Jurkowski jest biegły z języka niemieckiego i wyszukuje wszystko,
co może być przydatne w treningu, w prasie, literaturze, TV
niemieckiej. Utrzymuję stały kontakt z trenerami najlepszych
zawodników w Europie i na świecie, wymieniamy się uwagami,
często szukamy rozwiązań z sytuacji problematycznych. Nie ukrywam,
że podpytuję, gdy tylko mogę, o różne sprawy związane
z treningiem. Jednakże nigdy nie traktuje czyichś wypowiedzi,
wskazówek, nawet w fachowej i specjalistycznej literaturze,
jako pewnik. Czytam, słucham, obserwuję, następnie sam analizuję,
zadaję dalsze pytania i wyciągam wnioski, wybierając z tego to, co
uważam za słuszne, co jest mi potrzebne.
Uważam
też, że myśl szkoleniowa w Polsce może być zdecydowanie
skuteczniejsza, pod warunkiem, że trenerzy zechcą dzielić się
miedzy sobą wiedzą i umiejętnościami i zaprzestaną traktować
się jak rywali. Bo dziś często nawet jeśli ktoś ma słuszną
koncepcję, nie wyjdzie ona na światło dzienne, nikt więc z niej
nie skorzysta. Ja na szczęście jestem otoczony przez świetnych
trenerów, którzy częstokroć do samego rana dyskutują
ze mną i dzielą się swoimi uwagami. W ten sposób uczymy się
od siebie nawzajem.
Ja bardzo dużo czytam i mimo skończonych studiów, dodatkowych fakultetów, kilku szkoleń, sam
jeszcze studiuję, tak dla siebie, wszystko, co mi jest potrzebne. Muszę
znać trochę psychologii, wiedzieć, jakie podać witaminy, jakie jedzenie.
Czytam np o Sebastianie Coe, co robić, żeby nie zatracić
szybkości nawet w zimę. My to robiliśmy do tej pory inaczej, szybkość
zaczynaliśmy w kwietniu, a mimo to Marcin jest taki szybki, że na
końcówce to praktycznie mało kto potrafi z nim wygrać. Trener Szałach
powiedział super świetną myśl, która mi dała dużo do myślenia: „nie liczy się sama szybkość w sobie, szybkość
maksymalna, prędkość jaką można rozwinąć na 100m, ale liczy się, by być
jak najmniej zmęczonym na 600m”. To potwierdziło moją zasadę, że trzeba
przeprowadzać trening bardziej tlenowy czy wytrzymałości szybkościowej,
a szybkość maksymalna nie jest do niczego potrzebna.
Czy mierzycie mleczan i co chcecie przez to sprawdzać?
Tak. Chcemy sprawdzać zmęczenie organizmu. Na dzień dzisiejszy ja coraz
sceptyczniej podchodzę do mierzenia kwasu mlekowego.Zbyt wiele
parametrów wpływa na jego wynik. Więcej niż na mój
subiektywny odbiór i ocenę treningu. Teraz bardziej kieruję
się „nosem”. Mierzę kwas, ale
tak bardzo się nim nie sugeruję. Marcin wszystkie drugie zakresy robi
do 2-2,5 mmoli, a tylko nieliczne powyżej 2,5.
Mierzymy głównie po treningach tlenowych, czyli żeby potwierdzić, że
trening wykonany był poniżej progu, że to był trening
budujący, a nie eksploatujący. Jeśli było by inaczej, zmieniłbym
kolejną jednostkę treningową.
Jeśli chodzi o trening to jakieś ramy macie opisane, ale jeśli coś się dzieje, to wszystko zmieniasz?
Tak, to jest tylko schemat. Trening dzień po dniu mam rozpisany tylko na dwa tygodnie, bo wszystko szybko się zmienia i często trzeba improwizować, wprowadzać korekty . Na tym polega optymalizacja procesu szkoleniowego.
Jak wygląda wasz trening siły biegowej, ile taka jedna seria siły trwa?
Odcinki które Marcin robi to są nie dłuższe niż 150m w podbiegach. Tak około 20min. Są treningi, że tylko chcemy, żeby coś zrobił na zaliczenie, żeby się przemęczył, a są takie, że chcemy uzyskać jakiś rezultat ruchowy, jakiś nawyk ruchowy. Innym razem - chcę, żeby się autentycznie zmęczył. Ja większy nacisk kładę na sprawność ogólną i specjalną. Przez całą zimę nie robimy siły biegowej, dopiero później, natomiast przez cały okres przygotowawczy robimy sprawność ogólną i specjalną, czyli: obwody, stacje, piłki lekarskie, płotki, siłownia - z własnym obciążeniem raczej bez obciążeń dodatkowych. Teraz, będąc na zgrupowaniu w RPA, gdzie mamy
idealne warunki pogodowe, wychodzimy z siłowni, żeby wykonać
trening siły biegowej. W Polsce pewnie dalej byśmy ćwiczyli na
sali, aż do wiosny.
Dokładnie planujesz dietę Marcina?
To jest tak, że od czasu do czasu daję mu tylko wskazówki. A jeśli chodzi o wspomaganie, suplementy, to ja ściśle wybieram, co i w jakim okresie, o której godzinie ma zrobić.
Możesz podać taki schemat suplementacji?
Marcin raczej nie je mięsa, więc musi uzupełnić białko, czyli brać aminokwasy, ale tylko po głównym treningu, natomiast codziennie izotonik uzupełniający płyny, rano multiwitamina i obowiązkowo na noc magnez.
Nie je mięsa? I Ty jako trener na to pozwalasz?
Marcin rzeczywiście nie je mięsa, nie je od kiedy pamiętam. Ale nie do końca. Po prostu nie przepada za mięsem, ja zresztą też. Jedni nie lubią ziemniaków w żadnej formie, a inni mięsa. Ale nie wynika to ze światopoglądu, wyznania, postanowień czy wskazań co do uprawiania sportu. Po prostu kwestia gustu. Ja wiem, że zawodnik musi jeść mięso, szczególnie czerwone. Nie boję się jednak o utratę zdrowia u Marcina z tego powodu. Badamy jego krew i całe ciało regularnie. Nie ma żadnych braków białkowych, braków w strukturze kostnej. A spustoszenia białkowe, wywołane treningiem, uzupełniamy w postaci odżywek sportowych. Marcin jada kurczaka i potrawy kurczakowe, je ryby, sery i przetwory mleczne. Inne rodzaje mięsa nie przechodzą mu po prostu przez przełyk. Zresztą na przykład Vitargo białkowe również powoduje odruchy wymiotne. Aha, jest wyjątek! Gdy nasz tato zrobi takie własnej roboty kabanosy z sarenki czy jelonka, dzika, to wcinamy obaj jak króliki.
A jakie Marcin je aminokwasy?
Zestaw aminokwasów, ale jak czasami ich nie mamy, to uzupełniamy je aminokwasami rozgałęzionymi czyli BCAA, a jak nie ma i tego, to odżywkę białkową. Dożylnie ani w zastrzykach nic nie bierze.
Ile Marcin waży i ma wzrostu?
65kg, wzrost 180.
A jak wygląda w Polsce odnowa biologiczna?
Powiem tak: jesteśmy daleko w
tyle! Brak u nas wyspecjalizowanych fizjoterapeutów i lekarzy
sportowych. Trenerem odnowy biologicznej musi być zawsze trener
sportowy. Na zgrupowaniach kadry PZLA często brakuje lekarza. A jak
ważną rolę pełni on na 30-40 dniowym zgrupowaniu zagranicznym dla
10-20 osób, to chyba każdy sobie zdaje sprawę. Brakuje też
masażysty. Dlatego coraz częściej trener poszerza swoje
umiejętności o sztukę masażu, by wspomóc proces
szkoleniowy i zawodnika. Odnowa biologiczna w Polsce kojarzy się z
sauną, a opieka lekarska ze zwolnieniem lekarskim, gdy złapie
się kontuzję. Tymczasem oba zagadnienia są o wiele szersze, bo
zawierają odpowiednią dietę, wspomaganie (tutaj nie mam w ogóle
doświadczenia, bo nigdy nie korzystałem z tego przywileju dla
Marcina), profilaktykę, szybką diagnozę, leczenie, rehabilitację.

Marcin Lewandowski na pierwszym miejscu podium Młodzieżowych Mistrzostw Europy 2007
Opowiedz coś o współpracy z Josem Hermensem, jak to się zaczęło i co wam to daje?
W Pekinie na MŚ Juniorów podszedł do nas jeden z jego pracowników i zagadnął. Najpierw nawet nie wiedziałem kto to jest, powiedział że z Global Sport Comunications. Na początku nie skojarzyłem kto za tym stoi. Ale jak mnie zaprosili na spotkanie to przedtem sprawdziłem. Na
pierwszym naszym spotkaniu był trener, który mnie sprawdzał pod względem
szkoleniowym, trenerskim. Dopiero przy kolejnych spotkaniach był Jos i
Nel Spencer, odpowiedzialny za promocje i reklamę w Adidasie.
Powiedzieli, że nas biorą, pod warunkiem, że ja będę trenerem. Bardzo im
się też spodobało, że czerpiemy mnóstwo metod treningowych z innych
dyscyplin sportowych. My np. tańczymy na treningu w parach bez muzyki,
robimy aerobik czy wymyślamy różne ćwiczenia zaczerpnięte z innych
dyscyplin sportowych. Pytali też bardzo dużo o trening, ile
jednostek treningowych wykonujemy w ciągu dnia, ile jednostek w
tygodniu, miesiącu, jaki kilometraż, intensywność, ile interwalów.
Stwierdzili, że zawodnik jest perspektywiczny i w związku z tym doszło zawiązania się współpracy.
A co nam to daje? Najważniejsza sprawa - załatwia nam
starty. No i daje poczucie bezpieczeństwa. To jest facet który ma Bekele, Gebrselassie, Kipchoge, wszystkich najlepszych na świecie
zawodników i on korzysta z najlepszej na świecie opieki, zaplecza. My,
dzięki temu, że go znamy, wiemy, że może zapewnić pomoc Marcinowi w
razie jakiegoś niepowodzenia. Gdybyśmy mieli jakiś problem finansowy to
wiemy, że też pomoże. Raz w roku sponsoruje sprzęt dla całej naszej
grupy. Daje możliwość przyjechania z całą ekipą do swoich ośrodków
sportowych za symboliczna kwotę i korzystania z całego zaplecza i
lekarza. Ma też ośrodki gdzieś w górach, które prowadzą byli
olimpijczycy. On ma naprawdę wielkie możliwości. Zobacz mitingi Golden League, transmitowane w telewizji. Tylko sędziowie albo dziennikarze
są na płycie boiska plus Jos, który zawsze jest ze stoperem, mierzy,
krzyczy, podchodzi do bieżni. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem, jak to
wszystko działa profesjonalnie. Nam czegoś takiego właśnie potrzeba. To
jest facet, który może wszystko w świecie sportowym.
A jak układacie plan startowy? Ma na to wpływ PZLA, menedżer?
Najwięcej można stracić, lub zyskać, na ostatnich 200 metrach w przypadku biegu na 800m, ostatnich 500/1500m, 1000m/5000, 2000m/10000m, 800m/3000prz. Niezbędna w tym przypadku jest rywalizacja. Jeśli biegnie się wówczas samemu, niezwykle ciężko jest wykrzesać z siebie nowe siły, natomiast może uczynić to nasz umysł, reagując na przeciwnika. Dodatkowo dochodzą przeciwności ze strony pogody. Biegnąc w grupie, niejako w tunelu powietrznym, nie traci się sił na walkę z wiatrem. Ważne jest więc, by biegać z lepszymi od siebie, bo oni mogą „dociągnąć” cię do mety.
No i druga sprawa: kibice.
Ich entuzjazm, okrzyki, atmosfera zawodów, prestiż imprezy - to
silne bodźce, powodujące wyciśnięcie ostatniej kropli energii z organizmu.
W Polsce na razie brakuje tego, nie ma takiej atmosfery.
No właśnie, jak sądzisz, dlaczego zawody w Polsce odbywają sie przy pustych trybunach?
Kiedyś
na zawody lekkoatletyczne na stadion X-lecia przychodziło
kilkadziesiąt tysięcy osób, więcej niż na mecze
piłkarskie. Uważam,
że bardzo silnym narzędziem manipulacji uwagą kibiców są media.
One wybrały politykę ukierunkowaną na gry drużynowe (głównie
piłka nożna), gdyż to się sprzedaje najlepiej. Wystarczy tylko
trochę uwagi poświęcić w mediach lekkoatletom, a z iskry będzie wielki
płomień, tak jak z Małyszem, Kubicą, Jędrzejczak. Potrzeba
też nam kreatywnych menedżerów i organizatorów
imprez. Wszyscy razem mogą stworzyć efektowne widowisko, a to
przyciągnie ludzi. Bez pomocy mediów zawsze będziemy w tyle.
Marcin od kilku lat ma dziewczynę - Magdę, z którą bardzo się zżył. Ja mam kochaną żonę Sylwię, z którą oczekujemy z niecierpliwością potomka. Czas na normalność Marcin ma w październiku, podczas przerwy posezonowej i roztrenowania. Luźniej jest też w listopadzie podczas wprowadzenia w trening. Każdą niedzielę mamy wolną od treningu, wtedy jest czas dla rodziny, na odpoczynek, relaks, modlitwę. Dla mnie październik jest ciężki, ponieważ analizuję miniony sezon każdego zawodnika, wyliczam proporcje, wyciągam wnioski i przygotowuję projekt szkolenia na kolejny sezon. Walczę też wtedy o sponsora, zajmuję się marketingiem. I jeśli normalność traktujemy jako wspólne wypady, kino, wycieczki, imprezy, spotkania towarzyskie, to ja jestem nienormalny, bo to mam naprawdę bardzo rzadko. Odpoczywam, gdy jestem chory, bo uziemiony nie wiele mogę zdziałać.
Nasze relacje są zazwyczaj bezkonfliktowe. Często zdarza się różnica zdań na tematy życiowe, ale nigdy na tematy sportowe, metodyczne. Marcin mi ufa w 100%. Niestety, nasze relacje braterskie zanikły. Sport wymaga profesjonalizmu nawet pomiędzy treningami. Gdy siedzimy przy niedzielnym obiedzie w domu i Marcin nie ma na nogach skarpetek, nawet wtedy zwracam mu uwagę i nie może on ze mną dyskutować na ten temat. Podczas treningów nie może liczyć na żadne pobłażanie z mojej strony czy faworyzowanie go. Jak podpadnie, egzekwuję błędy i on ponosi konsekwencje.
Czy kiedykolwiek wątpiłeś, że uda Ci się doprowadzić Marcina do sukcesów?
Tak, zdarza mi się zwątpić. Nie
wątpię w wielki talent Marcina, ani w jego predyspozycje,
możliwości. Z roku na rok stwierdzam, że jest on większym
talentem niż sądziłem jeszcze rok wcześniej. On udowadnia mi moją
niewiedzę. Kiedyś powiedziałem przed zawodami, że jeśli pobije w
nich rekord Polski, to muszę spalić swoje zapiski treningowe, bo za
nic nie chciał z nich wyjść taki super wynik. Ale przecież sport
to nie matematyka. Marcin pobił ten rekord, ja – nie spaliłem
swoich notatek. Są mi one bardzo potrzebne nawet dziś. Ale wtedy
uwierzyłem w słowa mojego asystenta: „On może być lepszy niż
Czapi. Może być najlepszy na świecie.” Teraz wierzę, że
wszystko jest możliwe.
Talent Marcina
potwierdzają nie tylko wyniki sportowe, ale i wyniki wszelkich badań
wydolnościowych, biochemicznych czy fizjologicznych. Ale
żeby z wielkiego talentu zrobić biegacza, to nie jest takie łatwe.
Ile mieliśmy talentów, a ile z nich zostało? Okazuje się,
że sam talent nic nie przesądza. Trzeba jeszcze w odpowiedni sposób
go rozwijać, budować. Żeby mieć dobrego zawodnika, nie wystarczy
tylko go trenować. Trzeba go poznać, kształtować w nim
odpowiednie cechy wolicjonalne, podejście życiowe, trzeba go
wychowywać. A to już nie jest takie proste. I tego się zawsze
bałem. Żeby być mistrzem, nie wystarczy mieć talent. Mistrzostwo
to suma tysięcy składników. Mistrzem staje się nie ten, kto
ma największy talent (choć jemu jest najłatwiej), ale ten, kto
zadba o największą liczbę - tych wpływających na wynik sportowy
- czynników. Jeśli się obawiam, to tylko tego, jak wiele z
nich rozpoznam i o jak wiele z nich będę mógł zadbać oraz
o to, o jak wiele z nich będzie mógł zadbać Marcin.
A jakie są najsilniejsze Wasze strony?
Najsilniejsze? Hmm... Myślałem, że zapytasz o te najsłabsze. Jeśli chodzi o
mentalność, charakter, to uważam, że najmocniejszą cechą
Marcina jest całkowite oddanie się i poświęcenie. Niewiele osób
potrafi się tak oddać temu, co robi. Wierzy w siebie, jest
waleczny, zawzięty. Jeśli chodzi o predyspozycje fizyczne, to
uważam, że największym jego atutem jest bardzo wysoki pułap
tlenowy i duża siła naturalna. W biegu natomiast najmocniejszą
jego stroną jest silny finisz. Moją
mocną stroną, jako trenera, jest
konsekwencja i opanowanie, kreatywność i elastyczność.
A co powiesz o swojej wcześniejszej karierze jako zawodnika?
Myślisz, że Marcinowi w Polsce wyrośnie jakiś mocny rywal?
Powiedz jeszcze, co z Waszą stroną WWW, była dla kibiców cennym źródłem informacji, dlaczego jest tak rzadko aktualizowana?
No to bieganie.pl postara się dostarczać kibicom najświeższych informacji o Teamie Lewandowskich (TiM - jak Tomek i Marcin). Powiedz nam na koniec: jakie macie najbliższe plany?
W takim razie czekamy, życzymy powodzenia i trzymamy kciuki!
Dzięki. Pozdrawiamy wszystkich kibiców i dziękujemy za wsparcie, jakiego nam udzielają.
Porównanie wyników Marcia z kilkoma z najlepszych "ośmiusetmetrowców" w historii.
| |
Coe | Kipketer | Bucher | Schumann | Borżakowski | Czapiewski | Lewandowski |
| Wiek | 29/10/1956 | 12/12/1970 | 19/10/1976 | 20/05/1978 | 12/04/1981 | 30/03/1978 |
13/06/1987 |
| |
177/54 | 172/62 | 186/75 | 192/77 | 182/70 | 178/57 |
180/64 |
| 16 | 1:59.9 | 1:50.3 | X |
2:03.6 | 1:53.6 | 1.57.39 | 1.55.46 |
| 17 | 1:56.0 | 1:52.0 | 1:56.40 | 1:53.0 | 1:47.7 | 1.52.93 | 1.51.77 |
| 18 | X | 1:47.0 | 1:48.32 | 1:48.35 | 1:46.13 | 1.49.66 | 1.48.86 |
| 19 | 1:53.7 | 1:47.2 | 1:45.71 | 1:46.61 | 1:44.33** | 1.48.28 | 1.46.69 |
| 20 | 1:47.7 | 1:45.7 | 1:46.41 | 1:44.89 | 1:42.47 | 1.46.57 | 1.45.52 |
| 21 | 1:44.95 | 1:46.19 | 1:45.33 | 01:45.1 | 1:44.20 | 1.46.71 | ?? |
| 22 | 1:43.97 | 1:45.62 | 1:44.96 | 1:44.22 | 1:43.68 | 1.46.07 | |
| 23 | 1:42.33 | 1:45.46 | 1:42.92 | 1:44.32 | 1.43.92 | 1.43.22 | |
| 24 | 1:44.7 | 1:43.29 | 1:43.12 | 1:44.16 | 1:44.2 | 1.44.32 | |
| 25 | 1:41.73* | 1:42.87 | 1:42.55 | X | |
1.47.05 | |
| 26 | 1:44.78 | 1:41.83 | 1:43.93 | X | |
1.46.39 | |
| 27 | 1:43.80 | 1:41.11* | 1:44.23 | X | |
1.45.39 | |
| 28 | 1:43.64 | 1:43.18 | 1:45.56 | |
|
1.48.48 | |
| 29 | 1:43.07 | 1:42.57 | 1:45.2 | |
|
|
|
| |
|
|
|
|
*WR | **Jun.Eur.Rec. | |
| Dyskusja | |
| Qba Krause 22.12.2009 |
Prawda |
| wojtek 21.12.2009 |
Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia .
Latwo wyglaszac wyswiechtane komunaly , kiedy mamcia przynosi papu do lozeczka . |
| Qba Krause 21.12.2009 |
Nie uważam, by zmiana obywatelstwa powodowana złożonym kompleksem czynników, pośród których występują wyższe zarobki, była utrat ą godności. |
| J. Owens 19.12.2009 |
Sprawa jest złożona - są ludzie, którzy oddali by wszystko aby móc reprezentować swoją ojczyznę. Są też tacy, co oddali by swoją godność (bo zrzekanie się obywatelstwa na rzecz zarobków jest utratą godności) aby móc zarobić duże pieniądze. I jednych i drugich jest wielu. Ani ślepi patrioci ani dorobkowicze nie przekonają siebie. Można się jedynie opowiedzieć jaką postawę się prezentuje, czy najważniejsze są pieniądze, czy tzw. wyższe wartości (dla każdego nieco inaczej rozumiane). Ja zdecydowanie jestem , a przynajmniej chciałbym być, marzę o tym, aby być patriotą. Może to kwestia wieku, może charakteru, może pochodzenia - nie wiem |
| jaszczomb 17.12.2009 |
Qba Krause napisał(a): Po pierwsze,
Quote: Wyznacznikiem poziomu trenerskiego jest ilośc pieniędzy jaką kluby gotowe są za niego dać. Absolutnie się nie zgadzam - nie w sytuacji, gdy milion różnych czynników, układów, historii osobistych, uwarunkowań przesłania realna ocenę pracy zawodnika/trenera. ok nie jest to jedyne kryterium są jeszcze inne również - wymierne: 1.Wyniki osiągane przez podopiecznych. Na razie mamy jednego na światowym poziomie. Żeby nie mówić o przypadku TL potrzebuje jeszcze jednego. 2.Kolejka zawodników chcących trenować. Wydaje mi się że w naszym kraju nie ma zbyt wielu trenerów światowego poziomu i jest x zawodników marzących o osiągnieciach takich jak ma ML (też bym chciał jakbym był o 15 lat młodszy) i skłonnych wydać na to pieniądze - sama wiedza kosztuje sporo nie mówiąc już o praktyce. W tej chwili wiem o jednym zawodniku a sądzę że trener jest w stanie pracować jednocześnie z max 5 zawodnikami (jak się mylę to proszę mnie poprawić). Z 3-5 zawodników chyba da się jakoś życ, prawda? |
| Qba Krause 16.12.2009 |
Po pierwsze,
Quote: Wyznacznikiem poziomu trenerskiego jest ilośc pieniędzy jaką kluby gotowe są za niego dać. Jeżeli PZLA nie chce dać TL-owi takiej kasy jaka zadowoli jego aspiracje to powinien przyjąć to z uśmiechem gdyż świat jest przed nim otwarty z pieniędzmi dużo większymi niż w naszym związku la.
Absolutnie się nie zgadzam - nie w sytuacji, gdy milion różnych czynników, układów, historii osobistych, uwarunkowań przesłania realna ocenę pracy zawodnika/trenera. Sytuacji, w której nie można realizować swojej pracy i pasji we własnym kraju w normalny sposób i będąc sprawiedliwie ocenianym, nie należy akceptować i uśmiechać się do niej, tylko próbować zmienić. Po drugie, wyciąganie brudów PZLA nie jest dla mnie żenujące jeżeli służy rzeczowemu opisaniu sprawy. |
| jaszczomb 16.12.2009 |
russian, white russian napisał(a): robią swoją robotę najlepiej w Polsce. (a i na poziomie światowym porządnie) Wyznacznikiem poziomu trenerskiego jest ilośc pieniędzy jaką kluby gotowe są za niego dać. Jeżeli PZLA nie chce dać TL-owi takiej kasy jaka zadowoli jego aspiracje to powinien przyjąć to z uśmiechem gdyż świat jest przed nim otwarty z pieniędzmi dużo większymi niż w naszym związku la. Quote: jest coś takiego jak duma.
przeliczalne to jest na pieluchy? istnieje równiez pokora. Nie ma nic wstydliwego z chęci zarabiania pieniędzy - nie trzeba się z tego tłumaczyć a wyciąganie brudów PZLA jest naprawdę żenujące i świadczy o braku klasy TL-a. W kwestii patriotyzmu się nie wypowiadam ponieważ nie jest to dla mnie tak oczywiste. |
| russian, white russian 15.12.2009 |
robią swoją robotę najlepiej w Polsce. (a i na poziomie światowym porządnie)
w paru innych krajach, można za to przyzwoicie funkcjonować. i tyle. Owens, jaszczomb - jest coś takiego jak duma. zdrówko |
| jaszczomb 15.12.2009 |
Poruszył mnie ten wywiad. Wannabe trener mający żal do wszystkich, że nie może utrzymać rodziny ze swoich marzeń. Żenada. |
| Adam Klein 14.12.2009 |
J. Owens napisał(a): To przykry dowód na to, że aby zdobyć kasę wielu ludzi zrobi wszystko i pozbawi się zasad, ideałów, tożsamości.
Ale mówisz o braciach Lewandowskich? Czy o działaczach czy o kim ? |
odpowiedz | zobacz wszystkie komentarze ![]() |








Zawodnicy