15 września 2008 Redakcja Bieganie.pl Sport

Zbigniew Król – Król polskich trenerów – rozmowa


Rozmawiamy ze Zbigniewem Królem, najbardziej utytułowanym z czynnych polskich trenerów biegowych. Jest znany głównie z sukcesów średniodystansowców, medalistów (głównie w hali) Mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata: – Zbigniewa Janusa (800m), Małgorzaty Rydz (1500m), Wojciecha Kałdowskiego (800m), Pawła Czapiewskiego (800m), Wiolety Frankiewicz (3000m z przeszkodami), Lidii Chojeckiej (1500m). Zbigniew Król przez jednych uważany jest za cudotwórcę, przez innych za szarlatana, podkradającego zawodników innym trenerom. Jest poprzednim szefem bloku wytrzymałości PZLA i nieoficjalnie – największym przeciwnikiem obecnego szefa, Bogusława Mamińskiego, który w wywiadzie dla bieganie.pl mówił o trenerze Królu bardzo ostro. Zbigniew Król jest też byłym zawodnikiem, z życiówką na dystansie 3000m z przeszkodami – 8.39,8.

869_1.jpg

Jaka jest Pańska ocena startów Pana zawodników na Igrzyskach w Pekinie?

Zacznę od Wioli. Jak na zły dla niej dzień po górach i problemy zdrowotne pobiegła bardzo dobrze. Wyniki z biegu eliminacyjnego i finałowego to jej drugi i trzeci rezultat w życiu. Gdyby, tak jak wcześniej planowaliśmy, wystartowała bezpośrednio po zjeździe z gór, mogłaby zająć miejsce czwarte-piąte. Planowałem do jej startu pobyt w Japonii w miejscowości Zao Badura na wys. 1000 m n.p.m. Poziom w tej konkurencji był bardzo wysoki, Samitowa pobiegła przecież rekord świata.

Paweł Czapiewski na IO był w życiowej formie. Na 4 dni przed startem przebiegł na treningu 600 m w 1’14,5″ [szybciej niż rekord Polski na tym dystansie – przyp. redakcji]. Jest to lepiej niż przed mistrzostwami Świata w Edmonton. Wtedy na 600m uzyskał 1’15,8″. Tylko tu brakło szczęścia. W Edmonton start w półfinale zapewnił sobie po pokonaniu rywala o 0,01s, a w Pekinie do awansu brakło 0,02. Trafił w bardzo wolny bieg. Po pokonaniu pierwszego okrążenia w czasie około 57″ w nietypowy dla niego sposób zaatakował z 300m i trochę zabrakło. Ale biegi na 800m były loterią. Awansowało tylko 2 pierwszych, a Paweł był trzeci przegrywając z bardzo dobrymi rywalami o 0,05s i 0,02s. W innych szybkich biegach nawet szósty zawodnik awansował. Pawła znakomita dyspozycja tym razem zgubiła – nie wyczekał z atakiem do 200m przed metą, a przebiegnięcie odcinka pomiędzy 300 a 200 m do mety w czasie poniżej 12,00″ po wcześniejszym obiegnięciu rywali po wirażu odebrało mu tyle sił, że rywale minimalnie z nim wygrali. Wielka szkoda, bo przy szczęściu mógł w finale powalczyć.

Lidia Chojecka. Cztery znakomite sezony, trzykrotna mistrzyni w HME na 1500 i 3000m, trzecia w HMŚ, moralnie pierwsza w ME w Goeteborgu (była 5 – zawodniczki, które wtedy były przed nią zostały w tym roku wszystkie zawieszone za doping) i 10 m w MŚ w Osace. W tym roku po prostu już nie wytrzymała i na IO praktycznie się poddała i nie walczyła. Złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze – kontuzja achillesa na progu sezonu i przerwa w treningu do połowy maja. Po drugie – długie okresy z jej wyboru trenowała daleko od trenera – trenowała, realizując moje założenia treningowe bez trenera cały marzec, kwiecień, czerwiec i przed samym wyjazdem do Pekinu przez 10 dni sierpnia.

Po trzecie – trafiła na bardzo wolną serię eliminacyjną i po przebiegnięciu 1km w bardzo wolnym tempie przestała walczyć, nie widząc szans na awans. Szkoda, bo w normalnej dyspozycji z lat poprzednich po dyskwalifikacji rywalek mogła wrócić z IO z medalem.

W środowisku trenerów mówi się też o tym, że u Pana Lidka od początku, od trzech lat, nie biega tak dobrze jak u trenera Maciejewskiego, nie jest w stanie zbliżyć się do swoich rekordowych wyników, np. 3:59 na 1500m, czy 8:31 3000m, nawet tego 1:59 na 800m. Proszę powiedzieć, czym to jest spowodowane?

Lidka przyszła do mnie po pomoc po konflikcie z trenerem Maciejewskim. Trenowałem ją na polecenie PZLA do startu w IO w Atenach. Jej trenerem zostałem z jej wyboru. W tym czasie realizowała trening, który sama sobie ułożyła – była to kontynuacja poprzedniego treningu. Po IO podjęła próbę dalszej współpracy pod warunkiem uzyskania sukcesu na HME w Madrycie. Po wygraniu ich – a był to pierwszy jej złoty medal w jej karierze i pierwszy medal po 4 latach przerwy, postanowiła dalej ze mną współpracować. I potem wygrała jeszcze 2 biegi na 1500 i 3km w Birmingham, zdobyła brązowy medal w HMŚ w Moskwie, na ME w Geteborgu była piąta i na MŚ w Osace dziesiąta. W tym czasie cały czas borykała się z kontuzjami nowymi i starymi. Nie miała takiego komfortu treningowego jak kiedyś – jak to powiedział na jednej z konferencji jej trener Maciejewski, że Lidka w ciągu roku miała tylko jeden dzień bez treningu. Teraz z przyczyn zdrowotnych tych dni bez treningu w cyklu rocznym ma sporo.

W tej chwili moja współpraca z trenerem Chojecką, bo jest trenerem, polega na uzgadnianiu treningu na dany etap na miarę możliwości jego wykonania. Lidka w tej chwili nie jest w stanie powtórzyć treningu sprzed 10 lat – gdzie robiła np. 5 razy w tygodniu silę. Nie wytrzymuje tego jej aparat ruchu. Dlatego skupiliśmy się na przygotowaniu do głównych imprez i to czasem się udaje. Ale wystarczy kontuzja Achillesa na początku maja, aby mieć takie problemy jak miała w tym roku z minimum na IO.

869_2.jpg
Memoriał Kusocińskiego 2008

Z fragmentów Pańskich wypowiedzi dla prasy można zauważyć, że ostatnio wasza współpraca z Lidią Chojecką nie układa się najlepiej [kilka dni temu Chojecka ogłosiła, że rozstaje się z trenerem Królem – przyp. redakcji].

Lidka w marcu nie zgodziła się na wyjazd z całą moją grupą do USA do Colorado Springs. Postanowiła jechać do RPA i tam trenować wspólnie z jej partnerem Jean Markiem. Cały czas byli oni w kontakcie ze mną i realizowali uzgodniony ze mną plan treningowy. Po powrocie z RPA w kwietniu złapała wysoką dyspozycję treningową. I wtedy przy zmianie obuwia treningowego uległa kontuzji Achillesa, 10 dni nie trenowała. Potem trenowaliśmy na zgrupowaniu majowym w Font Romeu. Temperatury tam panujące były o około 15 – 20 stopni niższe jak w kwietniu w RPA. I oba te czynniki spowodowały obniżenie jej wytrenowania. Jednak ostatnio decyzje dotyczące przygotowań do IO Lidki podejmowane były poza mną. Ostatnie 10 dni przed wyjazdem do Pekinu trenowała znowu sama w Spale. Trudno na odległość dobrze sterować treningiem. Tego w latach poprzednich nie było… Ale rzeczywiście jest to dalekie od tego jak nasza współpraca wyglądała w ostatnich latach. Jestem jej bardzo wdzięczny za poprzednie lata naszej współpracy, bo mieliśmy naprawdę duże osiągnięcia.

Jest tajemnicą poliszynela, że Wiola Frankiewicz i Lidka Chojecka specjalnie za sobą nie przepadają. Czy jest to jakieś utrudnienie w treningu i jak Pan sobie radzi z tego typu psychicznymi aspektami treningu?

One i tak trenują osobno. A na IO Lidka by nie pojechała gdyby Wiola nie odstąpiła jej miejsca na 1500m.

To przejdźmy teraz do Pana. Czy był Pan kiedyś zawodnikiem?

Tak, biegałem biegi średnie i przeszkody głównie, 8:39 to mój rekord życiowy na 3000m z przeszkodami, a na 1500 – 3:45

Który Pan jest rocznik?

1949. Zacząłem trenować na studiach na Akademii Górniczo Hutniczej, inżynierem jestem z wykształcenia i na pierwszych mistrzostwach pobiegłem bez treningu 2:40 na 1000m. Wcześniej jeździłem wyczynowo na nartach zjazdowych, trochę na kajakach górskich pływałem w szkole średniej. Wciągnął mnie do biegania Marian Bukowiec, późniejszy rektor AWF. Biegając w zimie trzy razy w tygodniu, nabiegałem 9:17 na przeszkodach. To był za bratem Malinowskiego jeden z lepszych wyników w Polsce wśród juniorów. I potem stałem przez trzy lata, z 9:17 na 9’09”, to się wkurzyłem i zacząłem sam planować trening dalej współpracując z trenerem Bukowcem. Trochę poczytałem światowej literatury, trochę fizjologii i w ciągu roku zrobiłem 8:39.98. Trafiłem do kadry, do Gorzowskiego, znakomitego faceta notabene, i chciałem trenować sam, ale nie pozwolono mi. Kadra, warunek: będziesz trenował z trenerem kadry. No i potem cofnąłem się, potem zacząłem biegać osiem czterdzieści parę i już nie poszedłem do przodu. Trójkę jeszcze poprawiłem płaską, ale tak praktycznie stałem. I tak wyszło, że jemu jakoś w treningu akurat nie szło i ja mu pomogłem w treningu i efekt był taki że jego zawodnicy po 8:23-8’27” po mojej pomocy pobiegli i on mnie zrobił trenerem kadry juniorów.

Dodatkowo skończyłem AWF. Po studiach pracowałem na Politechnice Krakowskiej specjalizując się w badaniach na modelach analogowych Miałem kłopoty na uczelni z dopuszczeniem do doktoratu, zarobki wtedy też były tam małe. Skończyłem AWF, byłem trenerem kadry juniorów i zaproponowano mi w Wiśle krakowskiej na milicyjnym etacie prace z trzy razy wyższą pensją. Z dnia na dzień odszedłem.

Mówi Pan, że dużo czytał literatury, ale w tamtych latach 70 nie było chyba nic poza rosyjską literaturą?

Ja pracowałem na uczelni i miałem tę umiejętność szukania wiedzy. W tym czasie w Moskwie Rosjanie znakomicie robili wywiad literatury światowej w różnych dziedzinach, wystarczyło wejść w takie broszury. To się nazywało „referatywne żurnały”. Był to zbiór wszystkiego, co się ukazało w świecie, ze streszczeniem. Wbrew pozorom ta wiedza lat siedemdziesiątych nie była taka głupia. Ja np. podwaliny swojej wiedzy teoretycznej z fizjologii to wziąłem z Costilla, amerykańskiego fizjologa opublikowane w Polsce w latach 70. w Sport Wyczynowy. Costill napisał tam wiele na temat treningu wytrzymałościowego. I wiedza tam zawarta według mnie do dziś nic nie straciła na aktualności. Poza tym dużo o treningu było w miesięczniku Lekkoatletyka.

Pan na co dzień współpracuje z fizjologami, czyta ich opracowania, zastanawia się Pan jak wykorzystać to, co odkrywają, do jakich wniosków dochodzą?

Ilu fizjologów, tyle teorii, każdy ma swoją. Podam przykład. Była kiedyś w Spale konferencja na temat treningu w górach. Był Żołądź, znakomity fizjolog, który z naszej strony prowadził zajęcia i przyjechał tam także fizjolog norweski. I on mówił takie rzeczy że myśmy musieli zaoponować, Lisowski, Ja, Kisiel, wystąpiliśmy przeciwko temu, co on twierdził. Bo on twierdził, że przed zawodami pobyt w górach jest bez sensu. Że trzeba zjechać z gór dwa miesiące wcześniej. I on to opierał to na badaniach fizjologicznych, które wyglądały tak, że jechała w góry grupka zawodników, po powrocie mierzono im wytrzymałość, ona oczywiście spadała. Ale wytrzymałość jak mierzona? Na podstawie maksymalnego zużycia tlenu w jednostce czasu. Nie badano innych parametrów. A podstawową cechą, jaką w górach się szkoli, jest ekonomizacja wszystkich procesów fizjologicznych na skutek rozrzedzenia powietrza, to przecież wszystkim wiadoma sprawa. I jeżeli badano parametr maksymalnego zużycia tlenu, to ten parametr spadał, bo ekonomizacja szła tak daleko, że mniejszą ilością tlenu osiągano lepsze wyniki niż przed wyjazdem w góry. I oni tego nie rozumieli. Uprościli sprawę, badali jeden parametr. I Norwedzy tak trenują, startują długi czas po powrocie z gór, bo nimi kierują fizjolodzy. A fizjolog nie widzi całości, widzi tylko jakiś wycinek tego, co bada.

A reakcje indywidualne po pobycie na zgrupowaniach są różne. Wiola Frankiewicz wszystkie rekordy życiowe nabiegala do 8 dni po zjeździe z gór. Natomiast Czapiewski czy Rydz swoje rekordy bili po 3 tygodniach od zjazdu.

Ale a propos fizjologów norweskich. Norwegia miała całkiem niedawno mistrza olimpijskiego na 800m Rodala, a wyniki długodystansowców, np Mariusa Bakkena – 13.06 na 5000m są dużo, dużo lepsze od najlepszych polskich wyników? Może jednak coś jest w tej norweskiej metodzie?

Doceniam rolę fizjologów w Norwegii – mają znakomite osiągi zwłaszcza wśród biegaczy na nartach. Ale jak tłumaczyć rezultaty zawodników po zjeździe z gór jakich według nich nie powinno być? Frankiewicz wszystkie dobre biegi i rekordy życiowe bila do ósmego dnia po górach.

Gdy jeździ Pan ze swoimi zawodnikami w góry, to każdy z nich realizuje jakiś odrębny program, czy wszyscy robią podobne rzeczy? I czy potem wszyscy startują mniej więcej w podobnej odległości od powrotu z gór?

Niech Pan zapomni, że jest coś takiego jak system, schemat, który by działał ogólnie. Nie ma czegoś takiego. Ja mam w tej chwili siedmiu, ośmiu zawodników na topie, każdy inaczej reaguje. W bardzo zbliżony sposób reagują na góry i możliwości treningowe po przyjeździe i po zjeździe ci zawodnicy, którzy już wiele razy byli w górach. Nie do końca, ale mniej więcej mają podobny system. U nich po górach kryzysowe dni występują, ale generalnie ich za dużo nie ma. Natomiast zawodnicy, którzy jadą pierwszy raz, to najczęściej są słabsi w trakcie i po, no muszą być słabsi, bo adaptacja kosztuje.

Nie ma możliwości na wysokim poziomie trenować w inny sposób niż indywidualnie. Często mój trening na zgrupowaniu trwa siedem, osiem godzin dziennie, bo mam najpierw Czapiewskiego, Chojecką, Wiolę i później innych zawodników. Oprócz tego każdy ma ustawiony inaczej schemat treningowy, trzeba patrzeć, analizować i nie można przykładowo po zawodach następnego dnia robić wszystkim siły. Jeden potrzebuje, a drugi nie może. Na pewno w mojej grupie największym talentem, który do mnie trafił to była Lidka Chojecka. I tak, jak Lidkę trening siłowy buduje niesamowicie, tak innego zawodnika nie. I Lidka przykładowo jednego dnia zrobi siłę, a następnego znakomicie biega, a Wiolka zrobi siłę i muszę dwa, trzy dni poczekać.

Poniżej: Kozienicki tryptyk – Trener Król i Wioletta Frankiewicz w Kozienicach 2008
869_3.jpg

869_4.jpg

869_5.jpg

Czyli jak Pan dostaje takiego nowego zawodnika, to się go Pan najpierw uczy, tak?

Dokładnie. Mi było bardzo łatwo, jak do mnie Lidka przyszła, ponieważ Lidka z Maciejewskim często jeździła na obozy z nami, tak samo było z Czapiewskim. Jego trener, nie żyjący już Mieczysław Ksokowski, był moim asystentem. Jeździł ze mną na wszystkie obozy pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy już mi pozwolono prowadzić zawodników w kadrze, bo przecież Małgosia Rydz trenowałem poza kadrą. No więc trener Ksokowski pytał się, rozmawiał, podpatrywał, uwzględniał moje sugestie i trening Pawła Czapiewskiego znałem dokładnie. Patrząc z boku, widziałem, co bym zmienił. Jak do mnie Czapiewski przyszedł, dostarczył mi dokładny zapis treningowy wstecz, ja to zanalizowałem, najlepsze elementy zostawiłem, uzupełniłem o to, co powinienem i pierwszy okres treningowy był dla niego prawie tragiczny. Bo ta siła, dynamika, której mu brakowało, go niszczyła. Pół roku tak było, ale ja mu powiedziałem „Ty nie będziesz jeszcze teraz dobrze biegał, najwyżej w drugim roku”. I się okazało, że nawet za pół roku o mało co na Igrzyska nie pojechał, bo tylko trochę zabrakło do minimum, w samotnym biegu notabene. Pół roku później już było dobrze.

Czy Pan ustala z zawodnikami terminarz wszystkich startów ?

Do igrzysk ja byłem decydentem reżimu treningowego, startowego itd. Oczywiście, uwzględniając takie rzeczy jak kontuzje, natomiast żaden zawodnik nie ma prawa mi wystartować bez mojej wiedzy, nieważne za jakie pieniądze, bo to się nie opłaca.

No a jak pan skomentuje ten zarzut postawiony pod Pańskim adresem przez Bogusława Mamińskiego o podbieranie zawodników innym trenerom?

Zawsze, przyjmując zawodnika od kogoś, nie ma mowy żebym go przyjął bez zgody trenera. Najczęściej jest tak, że trenerzy dzwonią do mnie i mnie proszą. To tak, jak Dąbrowskiego, gdzie Mamiński twierdził że był „podebrany” z Międzyzdrojów. On nigdy nie był zawodnikiem Międzyzdrojów, to jest zawodnik Banaszka, który sam chciał, żebym go wziął. Zadzwonił wcześniej Lisowski (trener kadry sztafety 400 metrowców), bo bym mu odmówił, bo miałem dużą grupę. Lisowski mówi:

„- Zawodnik, taki chłopak, bardzo dobry na 400, dwa lata stoi, nic się nie rozwija na 800m, warto go wziąć”. Dzwonię do Banaszka i pytam się o parametry, mówię: „ – Dobrze, ale pod warunkiem, że będziesz mi pomagał, bo nie dam rady”. A on mówi „Zobaczę”. Jak ja się już zgodziłem, że go przyjmę, to on w tym momencie dzwoni do mnie i mówi: „- Zbyszek ja nie mogę”. I jak tu czytam w artykule, że ja skaperowałem go obietnicą, że on będzie ze mną na obozy jeździł zagraniczne? Ja bym chciał, żeby jeździł do pomocy. To nie był warunek, to była tylko prośba Banaszka. I na razie jest bardzo dobrze, bo Dąbrowski w każdym biegu bije praktycznie rekordy życiowe. Wiadomo, że to tylko pół roku i to jest za mało, żeby coś zrobić. I nadal jest zawodnikiem trenera Banaszka.

A np. Wiola Frankiewicz. W 1998 roku przyszła do mnie nieznana zawodniczka ze słabymi wynikami. Trener, jej klubowy, który ją wychował, niedawno zmarły Pan Woliński, wydzwaniał do mnie do Krakowa, żebym wziął ją od innego trenera, który ją totalnie zarżnął i szkoda dziewczyny, bo ma znakomite warunki i on widzi w niej duże możliwości. A ja mówię: ale jak Ty to widzisz, jak ja mogę ją komuś wziąć? A on, że ona już by chętnie odeszła. A ja, że bez zgody trenera nikogo nie przyjmuję. Ona do mnie się zgłosiła i się okazało, że była tak zniszczona treningiem w Krakowie przez rok, że dwa lata potrzebowała na odnowę. Przedtem studiowała, trenowała nawet trzy razy dziennie, organizm miała niezbadany. Trenowała wg zasady świętej pamięci Pana Wiśniewskiego. Miał system trenowania na rekord świata, tylko nigdy nie mógł trafić na materiał, który by to wykonał. Przyjeżdżało na zgrupowanie piętnastu zawodników i ten, który w trakcie miał kontuzję, to potem biegał, bo pozostali byli tak zarżnięci, że nie było o czym mówić.

869_6.jpg
Trener Król podczas dekoracji jego podopiecznej na Mistrzostwach Polski na 10 tys m w Kozienicach 2008

Zarzuca się Panu, że nie ma własnych wychowanków, a opiera się na zawodnikach, których wyselekcjonowali i wstępnie przygotowali inni trenerzy. Czy to prawda, a jeśli tak, to czy jest to świadomy wybór? Jeśli nie, czy może Pan podać przykłady wychowanków biegających na wysokim poziomie?

Nigdy nie pracowałem w szkole – kiedyś pracując w kadrze juniorów zawodników trenowałem do seniora i potem przekazywałem dalej. W klubie prowadziłem tylko seniorów, a juniorów z naboru przekazywałem specjaliście od tej kategorii wiekowej. Niektórzy potem do mnie wracali – np. Janus. A od lat 90. poza krótkim epizodem w AZS Kraków nie pracowałem w żadnym klubie, więc skąd bym miał nawet mieć tych wychowanków? Zawodników trenowałem za darmo, sam utrzymywałem się z pracy na politechnice i za granicą.

Jakie cechy musi mieć według Pana dobry trener?

Zawód trenera, to jest ciągłe dokształcanie, rozwijanie się jak artysta, bo człowiek musi kształtować człowieka jak plastelinę, umiejętnie. Żeby tego się nauczyć, trzeba lat. Powtarzam, do tego trzeba lat. I dlatego dla mnie np. chorym systemem jest system w Międzyzdrojach. Leszczyński, trener kadry, trzydziestoparoletni człowiek, który ściąga do Międzyzdrojów, to znaczy Mamiński mu ściąga, najlepszych zawodników. Był u niego Szost – tragedia, uciekł. Pliś – rok stracony, do mnie przyszła. Ja jako 30-latek prowadziłem kadrę juniorów i oddawałem zawodników szybciutko trenerom seniorów. Ja uważałem, że ja jako 30 latek nie mam prawa, bo nie mam żadnego doświadczenia na dalszym etapie. A tu 30 letni trener jest ekspertem, poucza innych trenerów. Na jakiej podstawie, jakie on ma doświadczenie? Można mieć wiedzę, ale wiedza to jest za mało! Teoretyczna, bo trzeba mieć jeszcze wiedzę praktyczną. Ale Mamiński wyciągnął chyba wnioski i ostatnio mocno korzysta z pomocy doświadczonego i popartego sukcesami swoich podopiecznych trenera Marka Jakubowskiego.

W ostatnich 18 latach większość medali, jakie zdobyli Polacy w biegach długich, to są moi zawodnicy, bo zdobywał: Janus, Rydzowa, Kałdowski, Czapiewski, Lidka, Wiola Janowska. A z olimpijczyków to był jeszcze Piotr Gładki. Rekord Polski w półmaratonie ze mną nabiegał. Trenował dwa, trzy lata, też za zgodą trenera Szałacha. Trener go przyprowadził, miał kłopoty z nim. A trenował go wcześniej bardzo dobrze. Gładki rekordu życiowego na 5km 13’36’nabieganego we współpracy z trenerem Szałachem u mnie nie poprawił.

Podobnie zresztą prawie wszystkie rekordy życiowe Lidka Chojecka nabiegała z poprzednim trenerem Maciejewskim. Współpraca ze mną nie daje gwarancji poprawy wyników. Staram się pomóc zawodnikom, ale z treningiem nie zawsze udaje mi się trafić.

Nie miał Pan problemu z przestawieniem się na trening maratoński?

Dla mnie Gładki nie był problemem, bo maraton to dyscyplina prosta, łatwa w obsłudze. Najłatwiejszy trening, najprostszy. W latach osiemdziesiątych, jak pracowałem w Wiśle, jak potrzebowałem robić pierwsze klasy, bo za to dawali stypendium, to wszystkim od razu dawałem maraton i po pół roku wszyscy mieli pierwsze klasy. Było najłatwiej zrobić, bo tam jest jedna dominanta – wytrzymałość. Czyli jest o wiele łatwiej sterować treningiem. Przecież ode mnie taki Chrzanowski odszedł, bo ja mu powiedziałem: „Nabiegasz za trzy miesiące 2:16″. A miał 2:18, a jego to nie interesuje. A ja mówię: „- Nie ma możliwości, nie pójdziesz szybciej”, zmienił trenera poszedł do Pierzynki, 2:22 pobiegł, bo jego interesowało 2:14. Są pewne etapy, możliwości rozwoju. Ale to jest łatwy trening, pułap wystarczy pomierzyć, prędkość przesunąć, dorzucić trochę szybkości, dynamiki pilnować, żeby biegi średnie nie uciekły, trochę siły. To jest bardzo proste, a biegi średnie, a 800m, to już jest finezja, to sztuka, to już nie jest tak łatwo zrobić.

To może jeszcze większa finezja jest 100m?

Nie, 100m to jest bardzo prosta rzecz. Jest jedna cecha – tylko szybkość. Natomiast 800m to jest wszystko. To jest i duża szybkość, i duża wytrzymałość, cholerna praca beztlenowa na dużym zakwaszeniu. I to jest naprawdę trudne. Dlatego biali są jeszcze w stanie z czarnymi wygrywać. Bo czarni maja przewagę nieporównywalną, niech Pan popatrzy na budowę somatyczną białego i czarnego.

A jak to się dzieje, że do Pana trafiają głównie zawodnicy średniodystansowi, tak zwani długasi nie chcą do pana przychodzić?

Nie, nie to że nie chcą, po prostu ja się skupiłem na biegach średnich i długasom najczęściej odmawiam. Ale z tymi długasami jednak też miewałem doświadczenia, choćby Gładki, kiedyś też ówczesny trener Szosta, Włodarczyk, kolega mój, zwracał się do mnie o rady, ja mu sporo ich dawałem, o czym nawet Szost chyba nie wiedział. Wydzwaniał do mnie trener Snochowskiego i w końcu Snochowski przyszedł do mnie, z wynikami 8:47 na płaską trójkę, niecałe cztery minuty na 1500m. To jak on się w ciągu czterech lat przesunął o 50 sekund na trójkę (3000 m) i widać jakie były u niego rezerwy, choć ja nie widziałem u niego szans na duże wyniki, ale jak widać nie zawsze do końca wiadomo, co w człowieku tkwi. Ale jego trener wydzwaniał, trochę też zagrał sentyment, bo poszedł na tę samą, co ja, uczelnię, AGH w Krakowie, ten sam nawet wydział. Przy czym to jest kapitalny kandydat na trenera. Z mojej grupy jedyny człowiek, który może być trenerem. Snochowski ma wszystko, czuje, wie, o co chodzi.

Wracając do wcześniejszego pytania: czyli nie miał pan jakiegoś guru?

Dla mnie na początku lat 80 wszyscy trenerzy, którzy osiągali wyniki byli wzorcami. Gorzechowskiego wiadomo, poznałem, Kiryk – widziałem jak trenuje, ten trening był schematyczny i brakowało w tym sztuki, to był schemat. Mamiński odszedł od niego i dzięki temu się rozwinął, trzeba pochwalić, że poszedł va bank i osiągnął potem to, co osiągnął, był moment, że był jednym z najlepszych biegaczy na świecie. Bronek Malinowski miał swojego trenera Szczepańskiego. Bronek Malinowski był moim kolegą, na paru obozach z nim mieszkałem i on mi dostarczył swoje dzienniczki treningowe, cały jego trening miałem poznany dokładnie. Czasami próbowałem się wzorować, ale ciężko trafić na taki typ jak on, powielanie treningu Bronka na innych najczęściej prowadziło do nienajlepszych wyników. Bo to był za intensywny trening, za mocny, zbyt jednostronny. Bardzo dużo się nauczyłem od Panzera. Panzer wzorował się na szkole rosyjskiej. Przy kieliszku, przy wódce, ściągnął od nich, co potrzeba, prawdopodobnie też wspomaganie, które w tym czasie było niebagatelną rzeczą, nie było kontroli w trakcie roboty, tylko na zawodach, w związku z tym często trenerzy wchodzili w niedozwolone środki. Z tych elementów treningowych można było dużo wyciągnąć, ale w latach 90 już miałem swoje sukcesy, Janus zdobył medal na Mistrzostwach Europy, kiedy już zaczynałem eksperymentować z formą na dany dzień. Że robiłem elementy siłowo-dynamiczne, męczące tak głęboko, żeby regenerowały i w danym momencie była najwyższa forma. To, co Czapiewski w Wiedniu. W styczniu chorował, po Afryce w lutym biegał po 1:47, 48, z tyłu, piaty, szósty przybiegał, a w Wiedniu wszystkich pokonal. Albo np. w Spale robiliśmy taki trening, że przez trzy, cztery dni on robił bardzo mocne elementy siłowe, męczące, jego dziewczyna przyjechała i przyszła do mnie z prośbą, żebym mu odpuścił, bo on w nocy spać nie może. Ja mówię, że już nie ma co odpuszczać, bo on skończył (śmiech). Minęły trzy, cztery dni na zmęczeniu i pobił rekord polski na 800m.

Lidka Chojecka, mówi: „ja zawsze cztery dni przed startem nie robię tego i tego, a ja jej mówię: teraz zrobisz. Zrobiła, tylko zmęczona przyjechała i tam była już eksplozja, petarda, wygrała w Birmingham jak chciała. Oczywiście, żeby taki trening zrobić, trzeba być do tego przygotowanym. Czasami bywa, że nie wychodzi. Np. przed Osaką z Lidka powielałem podobny trening, ale Lidka miała pękniętą kość śródstopia i brała środki przeciwbólowe, żeby móc trenować, temperatura była bardzo wysoka, powyżej 30 stopni i efekt był taki, że przyjechała do Osaki, zrobiliśmy cały cykl, eliminacje były niezłe, półfinały słabiej, a finał całkiem klapa. Czyli doszły tu czynniki, których ja nie uwzględniłem i to był ewidentnie mój błąd, a powinienem je uwzględnić. Bo wiedziałem, że ją boli, że jest 40 stopni, że może się odwodnić, że może nie zregenerować i tak wyszło jak wyszło.

Ale się Pan pytał od kogo ja się uczyłem. Ja się uczę i uczyłem od innych trenerów. Ale teraz widzę, że inni uczą się ode mnie. Snochowski mi kiedyś mówi: „- Włosi Pana cały czas nagrywają”. Jak byliśmy w Afryce, i potem mi mówią, że jakaś Włoszka robi Wiolki siłę, też wysoka, podobnie zbudowana, a potem ta Włoszka zdobywa brązowy medal. Bardzo mądrze nagrywali, cały tydzień, wszystko co Wiolka robiła, czyli nas też podglądają.

869_7.jpg
W Warszawie podczas odbierania nominacji olimpijskich, od lewej: Paweł Czapiewski, Anna Rostkowska, Zbigniew Król

Jak wyglądają Pana stosunki z zawodnikami czy są raczej przyjacielsko serdeczne czy jest Pan raczej katem?

Nie, ja współpracuję. Trudno mówić o spoufalaniu, zawodnicy starają się mieć szacunek do mnie. Na „Ty” nie przechodzimy. Są różnego typu zawodnicy, są tacy, co ślepo realizują mój trening i mają bardzo mały udział w treningu, i z ich strony do mnie idą informacje o samopoczuciu czy o bólach, czy o takich innych rzeczach. Takimi zawodnikami są Czapiewski, Wiola. Są to zawodnicy, którzy ślepo mi ufają, wiedzą, że ja wiem lepiej, nie dyskutują w ogóle, wierzą w ten trening i to jest cholernie wygodne z punktu widzenia zawodnika opcja, bo ma na głowie tylko walczyć. A są tacy zawodnicy jak Lidka Chojecka, która ma wieloletni bagaż doświadczeń i ona często lubi się pokłócić o trening. Często bywa to nie najlepsze rozwiązanie. Ja w tym roku zaplanowałem, że nie będziemy jechali w kwietniu po raz kolejny do Afryki, tylko pojedziemy do Stanów, w góry. Z uwagi na to, że tam jest wyżej i jest niższa temperatura. W efekcie byliśmy w Colorado Springs na przełomie marca, kwietnia i tam były temperatury od 5 stopni do 17. Potem wróciliśmy do Font Romeu i tam było 5, 7 stopni cały czas. I dla Czapiewskiego i dla Wiolki nie było żadnego problemu, ale Lidka przyjechała z Afryki. Do Stanów nie chciała, powiedziała: „Nie pojadę”, myślała, że mnie zmusi, że ja całą grupę pojadę do Afryki. Jak przyjechała z Afryki zaczął ja boleć Achilles .Przyczyna tej kontuzji była w zmianie kolców. Po podleczeniu kontuzji na treningach w Font Romeu miała skurcze mięśni prawdopodobnie z zimna. A ja pod jej kątem chciałem jechać do Colorado. Nie jestem tym, który by na siłę narzucał zawodnikom i taki doświadczony zawodnik jak Lidka ma prawo decydować o swoich losach, jeżeli uważa, że tak jej będzie lepiej, no trudno.

W przypadku Pawła, Lidki jak Pan u nich trenuje wytrzymałość?

Cała sztuka treningu polega na tym, żeby bardzo świadomie kształtować poszczególne cechy motoryczne, tak, żeby nie zabijały innych. Jeżeli ktoś ma dobrą wytrzymałość, to nie możemy tej wytrzymałości zabijać siłą, szybkością czy innym, tylko równolegle, trzeba tworzyć inne rzeczy. Wytrzymałość jest to prosta cecha, wiadomo, że kształcenie wytrzymałości to okres wysiłku musi trwać minimum 40 min, intensywność musi być taka, żeby zakwaszenia nie przekraczały progów tlenowych, tlenowo-beztlenowych ewentualnie. W maratonie to próg tlenowy przyjmuje się jak 2, 1,8 mmoli. Np. Piotrek Gładki, w górach biegał biegi ciągłe 30km, łapał zakwaszenie poniżej 0,8 mmol, a biegając po 3:20 w San Moritz, w tym czasie, kiedy był najlepszy. Najważniejsze błędy, jakie niektórzy trenerzy popełniają to to, że niby kształtują wytrzymałość, ale np. zawodnik realizuje bieg ciągły, ale w intensywnościach takich, że oni nie robią wytrzymałości, a wręcz startowy trening. To jest bez sensu. Jako przesłankę, jak należy trenować, to ja Panu podam, jakie są relacje ekonomiczne wysiłku pomiędzy czysto tlenową pracą i czysto beztlenową. Pan sobie zdaje sprawę, jaki jest energetyczny koszt wysiłku czysto tlenowego i czysto beztlenowego, jaka jest relacja? Jak ja się uczyłem lat 20 temu, to mówili od 1 do 12, teraz się mówi od 1 do 36. Jeżeli my wchodzimy w czysty beztlen, oczywiście nie wchodzimy, ale gdyby, to koszt energetyczny przebiegnięcia kilometra jest 36 razy większy, a koszt energetyczny czysto tlenowego jest 36 razy mniejszy. W biegach dłuższych, zwłaszcza w maratonie, gdzie dominantą jest wysiłek w czasie, i energia którą dysponujemy, wchodzenie w beztlen jest rzeczą strasznie szkodliwą. Natomiast, co ciekawe, badania fizjologów lat 60/70, gdzie badano grupy młodzieży i analizowano, jakim treningiem najszybciej można osiągnąć duży wynik, to się okazuje, że najszybciej wytrzymałość się rozwija treningiem interwałowym. Większość trenerów i młodych zawodników, jak chcą szybko osiągnąć wynik, wchodzą w ten trening interwałowy, czyli krótka przerwa, bardzo duża intensywność i jadą na zawody, i są najlepsi. Ale taki trening blokuje możliwości na przyszłość. Trener Ksokowski na przykład tak pilnował Czapiewskiego. I duża mądrość trenera Ksokowskiego polegała na tym, że nie robił z nim w młodym wieku mocnego treningu, bo potem Paweł mógł się rozwinąć.

Czy z Pawłem nie jest tak, że on na początku biegnie wolniej, a później szybciej, czy to reszta zwalnia?

Oni zwalniają, cała sztuka Pawła.

Przyzna Pan że to jest jakiś ewenement, ten jego styl biegania, poza występem na ostatnich Igrzyskach w Pekinie?

Dostosowaliśmy to razem do jego możliwości organizmu. On tak kiedyś nie biegał, jak przyszedł do mnie, to biegał z przodu i kto go przetrzymał na końcówce, to go ograł. Zmieniliśmy technikę biegu, wydłużyliśmy krok, dynamikę, siłę, oczywiście ćwiczeniami nie na siłę.

No to jak wygląda trening wytrzymałościowy dla średniaków?

Tak samo, jeżeli ja mam robić wytrzymałość, to robię wytrzymałość. (trener Lisowski przysłuchujący się rozmowie wtrąca: „ – Na 400m to samo” – przyp. redakcji). Tak, 400 m to samo. Nie ma różnicy, jeśli chodzi o robienie danej cechy. Cecha wytrzymałości to jest cecha, którą się kształtuje do 4 mmoli. Jeżeli wchodzimy na wyższe intensywności, to możemy wytrzymałość przesunąć np. interwałem, ale ze szkodą dla rozwoju.

Costill jeszcze w latach siedemdziesiątych robił takie badania na najlepszych maratończykach, że jednym spośród testowanych parametrów był wyskok dosiężny. I zauważył, że u zawodników-maratończyków, którzy mieli przerwę w treningu, ten wyskok dosiężny był największy. Co się okazało? Że przez ten swój trening oni zatracili dynamikę, siłę. Tajemnica sukcesu w maratonie na światowym poziomie to to, że oprócz tego treningu, który robimy, wytrzymałościowego, czyli kształtujemy układ wydolnościowy, my musimy kształtować tą eksplozywność, czyli musimy jeszcze robić co? Siłę potrzebną do biegów długich.

Czy może Pan podać jakieś mierzalne przykłady treningów wytrzymałościowych takie jakie biega Paweł, Wiola czy Lidka?

Dam Panu przykład. Lidka robiła np. prosty trening 5x 1 kilometr i biegała 3 minuty, 2:55, 2:54, 2:50, ostatni kilometr 2:47, to było już w ostatniej fazie, na przerwie 3, 4min. I miała laktaty przy takim treningu początkowo w granicach 6, 7, 8, pod koniec do 12 milimoli dochodziła, czyli niewysokie. Ale to nie był trening tlenowy, to był trening już startowy.

Czapiewski, żeby zrobił wytrzymałość, czasem mu robię trening, że biega 5x 2x 500. Symuluje kilometrówki, między 500m robi krótką przerwę, minuta, dwie, a między dwoma 500kami dłuższą przerwę. To on biegał te 500 po 1:28, 1:29, czyli z tą samą prędkością co Lidka, mając to samo zakwaszenie. Czyli robiliśmy z Czapiewskim i z Lidką wydolnościowo taki sam trening. Najciekawsze, że na tych samych prędkościach biegali. A to jest mężczyzna i on robił to na 500m bo nie był w stanie na 1000 robić. Ale to był akurat trening w górach.

To jest temat rzeka i na temat treningu w górach to by można było dużo mówić. Ja byłem w górach wiele razy i wydaje mi się, że dużo wiem na ten temat, oczywiście musi być indywidualizacja treningu. Większość trenerów robi błąd taki, że robią ten sam trening na górze co na dole, to jest potężny błąd, nie wykorzystuje się wówczas pobytu w górach.

869_8.jpg
Przed odlotem do Pekinu – trener Król schowany pomiędzy Wiolettą Frankiewicz a Moniką Drybulską

W sensie tempa, ten sam trening czy intensywności ?

Nie, ten sam trening powielają z dołu do góry. Powiem Panu na przykładzie Wioli. Wiola w górach nie biega dłuższego odcinka niż 500m. Nie wytrzymuje nic dłuższego. Przed tą dychą w Kozienicach byliśmy w Stanach i na tych wysokościach najdłuższe odcinki, jakie Wiolka biegała w górach to były dwustu pięćdziesiątki.

Nie biegała nic dłuższego? Bieg ciągły?

Bieg ciągły, rozbiegania tak, ale nic szybkiego. Rozbiegania, bieg ciągły robiła i to pilnowała cały czas, żeby nie przekraczać tych dwóch mmoli.

Ale ten bieg ciągły to w jej przypadku było jakie tempo, dystans?

15, 12 km, początkowo w granicach 4min, do 3:50 doszła, do 3:48, chyba szybciej nie biegała jeszcze. Rozbiegania po 4:10 – 4:20, bardzo szybko pod koniec obozu, no ale to na dużej wysokości. Natomiast na treningu zabawowo-tempowym, żeby nie przekraczała parametrów tlenowych, nie mogła biegać dłuższego odcinka jak 250m, już na 300m tętno skakało za wysoko i ja jej cofałem. Na treningu z Wiolą jak jestem, to wiem, że ma zrobić 10km w odcinkach tempowych jakichś tam i ona zaczyna trening od 300m, zrobi trzy, cztery 300tki i mówi: „mam takie i takie tętno”, jak za wysokie to robi 250, jeszcze za wysoko, to na 200, jeszcze to 150. Ludzie patrzą jak na wariata. 150tki dziewczyna biega w górach aż ma właściwe tętno, właściwe zakwaszenie. Zatrzyma się, sprawdzam kwas i dalej lecę z tym treningiem. Czasami bywa tak, że ona pod koniec treningu 500m nie jest w stanie przebiec. Ale cały czas to jest sztuka, to jest cały czas ciągła ruchoma praca. To nie jest schemat i jego powielanie. To jest kształtowanie wydolności, fizjologii, środkami, które ja w danym momencie jestem w stanie rzucić, żeby ona to zrobiła. Często ten trening jest trudny do zapisania, bo czasem te odcinki się nie mieszczą w rubryce, bo jest ich tak dużo i tak różnych.

Podobno u Pana się w ogóle mało biega w sensie kilometrażu?

Nie, to błąd bo np. Wiola, która potrzebuje dużo roboty, to przed wygraną w Zurychu na 1500m to miała kilometrażowo 600km w kwietniu, to jest mało? Tak to biega około 500, Lidka w granicach 450km, a Paweł do 400 dochodził.

Na jakie elementy siłowe zwraca Pan przede wszystkim uwagę? Ma Pan jakiś wachlarz swoich ulubionych ćwiczeń?

Nawet u was w jednym z artykułów była siła ściągnięta od mojej zawodniczki, bardzo dobrze, nie zabraniam. Weźmy Gebrselassie i jego technikę biegania, przecież on biega na palcach. Większość trenerów w Polsce mówi: „ – Nie, od piety”. A biegając w ten sposób tracimy jedno przęsło, jedno dynamiczne przęsło. Trzeba biegać cholernie ekonomicznie, ale na końcach palców tez można ekonomicznie. Ale żeby ta stopa wytrzymała, to wymaga długiego czasu pracy nad wzmocnieniem tego stawu, mięśni. W tym momencie Achillesa wyłączamy, będzie krócej pracował nie będzie kontuzji.

Ja patrzę, co danemu zawodnikowi trzeba. Co ma słabego w bieganiu? Podam prosty przykład. Ktoś ma tyłek cofnięty, to w ten czas muszą być ćwiczenia na biodro. Przyszła do mnie np. taka Pliś, która na piętach biegała, ja miałem duże problemy z nią, no bo jak na pietach można biegać biegi średnie? To wtedy co drugie ćwiczenie wrzuciłem jej na stopy. Skończyło się tym, że jej aż w końcu pękły kości, ale to były przyczyny fizjologiczne, nie tylko treningowe, bo ona nie dbała o wapń, odnowę. Przeszła po prostu z małego treningu na duży i organizm zaczął sam siebie zjadać, nie uzupełniała tego. Efekt był taki, że ona nabiegała mi 2:02:50 na 800 jak zaczęła bieganie na palcach. Czyli poprawiła się z 2:07, na półtora 4:10. Cholerny skok tylko przez technikę biegania, bo ona wydolnościowo nie była w stanie w ciągu trzech, czterech miesięcy się poprawić.

Ja pamiętam jeszcze Szabo, kiedy miała 18-19 lat, przyjeżdżała do Font Romeau, ja przyjeżdżałem wtedy tam z Małgosią Rydz, potem z Kałdowskim. I Szabo robiła tak zwaną defiladę, robiła 100 metrowe odcinki, robiła ich strasznie dużo, na końcówkach palców. Zastanawiałem się wtedy, po co ona to robi? Przecież tak się nie biega. A jej trener wymyślił dla niej styl biegania, że wydłuży jej zasięg nogi i ona biegała potem w specyficznym stylu, odniesiona wysoko na palcach. Ale ile to trzeba ćwiczyć, żeby wszystko wzmocnić. Ale im się udało i była potem najlepszą zawodniczką na świecie.

Często, przynajmniej wśród maratończyków, słyszę o takim schemacie, np. że siłę się robi przed ciągłym…

Można by było zrobić schemat, model, który działałby na różnych zawodnikach. Ale musiałby Pan zrobić dokładne badania, na przykład biopsję mięśnia, zbadać proporcje włókien szybkich do włókien wolnych. I w tym momencie coś można by było wnioskować. Ale takich badań się nie robi, to jest zakazane. Ale jest jeszcze wiele innych czynników – psychika, szybkość regeneracji, trzeba patrzeć i reagować.

Jak pan z Pawłem czy z Lidką trenuje, to zakłada Pan jakiś konkretny czas tego wyścigu? Że trenuje Pan tempo pod 1:46 lub 1:43 czy w ogóle nie podchodzi Pan do tego w ten sposób po prostu na wyścigu tak, jak się ułoży?

Są dwa aspekty. Jeden aspekt wydolnościowy i drugi aspekt biegania szybkości startowych. Żeby Czapiewskiego nauczyć czucia tempa, to jest cholernie ważne, bo on biegnie z tyłu, ale musi wiedzieć, że jak biegnie z taką prędkością i jak to utrzyma to np. skończy 1:44 i wtedy może z najlepszymi wygrać. Ja z nim obiegam prędkość startową na różnych odcinkach. Np. jeżeli facet po 13 sek. biega to jest 1:44 na 800m, to on ma mi biegać 200-300 po 13 sekund każdą setkę, ja na rowerze koło niego jadę, on musi się nauczyć czucia dystansu, tempa.

A wracając do tej Pańskiej siły. Stosując to, co Pan proponuje, wyłączamy Achillesa, ale obciążamy rozcięgno podeszwowe czyli jest coś za coś.

Racja i to jest u mnie najczęstsza kontuzja, ale jest coś za coś. Ale czy nie warto? Niech Pan zobaczy, co Czapiewski osiągnął?

No tak, tylko potem miał ładnych kilka lat przerwy.

Niech się Pan go spyta czy nie warto było. Bez tego treningu, bez wejścia w skrajne obciążenia nie miałby medalu na MŚ, nie biegałby ME Halowych.

Błędem było, bo ból ścięgna był źle leczony. Zamiast wyleczyć mu to do końca to były ostrzyknięcia, przecież jemu strzeliło dopiero po zastrzykach, lekarze chcieli mu pomóc, chcieli jak najlepiej, ale efekt był taki, że mięsień włókno zamiast robić się elastyczne, to strzeliło.

Jaki jest Pana stosunek do wspomagania dożylnego?

Wchodząc na temat wspomagania niech się Pan zapyta moich zawodników na temat wspomagania, ile kroplówek wzięli, Czapiewski, Wiola, zero. A tu zawodnicy gonią do lekarza, młodzi, jadą na obóz jeszcze nieprzygotowani i tylko w kolejce, i kroplówka, kroplówka. No przecież największy błąd, jaki tylko może zrobić. Ja rozumiem, że czasem trzeba wspomagać zawodnika, jeżeli zawodnik jest chory, osłabiony czymś, główna impreza i wtedy rzeczywiście można sobie pomóc. Ale tu słyszę, że trener kadry wysyła wszystkie juniorki na kroplówki. To, to jest przecież chore.

To niech Pan sobie teraz wyobrazi, jakie ten trener robi błędy?! Po pierwsze, co to jest sztuka treningu? To jest sztuka regeneracji, trzeba kształtować wszystkie procesy fizjologiczne, wszystkie dokrewne oddziaływania – wątroba, trzustka, śledziona i inne rzeczy, nie znam się dobrze na tym, wiem, że to wszystko w środku musi działać samo. My musimy tylko dostarczyć budulec do tego. Wiadomo, że nie zawsze klasyczne jedzenie, czasem trzeba coś bardziej skondensowanego przygotować, ale nie możemy do żyły wrzucić tego, to co ma organizm sam produkować. To oczywiście w pierwszym momencie pomoże, ale organizm przestanie to sam produkować, bo dostaje z zewnątrz. Czyli w tym momencie sztuka treningu jest chora.

Mówi Pan, że Pana zawodnicy w ogóle nie stosują kroplówek, zastrzyków, ale mamy wielu innych zawodników, którzy widzieli, że jednak im się to zdarza, więc to nie jest chyba tak, że nic nie biorą?

Co innego uzupełniać odżywki, suplementy doustnie – bez tego nie ma teraz sportu na wysokim poziomie, a co innego systemowo brane kroplówki. Pierwsze tak – drugie tylko z przyczyn medycznych.

869_9.jpg
W Pekinie – Zbigniew Król i Grzegorz Gajdus

Wielu trenerów w nieoficjalnych rozmowach przyznaje, że w latach 70-80 część najlepszych polskich wyników było uzyskanych na niedozwolonym wspomaganiu. Nie było wtedy kontroli poza sezonem, wiele środków było niewykrywalnych lub dozwolonych. Czy Pan może coś powiedzieć na ten temat?

Wspomaganie z lat 70-80 jest u nas wyolbrzymiane. Jeśli było to było go bardzo mało. Chociażby z powodów tych, że na rynku brakowało wszystkiego.

Wszyscy ulegają magii Solcoserylu [środek na bazie krwi cielęcej, mający regenerować komórki mięśniowe – przyp. redakcji], to ponoć najczęściej stosowany przez sportowców środek wspomagający odnowę, czy Pan jest za tym, aby to stosować, a jeśli tak, to po co?

Solkoseryl według mnie w skrajnych przypadkach może pomóc przy regeneracji zmęczonych mięśni. Ale często jest to tylko placebo.

To wróćmy do zawodników, do historii Yareda Shegumo…

Shegumo, gdy do mnie przyszedł, był praktycznie bez środków do życia. Ale znalazł się sponsor, Wochna Marek, który powiedział, że on da mu pieniądze pod warunkiem, że on będzie trenował u dobrego trenera i on do mnie się zgłosił. Ja powiedziałem, że oczywiście go przyjmę pod warunkiem zgody trenera i klubu. Zapytałem go, a on, że trener się zgodził. Wyjechałem za granicę, byłem wyłączony w ten czas, on jeszcze u mnie nie był, klub się zgodził, pismo przysłali oficjalnie, a na konferencji na mnie naskoczył trener Wrona, że mu zawodnika podebrałem. To mówię: „ – To go bierz z powrotem, ja go wcale nie chcę”. Ale jednak u mnie został. Ale to był zawodnik, który był parę lat szkolony do biegów długich. Zacząłem sprawdzać jego predyspozycje. Wysłałem go na badania do Żołądzia. Żołądź go przebadał i mówi: „ – Zbyszek, to nie jest facet do biegów długich, jest maksymalnie do półtora, trójki, piątki Ci już nie pobiegnie”. W związku z tym zacząłem mu ćwiczyć to, co według tego fizjologa było. On do Polski przyjechał jako 400-metrowiec, o czym mało kto pamięta, a że Etiopczyk, no to będzie biegał biegi długie. Na treningach w Afryce na pierwszych obozach miałem z nim problemy, on w 24 sekundy nie był w stanie mi 200m przebiec. Na szczęście obok Lidka biegała 26 sekund, i jak przebiegła, no to on zobaczył, że można. No i w krótkim czasie po ćwiczeniach siłowych i dynamicznych szybkość odbudował po 22, 23 zaczął 200ki biegać, zaczął być bardzo szybki z powrotem. Potem nabiegał rekord życiowy na 800m i poszedłem generalnie w biegi średnie, czyli do tego do czego był predysponowany. No i ten Marek Wochna go finansował. Tylko błędem było, że on mu dawał pieniądze, bo rodzice w Etiopii mieli problemy, bo ich z mieszkania wyrzucili. Lidka też mu dała pieniędzy, a to były duże pieniądze, 8, 10 tys dolarów mu dali, żeby zapłacił rodzicom, żeby mogli wykupić mieszkanie, on pojechał do tej Etiopii i wrócił z żoną. Jak wrócił z żoną, mieszkał u mnie w Krakowie, ta żona się nudziła, nawet chciałem jej załatwić pracę, żeby poszła jako fryzjerka, ale ona się obraziła, jak to, ona nie będzie pracować. I zacząłem mieć problemy z tą żoną. W międzyczasie dostał mieszkanie w Warszawie i się przeniósł tam. I jeszcze mi go w ostatniej chwili skreślili z obozu do Afryki. Jak się przeniósł do Warszawy, to jak go mam trenować? W styczniu dzwonię do Wrony i mówię: „ – Słuchaj, nie jestem w stanie trenować na odległość, przejmij go z powrotem, ja Ci mogę najwyżej pomóc w treningach” i on go przejął z powrotem. Sponsor w międzyczasie ekonomicznie się skończył. On w Warszawie będąc, zaczął trenować z Wroną. Wrona z powrotem, to jest notabene bardzo dobry trener, wziął go do biegów długich, biegów średnich nigdy tak dobrze nie czuł, zawsze wolał biegi długie. I zaczął znowu trenować biegi długie. Na trochę pojechał do Etiopii. I tu jak wrócił, Wochna mu pomagał, już nie trenował ze mną, tylko z Wroną, pojechał do Aryki, wrócił, zrobił 14:10, no kto będzie sponsorował faceta na 14:10? A 800m, ja myślę, że 1.46 w ciągu dwóch, trzech lat mógłby biegać.

Z jednej strony mówi Pan, że fizjolodzy znają tylko część prawdy, a z drugiej – pod wpływem fizjologia Żołądzia zdecydował pan, że Yared Shegumo nie nadaje się do biegów długich. Jak człowiek, który biegnie rekord Polski na 3000m, może się nie nadawać do biegów długich? Może to jednak Pan popełnił błąd?

Yaredowi pomagałem na prośbę jego sponsora. Jeśli do Polski przyjechał jako 400-metrowiec, jeśli wynik na 800 metrów miał o klasę lepszy jak na 5km, postanowiłem trenować go tak, aby w pierwszym roku odbudować mu szybkość a w następnych ukierunkować mu trening na 1500m. I kiedy Yared zaczął biegać na treningach np. 200tki poniżej 23”, kiedy zacząłem robić na wiosnę 2006 roku trening do 1500 i osiągnął dużą formę na treningach, cały trening zawalił się z powodów zdrowotnych. Okazało się że ma stan zapalny zęba, osiem zębów do leczenia i po sezonie. Szkoda, ale porozmawiajcie ze Snochowskim to wam powie, jak był wtedy mocny np. na zgrupowaniu w Ifrane.

Wiele się mówi o sukcesach, ale mniej chętnie o porażkach. Niektórzy trenerzy przypominają, że miał Pan wielu zawodników, których, jak to określają – Pan zajechał, a w praktyce, nie zanotowali u Pana postępu i często pokończyli kariery. Yared Shegumo, Sebastian Miller, Dawid Kulik, Przemek Bobrowski, Łukasz Jóźwiak, Marcin Fudalej, podobno też Patrycjusz Szwajnoch i Mariusz Pękala. Kolejny przykład to Renata Pliś, która co prawda zrobiła u Pana szybki progres, ale sam Pan mówi, że w tak krótkim czasie wydolnościowo mógł Pan zrobić niewiele, a potem – dwa lata regres. Skąd się biorą takie porażki szkoleniowe?

Na wynik składa się praca i czas. Frankiewicz zaczęła ze mną trenować w 1998 roku a tak naprawdę zaczęła dobrze biegać dopiero w 2004 roku. A z wymienionych zawodników większość nie trenowała dłużej niż rok – Szwajnoch 2 miesiące, Pękala 1 miesiąc, Fudalej z kontuzją bodajże pół roku. Szwajnochowi i Fudalejowi pomagałem w treningu na prośbę Czapiewskiego. A Miller pobił znacznie wszystkie rekordy życiowe i odszedł z osobistych względów. Bobrowski po wstępnym treningu wyjechał do USA. Natomiast Kulik na treningach wyglądał lepiej od Czapiewskiego – a na zawodach nie biegał. Najlepiej porozmawiajcie z zawodnikami, Kulikiem i pozostałymi. Prawdą jest, że więcej zawodników trenując ze mną biegało nieźle – chociażby późniejsza Włoszka Michalska, Miller, Gładki, Snochowski, a nie tylko finaliści imprez światowych Rydz, Janus, Czapiewski, Kałdowski, Frankiewicz.

A osiągnięć Pliś nie muszę się wstydzić – trenuję ją wspólnie z trenerem klubowym Walkowiakiem. Podobnie jak trenowanego od listopada wspólnie z trenerem Banaszkiem Dąbrowskiego. Oboje są w tym roku wicemistrzami Polski seniorów.

Na polskim podwórku to Paweł ma na razie tylko chyba konkurencje w postaci Marcina Lewandowskiego?

A Bartek Nowicki nie? Przecież z nim wygrał niedawno. Nowicki to jeden z największych talentów, jaki się w polskich biegach pokazał. Trener Lisowski może powiedzieć, jak Pan zobaczy budowę somatyczną Bartka Nowickiego, to jest przepaść na korzyść Nowickiego, tylko tu jest problem, no wiadomo jaki (trener Lisowski kiwa głową).

Ze mną Formela trenował trzy, cztery miesiące, szukałem mu klubu. Jak przyszedł do mnie Formela, to Czapiewski był przerażony. Popatrzył na mnie i mówi: „ – Wie Pan co, jednego w Polsce zawodnika, jakiego się boję, to Formeli, bo wszystko facet ma: niesamowita szybkość, wytrzymałość, siła, dynamika”. I on ze mną trenował trzy miesiące i szukałem mu klubu. I Mamiński do mnie przyszedł, że potrzebuje zawodnika, który mu zdobędzie medal na MP w Szczecinie. To było parę lat temu. I ja mówię:

„ – Mam takiego, jak mu dasz tyle pieniędzy, to on Ci wygra 800m.”.

„ – Jak wygra, z Czapiewskim wygra?”

„ – Czapiewski będzie biegał półtora, a on 800m wygra.”

I on trenował ze mną styczeń, luty, marzec, kwiecień i w połowie kwietnia Mamiński do mnie przychodzi:

„ – Formela nie będzie z Tobą trenował, bo ja muszę swojego trenera promować”.

I go wziął i dał do Leszczyńskiego. Sporo z nim osiągnęli. Ale to był zawodnik na światowe wyniki. I de facto teraz Pan widzi, jak wygląda kaperowanie. Formela od wielu lat, cały czas, chce do mnie wrócić, podchodzi: „Panie trenerze, przyjmie mnie pan z powrotem?” Ale po co mam mieć wrogów?

W górach jest coś takiego, gdy przyjeżdża Pan, na samym początku, przez pierwsze dni, ma Pan wysyp erytrocytów i człowiek jest bardziej wydolny. A my (Polacy, przyp. Redakcji) 5 , 8 dni nic nie robimy, bo gdzieś tam wyczytali, że trzeba się aklimatyzować. Pierwszy błąd, bo w tym czasie trzeba to wykorzystać i zrobić jakąś łagodną robotę. Cholernym błędem jest robienie na wejście treningu szybkościowego, bo w górach w pierwsze dni występuje naturalny przyrost szybkości, często ludzie kasują sobie mięśnie. Kasowanie takich mięśni może spowodować, że cały obóz jest z głowy, dlatego na początku pobytu w górach nie można ostro trenować, co nie znaczy, że nie wolno trenować. Trzeba trenować, tylko trzeba trenować to, co w tej pierwszej fazie w górach można robić. Ja jak przyjeżdżam w góry, to moi zabawy biegają, robią nawet dość mocny trening. I potem dopiero po aklimatyzacji można robić trening szybkościowy itd. W górach regeneracja następuje dwa razy szybciej, w związku z tym nie możemy przenosić treningu z dołu na górę, bo możemy ten mocny częściej robić, bo zregenerujemy.

Teraz zapytam o Marcina Lewandowskiego. Wiadomo że jego trenerem jest brat, także młody człowiek, bez wieloletnich doświadczeń o których Pan mówił. Jak Pan ocenia ich tandem?

Jeśli chodzi o Lewandowskiego to była taka sytuacja, że Tomek w okresie juniorskim konsultował się z Czapiewskim, bo to są dobrzy koledzy. I Czapiewski mówił mu, jak trenował z Ksokowskim wcześniej. No i w zeszłym roku jak nabiegał wynik na juniorach, to podjął decyzję, że on będzie go dalej sam prowadził. . Ja mówię: w takim układzie prowadź go sam, a ponieważ potrzebuję asystenta, to ja Ci zaproponuję, że będziesz ze mną na obozy jeździł, będziesz dalej brata trenowal a mi pomożesz w treningu pozostałych zawodników. Dzięki temu znajdziemy środki, bo nie może być tak, że zawodnik jeździ z trenerem jeden na jeden. Notabene Marcin Lewandowski, który ma wynik w świecie, 50, 60? Czyli na razie zawodnik przeciętny, to jest dopiero kandydat za zawodnika, dobry materiał. Wiadomo, w takich przypadkach PZLA nie może finansować trenera z zawodnikiem, bo to by było nienormalne. I on wtedy powiedział, „-To ja się zgadzam tylko muszę jeszcze z Mamińskim porozmawiać”. No i potem zadzwonił do mnie, że Mamiński mu zaproponował trenera kadry. Dał mu Lidmana, kogoś tam jeszcze. I na zgrupowania jeździ sam.

Jeśli chodzi o Bogdana (Mamińskiego, przyp.redakcji), działanie jego jest nienajlepsze. Bo on robi dużo, chce, żeby to bieganie było niezłe, tylko robi podstawowy błąd taki, że powinien wspierać najlepszych zawodników i ich trenerów, bo najlepsi zawodnicy mają z reguły trenerów, którzy wiedzą, co mają robić. A nie tworzyć trenerów z niczego. Dziwnym trafem wszyscy Ci trenerzy są oparci o Międzyzdroje.

Dzwoni do mnie Szczyrba i mówi: „ – Nie zgadzam się”. A ja pytam, z czym się nie zgadza. On: „ – Z Mamińskim, bo Mamiński mi powiedział, że on Cię wykończy, bo odetnie ci dopływ zawodników”. Mówię, czy jesteś w stanie to powtórzyć, jakby trzeba, a on, że tak. No, to jest chore podejście. Dlatego, że nie chcę trenować w Międzyzdrojach, to ja mam być wrogiem?

Ja tam jeździłem, byłem pierwszym trenerem, który tam jeździł z Rydzową, żeby odpocząć, zawsze po hali, po górach, Afryce i to zdawało egzamin.

Czy są teraz na świecie zawodnicy, których szczególnie Pan podziwia, których kariery Pan obserwuje i jak startują to jest Pan cały pochłonięty jak się ten bieg odbywa?

Nie, ja jestem warsztatowcem i patrzę, analizuję, ale nie.

Czym Pan to tłumaczy, że jest zastój jeśli chodzi o wyniki jeśli chodzi o 800m na świecie?

Polega to na tym że okresowo zawodnicy idą grupką, nawzajem się napędzają, młodzi jak chcą im dorównać, nie są w stanie, bo brakuje im tych paru lat treningu. I ta grupka szła z sobą, rywalizując, do przodu. Goniący byli przegrani, załamywali się, za szybko chcieli dojść. Trening jest bardzo niebezpieczny w biegach średnich, jak się wchodzi w wysokie zakresy człowiek się kasuje. No i na 800m w tej chwili Ci starzy zawodnicy, którzy już doszli do tych dużych wyników, to większość z nich się pokończyła.

Kiedy patrzy Pan na biegi i te lata w których biegał Juantorena, Coe, jak biegali takie wyniki, do których teraz ludziom bardzo trudno się zbliżyć, nie myśli Pan, że oni to robili na jakimś właśnie ekstra wspomaganiu, że było coś, na co kiedyś nie zwracano uwagi, a teraz by to już nie przeszło przez jakieś kontrole?

Tego nikt nie wie, można powątpiewać ale jak Czapiewski 1.43 pobiegł i ja wiem, że nic nie brał i jeżeli Czapiewski mógł tak pobiec, to taki Coe przy Czapiewskim był szybszym zawodnikiem od niego. Czyli nie zakładajmy z góry, że ci lepsi zawodnicy biegali lepiej, bo się wspomagali. Ja jestem przekonany, że większość zawodników, osiągając te czołowe wyniki w świecie, biegało w sposób naturalny.

Proszę powiedzieć, co by Pan zmienił w szkoleniu biegów średnich i długich w Polsce?

1. Ograniczyć do minimum szkolenie centralne w dotychczasowej, często nakazowej formie.
2. Finansować najlepszych zawodników i ich trenerów, dając im pełną swobodę realizacji treningu w miarę posiadanych środków,
3. Propagować sprawdzone u nas metody treningowe poprzez publikacje, konferencje trenerskie, wykorzystując doświadczenia najlepszych trenerów.
4. Stworzyć jasne kryteria kwalifikacji do reprezentacji .

Jakis czas temu udzielił pan bodajże „Super Expressowi” ostrego wywiadu, krytykując politykę Bogusława Mamińskiego. Krążą plotki, że został Pan potem wezwany na dywanik do PZLA i ostro zrugany. Czy to prawda i czy tego typu cenzura istnieje w PZLA i środowisku trenerskim?

Na spotkaniu wyjaśniłem kulisy wywiadu. Spotkanie było w dobrej atmosferze, Pani Prezes i Pan Sudoł prosili mnie o to abym w sprawach szkoleniowych współpracował z Mamińskim. Zapewniano mnie o zabezpieczeniu dalszego szkolenia. Pani Prezes tłumaczyła mi jaka dobra atmosfera panuje w Międzyzdrojach i że trzeba popierać działanie Mamińskiego dla dobra polskiej atletyki.

Krytykuje Pan pana Mamińskiego, ale pamiętamy, że Pan również był
przez kilka lat na tym samym stanowisku, co obecnie Mamiński i poziom
biegów nie był specjalnie wyższy.

Byłem społecznym
blokowym. Ale moja rola jako blokowego była tylko doradcza, a wszystkie
decyzje podejmował szef szkolenia. Jestem trenerem i nie mam czasu na
zajmowanie się sprawami administracyjnymi. Nie widzę się w roli
blokowego.

Dziękujemy bardzo za rozmowę
.