philips
 
7 września 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Zbrodnia i kara – sprawa Agnieszki Gortel


Historia Agnieszki Gortel o oczyszczenie nazwiska z etykiety "dopingowicza". W roku 2013 po Maratonie w Kolonii, w ciele Agnieszki Gortel wykryto niedozwolone środki klasyfikowane jako „doping” w wfekcie czego została zawieszona na dwa lata. Agnieszka leczyła się na tarczycę i powinna była wystąpić o zezwolenie terapeutyczne, czego przez brak odpowiedniej edukacji nie robiła. Ta historia, gdyby nie to, że ciężka dla Agnieszki, nadaje się farsę dotyczącą funkcjonowania PZLA i polskiego antydopingu.

Adam Klein: Najbardziej niezwykłe jest to, że przed Mistrzostwami Polski w Dębnie w 2013 roku, Agnieszka zgłaszała w specjalnym formularzu jakie lekarstwa bierze. Ani w trakcie ani po, nikt nie miał wtedy żadnych obiekcji. Pytanie, czy oni to w ogóle przeczytali? Boję się wyciągać wnioski: "co jeśli przeczytali?”. Natalia Grebisz napisała ciekawy, analityczny tekst dotyczący przypadku Agnieszki. Zapraszam poniżej.

***

Agnieszka to przykład na to, że na sport nigdy nie jest za późno. Swoją przygodę z maratonami na poważnie zaczęła w wieku 31 lat, mając 6 letniego syna i wiedzę ekonomiczną i menadżerska (pracowała między innymi jako korepetytorka z matematyki, statystyki i ekonomii oraz menadżer w firmie samochodowej w Mikołowie). Wcześniej, w 1999 roku w swoje 22gie urodziny postanowiła, że przebiegnie maraton.

Pierwszy w życiu ukończyła w Pradze w czasie 3h 37 minut netto. Tak ją wciągnęło, że zaczęła regularnie startować w lokalnych biegach ulicznych. Potem przeznaczyła czas na pracę i rodzinę. Po ośmiu latach   powróciła do pasji biegania. Rezultaty na zawodach zaczęły, oprócz zadowolenia, przynosić również finansowe profity, które mogły zapewnić utrzymanie jej i synowi, którego po rozwodzie wychowywała sama. Wsparcie i wiarę uzyskała również od rodziców.

Do roku 2013 Agnieszka zabezpieczała sferę finansową sportu samodzielnie. Odnowę biologiczną, odżywki, plany treningowe, wyjazdy, to była jej kwestia do zorganizowania. Klub TS AKS Chorzów, którego była członkinią, dawał jej licencję zawodniczą i możliwość nauki podstaw lekkoatletycznych i porównania się z młodszymi, średniodystansowymi zawodniczkami podczas treningów.

Trzecie miejsce podczas Mistrzostw Polski w półmaratonie w Pile (2007 rok) pozwoliło na uzyskania stypendium od miasta Chorzów i otrzymanie wsparcia w postaci rzeczy do treningu od firmy Asics. Pozostałe wydatki i potrzeby były zabezpieczane dzięki pracy jako instruktor i prowadzeniu prywatnych zajęć sportowych.

Nie było łatwo.

Poza jednym, dziewięciodniowym obozem w Szklarskiej Porębie, który sama finansowała, treningi i ich miejsce dopasowywała do tego, który był najważniejszy, do syna. Podobnie charakter treningów i ich specyfika. Początkowo bazowała na tym, jak się czuje i najzwyczajniej w świecie- biegała. Zatrudnienie specjalisty nie wchodziło w  grę. Brakowało finansów. Z pomocą przyszli wtedy kolejno trenerzy: Jerzy Skarżyński 2004- 2011 oraz Zbigniew Nadolski od 2011 roku. Współpraca polegała na realizowaniu ich planów treningowych i konsultacjach telefonicznych.  Agnieszka dzieliła się z nimi nagrodami pochodzących ze zwycięstw. Tak tylko mogła materialnie odwdzięczyć się za życzliwość i pomoc. Sama nie byłaby w stanie osiągnąć tego , do czego doszła, choć ma bardzo rzadki talent do biegów długodystansowych. Zwykły śmiertelnik, bez większego przygotowania i biegani atak po prostu dla rozluźnienia, nie jest w stanie złamać trzech godzin w maratonie. Agnieszka to robiła.

Tak było np. w Poznaniu (11. 10. 2009, 1wsze miejsce i czas 2h37’08), 25.04.2010 w Krakowie (drugie miejsce, czas 2h39’29),w Dusseldorfie (maj 2011, trzecie miejsce, czas 2h33’48).

Potem zaczęły się kłopoty zdrowotne…

W maju 2011 roku zdiagnozowano u Agnieszki torbiel na jajnikach. Od czerwca 2011 zaczęły się dodatkowe dolegliwości jak bezsenność, wahania masy ciała, stany depresyjne, wahania nastrojów i ogólne osłabienie. Konsultacje endokrynologiczne wskazywały na problemy z tarczycą. Takie leczenie zostało również wprowadzone (Euthyrox w dawce 25 mg). W kwietniu 2012 roku objawy nasiliły się. O startach i trenowaniu nie było mowy. Przerwa trwała do końca roku. W styczniu 2013 roku nowa lekarz prowadząca do Euthyroxu dołączyła syntetyczny anabolik- DHEA. Oba leki były w sporcie zabronione. Można było starać się o wyłączność w celach terapeutycznych, ale zawodniczka, ani przez lekarzy , ani przez PZLA nie była o tym poinformowana (taką informację uzyskała dopiero w grudniu 2013). Dodatkowo, podczas Mistrzostw Polski w maratonie 7.04.2013 roku w Dębnie była poddana badaniu antydopingowemu, podając jednocześnie w kwestionariuszu brane przez nią leki. Badający nie mieli żadnych uwag w stosunku do czystości zawodniczki.

Komisja Wyróżnień, Dyscypliny i Zwalczania Dopingu miała prawo nie zainterweniować na wpis o środkach tuż po kwietniowym maratonie. Czas jaki ma na przeanalizowanie próbek (które są dowodem) to 10 lat. Doszły do tego problemy techniczne laboratorium, więc cała procedura przesunęła się w czasie, a dokumenty czekały złożone w teczkach, na analizę w późniejszym czasie.

W tym czasie, objawy w następstwie przyjmowania środków ustępowały. Dodatkowo PZLA zaczął wspierać ją finansowo w postaci obozów, a wyniki zaczynały być coraz bardziej zadowalające.

Do dnia czwartego grudnia 2013 roku. Wtedy dostała informację od PZLA o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego na skutek wykrycia niedozwolonych substancji w jej organizmie podczas maratonu w Kolonii 13. 10.2013 (Agnieszka była wtedy druga i ustanowiła swój życiowy rekord- 2h30’28).

Wiadomość od IAAF wysłana została 24.11.2013 roku do PZLA. Zawodniczka miała czas na odwołanie od tej decyzji i prawie do wnioskowania o przebadania próbki b do 2.12.2013.

Informacja od PZLA wysłana była zatem dzień po ostatecznym terminie.

Wysyłane później pełna dokumentacja przebiegu jej choroby, leczenia oraz orzeczenie, że pół roku wcześniej, podczas Mistrzostw Polski w maratonie, wskazując te same leki podczas badania antydopingowego i nie została nawet upomniana, nie zadziałały.

PZLA podszedł do oceny sprawy łagodnie, a nawet zbyt łagodnie. Nałożył na zawodniczkę upomnienie z czym nie zgodziła się IAAF.

24 lutego 2014 roku Federacja dobitnie zasugerowała PZLA karę dwuletniej dyskwalifikacji, do której Związek dostosował się 13.06.2014 roku. Po tym zdarzeniu IAAF wydała oficjalne oświadczenie (4.07.2014) o nałożeniu kary 2- letniej dyskwalifikacji.

Zawodniczka jednak się nie poddała i walczyła dalej.

Próbowała odwołać się od decyzji IAAF (12.08.2014) z negatywnym skutkiem. Dnia 10. 09.2014 Federacja mogła prawnie i ostatecznie nałożyć karę dyskwalifikacji.

Sprawa okazałaby się zupełnie zamknięta, gdyby nie upór, chęć oczyszczenia się z nieprawdziwych zarzutów i pomoc od kancelarii prawnej White& Case, która poprowadziła sprawę pro bono.

Prawnicy znaleźli, że ,,W sprawach związanych z uczestnictwem w międzynarodowych wydarzeniach sportowych lub w przypadkach dotyczących sportowców klasy międzynarodowej, od decyzji przysługuje odwołanie wyłącznie do Sportowego Sądu Arbitrażowego (CAS) zgodnie z przepisami obowiązującym w postępowaniach przed tym sądem.

Odwołanie do CAS ( Sportowego Sądu Arbitrażowego w Lozannie), poza wszelkimi zaświadczeniami, mailami, decyzjami i przebiegiem choroby poszerzone były o opinię prof.dr. hab. Med. Marka Mędrasia. Wskazywał w swoim oświadczeniu, że zmiany endokrynne w organizmie zawodniczki niekoniecznie oznaczały stany chorobowe. Takie wahania często zauważalne są u sportowców na skutek dużego wysiłku fizycznego. Niemniej jednak tak małe dawki leków nie mogły wpłynąć na polepszenie parametrów morfologicznych krwi i zwiększenie syntezy białek. Analizowane wyniki badań były z okresu od 2011 do czerwca 2014. Jak zauważył, leczenie tymi środkami nie miało znaczącego wpływu, a ryzyko pozytywnego wyniku kontroli antydopingowej ogromne. Dziwił się zatem podjęcia takiego kierunku leczenia przez lekarzy.

Cały proces rozciągał się w czasie, a przecież świat sportowy się nie zatrzymał. Agnieszka nie wystartowała min. w Pucharze Świata w Kopenhadze, Mistrzostwach Europy w Zurychu, Mistrzostwach Świata. Przekreślone zostały szanse o zrobieniu limitu na Igrzyska Olimpijskie i starcie na nich. Stypendia, uzyskane dzięki medalom na Mistrzostwach Polski zostały wstrzymane. Zawodnicze życie przestało mieć rację bytu, wszelkie szanse na sportową przyszłość minęły.

28 stycznia nadeszła odpowiedź od Sportowego Sądu Arbitrażowego. Dokument liczył 40 stron podaniowych wyjaśnienia. To był ostateczny koniec walki. Mimo, że karę utrzymano, to Sąd napisał w swym orzeczeniu następujące słowa:

„Sąd rozumie, że było to pierwsze naruszenie zasad przez zawodniczkę. Sąd akceptuje także, że zawodniczka spożyła zabronioną substancję za radą lekarza, w celach terapeutycznych i że zrobiła to bez jakiejkolwiek intencji poprawienia swojej sportowej formy czy złamania przepisów. Sąd pragnie aby było to jasne, że zawodniczka nie jest oszustką i nie miała zamiaru łamać jakiegokolwiek przepisu. Wykazała się za to całkowitą ignorancją dotyczącą przepisów w kwestii dopingu ale nie miała zamiaru ich łamać. Sąd docenia gotowość zawodniczki do natychmiastowego ujawnienia jej medycznej historii i jej otwarte i szczere zeznanie. Prawdopodobnie system zawiódł nie dostarczając jej wystarczających informacji o zasadach walki dopingiem. Nigdy nie otrzymała żadnego szkolenia w zakresie zasad dotyczących dopingu a jej postępowanie było tak lekkomyślne że żadna osoba, która znałaby obowiązujące zasady dotyczące dopingu nie mogła zrobić tego co ona zrobiła w sposób świadomy, demonstrując przy tym swój brak edukacji. Jednak te okoliczności dowodzące braku wyraźnej winy i zaniedbania, nie są wystarczające, aby zmniejszyć dwuletni okres dyskwalifikacji. Sąd musi przestrzegać zasad WADC w tym zakresie i jego zdanie nie może mieć na to wpływu.”

Zgadzam się z osądem. Wykrycie substancji niedozwolonej oznacza karę.

Tylko kilka faktów nie daje do końca spokoju. Rzetelne badania naukowe wskazują na brak pozytywnego wpływu na formę sportową, dziwi brak wiedzy o sportowcach lekarzy prowadzących i dostosowania leczenia do wymogów sportu, nie wspominając już o braku interwencji PZLA  podczas badań w Mistrzostwach Polski i nałożeniu łagodnej kary.

Agnieszka nie wróciła już do zawodowego ścigania. Na co dzień pomaga innym w podejmowaniu aktywności fizycznej.

Komentarz od autorki:

Sportowiec powinien trenować, jeść i spać. Taki
sposób myślenia nadal funkcjonuje i nikogo nie dziwi. Tylko, że czasy
się zmieniają. Sport jest dziś złożonym produktem na sprzedaż. Na wynik
nie składa się już tylko praca zawodnika i ewentualnie trenerów, ale i
odżywki, suplementy, reklamy, wsparcie sponsorów.

I wiedza,
która daje nam świadomość zasad, jakie nas obowiązują, kiedy zaczynamy
się ścigać z innymi. Dodam, bardzo mała, bo rzadko kogoś interesuje co i
gdzie załatwić, kiedy nie jest świadom, że taki obowiązek w ogóle jest.

Historia,
z którą przyszło mi się zmierzyć nie była dla mnie łatwa. Dla takiego
radykała w kwestii dopingu jak ja, sprawa była oczywista. U zawodniczki
wykryto niedozwolone substancje i nałożono odpowiednie kary. Tylko, że
po zaznajomieniu z dokumentacją i rzetelnymi badaniami naukowymi
dotyczącymi problemu, zaczęły pojawiać się pytania komplikujące mi
jednoznaczny osąd.

Przyznam
szczerze, pierwszą myślą po rzuceniu okiem na ta sprawę było
stwierdzenie: znowu kombinacje. Zamiast sprawiedliwie ponieść
konsekwencje faszerowania się dopingiem to kolejne wyjaśnienia,
łagodzenia itd. Co tu dużo pisać, brała doping, jest winna.  Nawet
tłumaczenia chorobą mnie nie przekonują, w końcu sama trenowałam tyle
lat, teraz zajmuję się sportem od strony naukowej. Sport nie jest dla
chorych osób. Jasne i proste.

Dyskwalifikacja oznacza jedno-
wyrok.  Za wykrycie dopingu w organizmie sportowca przewidziane są jasno
określone kary. Możliwe są odwołania, ale najczęściej zmniejszają tylko
czas odsunięcia od sportu.  Obstaję mocno za radykalizmem w tej
kwestii. Zerojedynkowe stanowisko wiele upraszcza, zdecydowanie w
dzisiejszych czasach, kiedy mamy do czynienia z gwiazdkami i
pomniejszonymi czcionkami wykorzystywanymi przez nieuczciwych
sportowców. Stanowczość jest wygodna.

Czarne jest czarne, białe
jest białe. Konkrety, bez zbędnych dyskusji. Wykrycie dopingu, kara.
Jeżeli o mnie chodzi, to w takiej sytuacji byłabym za dożywotnim
odsunięciem zawodnika ze sportu. Taka groźba może spowodowałaby, że
delikwent zastanowiłby się chociaż przez chwilę, czy na pewno chce
oszukiwać siebie i innych.

Radykalizm pomaga w sporcie, ale jak ze wszystkim w życiu, istotny jest też umiar.

Własne
zasady gry, układy zero – jedynkowe, choć pozwalają na chłodną ocenę,
akceptację tego, co nie łatwe do zaakceptowania i upraszczają często
trudne do podjęcia decyzje, mogą być też niezwykle niesprawiedliwe.
Życie to przecież nie tylko wypełnianie standardów i schematów, to
przede wszystkim człowiek. Z emocjami, problemami, marzeniami i
zaskakującymi, osobliwymi historiami. Dla sportowca sport, to życie.
Plany treningowe, dni świstaka, monotonia, harówa, ale i niezwykła,
często ślepa i niezrozumiała wiara w to, co się robi. Wbrew wszystkiemu.
Ta druga część jest najbardziej pociągająca, bo potrafi czynić cuda i
przełamywać schematy, prowadzić do osiągnięcia czegoś niesamowitego,
wbrew jakiemukolwiek rozumowaniu. To szaleńcza pasja życia. Charakter,
to on wyróżnia sportowców wśród innych.

Nadal lubię czerń i biel, z tymże od czasu do czasu przekonuję się do szarości.

Jutro opublikujemy rozmowę z Agnieszką.