23 maja 2009 Redakcja Bieganie.pl Trening

Renato Canova o „duchowym” aspekcie treningu


canova_soul.jpg

Proponujemy dziś trochę nietypowy tekst o treningu – bez liczb, obliczeń, całego tego matematycznego podejścia. Renato Canova, jeden z najsłynniejszych długodystansowych trenerów świata, pokazuje, że można być wielkim trenerem, a równocześnie mieć do całego tego biznesu bardzo zdrowe podejście. Tekst jest wolnym tłumaczeniem jego wypowiedzi o treningu i trenowaniu z amerykańskiego forum Letsrun.com, większość z nich pochodzi sprzed kilku lat.

Oto, co mówi Canova:

"Zakochałem się w lekkiej atletyce w wieku 12 lat. To właśnie wtedy postanowiłem, że kiedy dorosnę, zostanę trenerem reprezentacji Włoch. Nigdy nie interesowało mnie bycie najlepszym zawodnikiem. Jako trenera motywują mnie dwie podstawowe sprawy:

– poznanie granic ludzkich możliwości, przez co rozumiem tak fizjologię, jak i psychologię, czyli szukanie indywidualnej drogi do rozwoju zawodnika (ta droga w każdym przypadku jest inna),

– pomaganie zawodnikom w rozwoju życiowym, osobistym.

Bardzo mocno wierzę w rolę lekkiej atletyki, jak i każdego innego sportu, jako nauczycielki życia. Moje zasady są bardziej zasadami belfra niż trenera. Przede wszystkim jestem wychowawcą, dopiero później szkoleniowcem. Z tej przyczyny nigdy nie akceptuję w sporcie nie tylko jakiegokolwiek rodzaju niedozwolonego wspomagania, ale jakiejkolwiek wspomagania w ogóle. Uważam, że największa siła człowieka tkwi w potędze jego umysłu, jego wiary – i zawsze staram się budować niezachwianą pewność siebie u moich zawodników. Kiedy użyjesz w sporcie czegoś, co da ci pomoc, przewagę (to może być jakiekolwiek dozwolone wspomaganie, psychologiczny efekt jest taki sam), stajesz się niewolnikiem tego wspomagania, nigdy nie pozbędziesz się przekonania, że twoja siła zależy od niego. A takiej sytuacji u swoich zawodników nie chcę. Chcę, żeby oni zawsze wierzyli w siebie i byli pewni siebie, a kiedy coś pójdzie nie tak, żeby umieli znaleźć przyczyny bez szukania jakiegoś zewnętrznego usprawiedliwienia – bo to jest dla zawodnika zabójcze.

Za każdym razem próbuję uczyć moich zawodników, szczególnie Afrykanów, odpowiedniego podejścia do życia. Chcę żeby moi zawodnicy szanowali siebie i innych, żeby nie marnowali swojego czasu. Zawsze próbuję być przewodnikiem, ponieważ oni tego potrzebują, ale nie jestem pewien, czy zawsze daję sobie odpowiednio radę.

Często czytam o zawodnikach hodowanych w laboratoriach jak maszyny, budowanych w jednym celu: aby wygrywać. Nie wiem, czy to moje szczęście, ale takiego podejścia nie widzę u swoich lekkoatletów. Wielu z nich należy do absolutnie najlepszych na świecie, wielu innych najlepszych znam na stopie koleżeńskiej i uwierzcie mi: wszyscy oni są normalnymi ludźmi, jak ty czy ja, mają zwykle domy, przyjaciół, rodziny. Wielu ludzi myśli, że sport na najwyższym poziomie to upadek wszelkich wartości, a jedyne, co się liczy, to zwycięstwo. Otóż uważam, że przyczyną, dla której wielu moich zawodników należy do najlepszych biegaczy globu, jest właśnie ich normalność.

Co do samego treningu, to nigdy laboratoryjnie nie nadzoruję swoich biegaczy – z wyjątkiem robienia ogólnych badań krwi co 1-2 miesiące. Dzięki tym danym mogę wyciągnąć wiele wniosków i wiem, czego mogę oczekiwać od zawodników w najbliższym czasie. Co do innych badań, to czasami wykonuje różne testy, ale tylko po to, żeby mieć dane do pracy naukowej, swojej lub innych. Nigdy nie wykorzystuję tego rodzaju danych, żeby jakoś wpływać na trening. To działa wręcz odwrotnie: daję zawodnikom pewien program, a wyniki ewentualnych testów wykorzystuję, żeby sprawdzić, w jaki sposób zmieniło to ich orgnizm. Testy nie mają wpływu na trening, zmieniam go na podstawie tego, co widzę na co dzień u zawodników, a nie na podstawie laboratoryjnych danych.

Biegacze używają wielu liczb, np. procenty tętna, VO2max itp. Ja nigdy nie używam w treningu pulsometrów, na przykład dlatego, że to są zmienne, zależne od wielu czynników dane. Używam pomiaru zakwaszenia, żeby potwierdzić to, co i tak widzę w trakcie treningu. Bo z treningu można wyciągnąć wszelkie potrzebne wnioski. Zbyt dużo mówienia o liczbach w treningu to jakieś może ćwiczenia z zakresu fizjologii, ale na pewno nie świadczy o tym, że ktoś ma zdolności trenerskie. Osobiście nigdy nie spotkałem naukowca, który byłby dobrym trenerem. Naukowiec używa zawodnika do tego, aby zrealizować jakiś trening, a trener używa treningu po to, aby rozwijać zawodnika. Podmiotem działania trenera jest biegacz, podmiotem działania naukowca – sam trening. Trzeba zaś zawsze pamiętać, że w gruncie rzeczy chodzi nam o to, żeby uczynić możliwym to, co wcześniej wydaje się niemożliwe. W tym celu sięgamy po dość proste środki, zawodnik bez jakiejś wielkiej presji powinien po prostu być zdolny w treningu do znoszenia coraz większych obciążeń. Oczywiście zbyt mocny trening też jest błędem, choćby dlatego, że wtedy nie sprawia przyjemności, staje się przykrym obowiązkiem. Ideałem jest takie wyważenie tego wszystkiego, żeby trenować mocno, ale nie na tyle, żeby tracić nerwy walcząc z sobą w treningu. To ma być wymieszanie pewnych naukowych podstaw z tym, co nam sprawia przyjemność i nie wyczerpuje naszego systemu nerwowego.

Ważne jest, aby używać swojej fantazji w celu stworzenia programu treningowego, który jest zgodny z zasadami nowoczesnego treningu, ale równocześnie jest mocno indywidualny. Pamiętajmy, że biegacze to nie maszyny z dokładnie takimi samymi cechami. Ten sam wynik mogą uzyskać kompletnie różni biegacze, z zupełnie innym zestawem genetycznych cech. Wynik będzie ten sam, ale drogi do niego prowadzące – zupełnie inne.

Na końcu i tak się zawsze okazuje, że trenuję kogoś dlatego, że po prostu lubię nawiązywać bliższe, przyjacielskie kontakty z ludźmi. Lubię dużo mówić, rozmawiać, co właśnie macie okazję zaobserwować, a trenowanie zawodników daje mi szansę na nawiązywanie tego rodzaju znajomości. Nie mógłbym być trenerem, nie stając się równocześnie przyjacielem, czasami niemal ojcem, czy też starszym bratem (to wynika choćby z mojego wieku) zawodnika. Trenowanie biegaczy to nie jest coś "suchego", teoretycznego – to coś żywego, pragmatycznego, to żywa więź. Żeby być trenerem, trzeba mieć pasję poznawania ludzi, to jest niemal rodzaj misjonarstwa. Do tego musisz mieć serce i pamiętać, że robisz to nie tylko dla siebie, ale przede wszystkich dla innych – dla zawodników.

Redakcja Bieganie
Redakcja Bieganie.pl