Moje biegowe początki
19 kwietnia 2021 Marta Gorczyńska Zacznij Biegać

Moje biegowe początki


ak Wam idzie, moje drogie żółwie? Mniemam, że w końcu zaczęliście! A jeśli zaczęliście, ale już zdążyliście poczuć rezygnację chociażby ze względu na deszczowy tydzień, to uwaga, nadchodzę z odsieczą.

Na poniedziałek nie miałam rozpisanego treningu i nie mogłam uwierzyć, jak bardzo mi się chciało wyjść pobiegać! Mogłabym powiedzieć, że ze względu na to, że mało mi tego truchtania, ale prawda leży gdzie indziej: poniedziałek miał być jednym słonecznym dniem tygodnia. Dalej już tylko deszcz, śnieg i zawierucha. Uznałam jednak, że plan kołcza Artura to plan kołcza Artura i jest nietykalny. Planowo wyszłam więc na trening we wtorkowy deszcz. I uwaga, nie roztopiłam się!

Nie wiem, czy jesteście z tych, którzy uwielbiają taplać się w kałużach, ale ja zdecydowanie tak. To znaczy, może nie to, że specjalnie wychodzę w kaloszach, ale bieganie w deszczu nie stanowi dla mnie żadnego wyczynu. Głównie dlatego, że jestem przyzwyczajona i do startów i do treningów pod zarwanym niebem. Dlatego przekazuję info z pierwszej ręki – deszczu nie ma co się bać!

Czasami zdarzają się złe warunki, czasami trwają dłużej, niż byśmy chcieli, ale w nich też trzeba sobie radzić. Szczególnie, że na początku najważniejsza jest systematyczność, no a swoją drogą kwiecień plecień. Nie mówię oczywiście, że na trening wiernie trzeba iść, kiedy za oknem burza z piorunami, wiadomo. Po prostu, być może kiedyś, gdy postanowicie, że wystartujecie w zawodach, nieoczekiwanie na starcie spotka Was ulewa. Więc tym lepiej dla Was, że nauczycie się w niej biegać! Pamiętajcie jednak, by po każdym mokrym treningu jak najszybciej wrócić do domu, czem prędzej zrzucić z siebie przemoczone ciuchy i wziąć ciepłą kąpiel, żeby się po prostu nie przeziębić. Zresztą o tym, co po treningu – nie tylko tym deszczowym – należy robić, przeczytacie (i obiecuję, że nie będziecie żałować) TU

Bieganie po deszczu

.Czwartkowe 2km + 12x1min/1min + 2km było całkiem fajne, szczególnie, że nawet byłam w stanie osiągać sensowne prędkości. I to w deszczu! Rzecz jasna nie było to tempo zwiastujące rekordy, ale takie no wiecie, spoko. Generalnie miło, przyjemnie, bez większych przygód.

Z kolei w sobotę odbył się bieg… ciekawy. Ciekawy, bo z jednej strony luźny i po raz pierwszy w stu procentach ze swobodnym oddechem, a z drugiej z ogromnym bólem. Bólem brzucha, pleców i ud. Cóż, takie zdarzają i zdarzać się będą raz na miesiąc. Drogie Panie, następny akapit zaadresowany jest głównie do Was. Przedstawiam go otwarcie, bo miesiączkowanie po prostu dotyczy nas wszystkie. Gorąco zachęcam jednak też panów, by kontynuowali wątek, bo a nuż będą mogli wykazać się zrozumieniem dla swoich biegających kobiet.

Rozgrzewka przed bieganiem

Kiedyś naprawdę nie mogłam się nadziwić, gdy słyszałam, jak jakaś dziewczyna mówi, że nie idzie na trening, bo ma okres. „Wymyśla, nie chce jej się, przecież to nie jest takie tragiczne, niech se weźmie tabletkę” – serio tak myślałam, bo bolesne miesiączkowanie mnie nie dotyczyło. Do czasu.

Teraz, pierwszego dnia, termofor, rozkurczowe tabletki i ja leżąca jak leniwiec pod kocem z herbatką to klasyczny widok , ze względu nie tylko na silny ból podbrzusza, ale też ud i pleców. Taki, że nawet po czekoladę i chipsy mi się nie chce wstać. Zastanawiałam się, jak do tego podejść w kontekście sobotniego biegania. Odpuścić czy wziąć kilka przeciwbólowych tabletek, zacisnąć zęby i wyjść. Znalazłam trzecie rozwiązanie, które u mnie może nie zdało egzaminu w stu procentach, ale pomogło, więc może i Wam pomoże – przed wyjściem posmarowałam okolice brzucha i ud maścią rozgrzewającą.

Co prawda cały bieg i tak skrzeczałam, ale nie były to najgorsze katusze. Czułam ból, więc nie naciskałam, po prostu biegłam, maksymalnie w granicach swojego komfortu, nie przekraczając go. I tak sobie podczas tego biegu pomyślałam o dziewczynach, które startują na międzynarodowych imprezach z miesiączką i się na to nie skarżą. Wyobrażacie sobie, jak któraś w rozmowie na żywo, po biegu, mówi: „Nie poszło mi, bo mam okres”? Ale by się rozpoczęła burza w internecie, że ta to dopiero wymyśla!

Przypomniało mi się też, jak kiedyś jedna z naszych lekkoatletek na swoim Instagramie udostępniła zadane jej pytanie: „A czy trenuje Pani, gdy ma miesiączkę?”, odpowiadając: „Tak, a nawet startuję na mistrzostwach świata i Europy”. Nie chcę namawiać, byśmy porównywały się do zawodowych biegaczek, nie o to mi chodzi. Szczególnie, że gdy zaczynamy biegać od zera, to już przeżywamy dostateczne męczarnie. Piszę to z myślą, byśmy miały odwagę spróbować wyjść pobiegać, nawet, gdy wszystko nas boli. Nie naciskać, a podejść do tego na spokojnie i łagodnie.  A jeśli boli nas tak naprawdę nie do zniesienia – wyluzować z bieganiem i zmobilizować się chociaż do wyjścia na lekki spacer. Pamiętajcie, że trening zawsze możemy odrobić, a podchodzenie do biegania „na siłę” trudno będzie nam potem zmienić.

Rozpoczęcie biegania

W niedzielę, miało być żwawe 7km. Takie trochę szybsze niż zwykłe moje rozbiegania, o 10-15 sekund na kilometr. No i było, z tym, że w Dębnie, w atmosferze podniecenia i ekscytacji, na cztery godziny przed rozpoczęciem mistrzostw Polski w maratonie. Biegłam małymi uliczkami Dębna w swego rodzaju ulewie, po zupełnie nieprzespanej nocy (nie ze względu na pracę, przygotowania, a niemiłosiernie chrapiącego sąsiada za ścianą) i chyba poczułam się za bardzo jak Arek Gardzielewski czy Krystian Zalewski.

To znaczy, chyba za bardzo wyobraziłam sobie, że nimi jestem i za bardzo wszelkie plakaty maratonu zadziałały na mnie pobudzająco, jako, że biegałam nie o 10-15, a o 20-25 sekund szybciej. Generalnie cały ten wspaniały bieg rozpoczął się o 5:44, więc pan redaktor-szafiarz naczelny Kuba Pawlak, zdążył nadać mi tytuł „biegacza”, nim sam jeszcze założył buty startowe. Nie wiem, jakie jest kryterium ogólne nadawania takiego tytułu, lecz dla Kuby taka godzina –  i to w niedzielę!! –  była zupełnie wystarczającym powodem.

Bieganie w deszczu

Swoją drogą, jadąc pociągiem, dodałam post na swojego nie do końca rozwiniętego Instagrama: „Jadę na maraton w Dębnie, trzymajcie kciuki”. Ci, którzy zdążyli przeczytać moje poprzednie teksty wyczuli, że coś tu nie gra: „ale to biegać czy z aparatem?”. Dostałam jednak też kilka wiadomości o treści: „powodzenia”. I tych drugich niech trenerska ręka broni przed wpadaniem na podobne pomysły biegania maratonu po miesiącu trenowania! Nawet nie próbujcie się domyślać, że ktoś postanowił podjąć się takiego karkołomnego czynu, a już szczególnie życzyć mu powodzenia, bo nim się obejrzycie, taka myśl zawita i w Waszej głowie. Wiem co mówię. Tydzień temu, gdy wspomniany naczelny zadzwonił z pytaniem: „Hej Marta, może chciałabyś jechać na maraton w Dębnie?”, pierwsze co pomyślałam, to że na pewno po to, by startować, no bo niby po co innego. Dopiero po chwili oprzytomniałam, że „jechać dziennikarsko” nie znaczy przecież reprezentować ekipy bieganie.pl na starcie, a robić zdjęcia i relacjonować całe wydarzenie. Tak naprawdę (ale to tylko między nami) chodziło głównie o zrobienie kolejnych zdjęć Kubie do albumu rodzinnego.

Dziennikarz na maratonie

Wracając – dlaczego bieganie maratonu po miesiącu, a nawet dwóch, a nawet trzech od rozpoczęcia truchtania od zera jest złym pomysłem? Po prostu – Wasz organizm nie jest na to przygotowany! I koniec kropka. Jeśli chcecie niejeden maraton w życiu przebiec, jeśli w ogóle chcecie cieszyć się bieganiem dłużej niż trzy tygodnie, to poczekajcie, zaplanujcie wszystko dokładnie i dopiero realizujcie swoje cele, by zwyczajnie czuć się do tego truchtania, coraz to szybszego i dłuższego, ciągle zmotywowanym.

Mi już Kuba przyszłość zaplanował – za rok to ja mam startować ‘’dziennikarsko” w Dębnie. Nie składam jednak pochopnych obietnic, jako, że były to jego pierwsze słowa po maratonie, a ich z reguły nie można brać za pewnik, a po drugie, to kołcz Artur będzie miał tutaj decydujący głos. I wierzcie mi, po tym, co zobaczyłam na mecie w Dębnie, mówię serio –  trzeba być to tego naprawdę cholernie przygotowanym i zmotywowanym. PS Wszelkie opóźnienia w publikacji tekstu (takie, że nie w niedzielę, a poniedziałek) spodowane są pomaratońskim zgonem redaktora naczelnego. 

Marta Gorczyńska

Biega szybko, biega długo, biega wszędzie, z tym, że głównie z aparatem. Porywa się z nim na słońce i próbuje robić wszystko naraz. Dla rozwijania pasji zbankrutuje, poleci na koniec świata, a i tak wróci z uśmiechem na twarzy, bo jak twierdzi - z pasją albo wcale. Swoje fotografie prezentuje z regularnością mniejszą lub większą na fanpage'u