16 września 2007 Redakcja Bieganie.pl Sport

Wywiad z Jurkiem Skarżyńskim


A192_524.jpg


Adam Klein: Absolutne początki, czyli gdzie się urodziłeś, czy w twoim
domu były jakieś tradycje sportowe, czy ktoś Cię dopingował?


Jerzy Skarżyński
. – Urodzony w Świebodzinie – styczeń 1956, rodzina o zerowych tradycjach sportowych
– trzej bracia nigdy nie uprawiali sportu w wymiarze choćby lekko ponad baaardzo
rekreacyjnym. Zapracowani rodzice nawet na rekreację nie mieli czasu. Takie
czasy były! Sam się zastanawiam – skąd u mnie taki sportowy pazur się
pokazał?!!! Doping rodziny- zacząłem poważny trening już w Szczecinie, wyjazd
na studia w 1975 r., a i startów w Świebodzinie nie miałem zbyt wielu, by liczyć
na żywiołowy doping rodziny. Chociaż nie ukrywam, że podczas moich walk o
medale MP w pobliskim Dębnie (ok. 100 km) taki doping (2 braci mieszkało w
Świebodzinie) na pewno by się przydał, ale nie mogli się nigdy na taki wyjazd
"zebrać". Szkoda!


AK. Kiedy i jak to się stało – że zacząłeś biegać, czy pamiętasz swój
pierwszy start, czy w ogóle wtedy już trochę biegałeś, czy to było z marszu, bez
żadnego treningu?

J.S. – Początki to przede
wszystkim piłka nożna w szkole podstawowej – grałem namiętnie z kolegami z
sąsiedztwa na boisku. Uczyłem się bardzo dobrze więc nie było problemów z
czasem wolnym. Grałem w pomocy, więc biegałem na szkolnym boisku, trochę
większym od boiska do piłki ręcznej, wzdłuż i wszerz. Do klubu nawet się
zapisałem, ale tam byli lepsi ode mnie, więc rzadko wchodziłem do pierwszego
składu (patrz strona Skarzynski.pl).
Za to w liceum często grałem w pierwszym składzie w drużynie… szachowej – w
lidze wojewódzkiej!

Typowego treningu biegowego przed
pierwszym startem nie miałem – wszytko to zasługa ganiania za piłką (a i trochę
kulturystyki "liznąłem" przez pół roku na przełomie 1970/1971 roku!).
Tam w planie był bieg (ok. 3-4km) z 1kg obciążnikami na łydkach!). Po zdjęciu
ich z nóg fruwałem!


AK. Czy pamiętasz swoją progresję wyników z lat dziecięcych i
młodzieżowych? Dzieci biegają na przykład na 1000m – pamiętasz jak to u Ciebie
wyglądało?

J.S. – Przed wf-em, na którym
graliśmy przeważnie w piłkę nożną, była obowiązkowa runda rozgrzewkowa ok. 2km.
Byłem dobry – przeważnie "wygrywałem", gdy inni ledwie człapali. Na
zawodach w II klasie byłem na przełajach trzeci, przegrywając z dwójka uczniów
z IV klasy. W "nagrodę" wystawiono mnie do Powiatowej Olimpiady
Młodzieży, gdzie wygrałem na 1 500m. Czas 4:50,0 dzisiaj oceniam jako żałosny,
ale to ten start zapalił w moim sercu miłość do biegania!!! Słaby byłem, ale najlepszy spośród juniorów
młodszych w powiecie. To było coś!

Kupiłem Lekkoatletykę, gdzie były plany treningowe dla juniorów i
"złapałem bakcyla". Zacząłem trenować planowo, chociaż bardzo jeszcze
nieregularnie (część biegania za piłką zapisywałem sobie jako rozbiegania).
Jako ciekawostkę podam, że będąc w liceum zdecydowałem się wstawać o 6 rano,
żeby pobiegać! Robiłem 5-6km, albo (wiosną) po rozgrzewce 2-3km na bieżni w II
zakresie. Dziwny to był "plan", ale gdy rozniosła się wieść po
dzielnicy, że biegam z rana od około maja wstawało o 6 rano już 15-18 osób i
graliśmy mecz na szkolnym boisku!!! Po meczu – kąpiel i do szkoły!

Jako biegacz pojechałem na swój
pierwszy obóz treningowy do Łagowa (1974), gdzie zaliczałem
"kosmiczne" wtedy dla mnie rozbiegania rzędu 16km, trenowałem na
swoich własnych "planach".

Taki trening doprowadził mnie do wyniku 4:17,0 na 1 500m w wieku 18 lat. Potem
była matura i 2,5-letnia przerwa w treningach. Trening wznowiłem po 3 semestrze
– w lutym 1977 roku (miałem już ukończone 21 lat!) – gdy zelżała nauka na
Politechnice. Biegałem w liceum na 800m i na 1 500m oraz w przełajach. W
sprawdzianie na wf-ie (w II klasie) uzyskałem na 1 km 3:07. I wcale nie
wygrałem – byłem bodajże 3 w klasie. Ci lepsi nigdy jednak nie zaczęli biegać
na poważnie. Pierwszy start na 1
000 m
(na bieżni) to 1977 rok – obóz w Gryfinie.
Wygrałem w 2:36,8. Jeszcze w tym sezonie doszedłem do wyniku 2:32,4 i już nigdy
więcej nie biegałem na 1 000
m
! Myślę, że w formie życiowej z 1986 roku byłem w
stanie przebiec to w granicach 2:27-2:28 (w rekordowym biegu na 1500m miałem po
drodze 2:32,5!)


AK. Od pewnego momentu piszesz, że biegałeś na swoich treningach. Skąd brałeś
wiedzę – tylko z czasopisma lekkoatletyka? Z własnych przemyśleń? Z rozmów z
innymi kolegami? Kto był dla Ciebie największym autorytetem trenerskim – kto według
Ciebie najbardziej Ci pomógł, z czyim zdaniem się liczyłeś?

J.S. Zacząłem "podczytywać" o treningach biegowych z
"Lekkoatletyki" w roku 1973 – i sam sobie układałem plany. Gdy
trafiłem na studia od 1977 roku biegałem pod kierunkiem Bogdana Michońskiego –
starszego biegającego nieźle kolegi. Z nim trenowałem tylko kilka miesięcy
(luty-maj 1977). Od czerwca 1977 zostałem zawodnikiem SZS-AZS Szczecin, gdzie
opiekę szkoleniową sprawował 3 lata starszy ode mnie były biegacz FLOTY Gdynia
– Andrzej Wolher. Jego zasługą było to, że podszedł do mnie bardzo ostrożnie.
Nie chciał szybko wyników, ale stopniowo zwiększał obciążenia. Z reguły
biegałem z "luzów", nie pamiętam, by mnie "poderżnął" na
treningach. To mi odpowiadało, bo zawsze twierdzę, że w takiej sytuacji można
nabiegać tylko lepiej niż się sądzi. Stąd małe kroczki, ale zawsze… do
przodu, ciągły rozwój.

W 1980 roku przeszedłem do GWARDII Warszawa (mieli mi "załatwić"
wojsko po studiach, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło). Cały 1980 rok przebiegałem
jednak na planach Jerzego Adamskiego – to była znakomita szkoła treningowa i
jemu zawdzięczam najwięcej, jeśli chodzi o trening maratoński! Opiekował się
wtedy dobrymi długodystansowcami (Krukar, bracia Sabowie), mogłem z nimi
trenować, podglądać ich nie tylko na treningach (byłem z nimi na 2-3 obozach).

W 1981 roku wróciłem do Szczecina na praktykę w jednostce wojskowej, a
"przy okazji" przeszedłem do BUDOWLANYCH Szczecin. Trenowałem już jednak na swoich planach.
Miałem wprawdzie ok. 2-miesięczny epizod z planami trenera Andrzeja Biernata z
Krakowa (poprzedni trener kadry maratończyków), ale po wpadce podczas MP w
przełajach (przybiegłem daleko z tyłu zarżnięty "w trupa"!)
zdecydowałem się biegać na własnych planach.

W 1982 roku trafiłem do kadry narodowej, gdzie opiekę sprawował trener Michał
Wójcik, ale ja biegałem na własnych planach.
Oczywiście trening pośród kadrowiczów pozwolił mi podglądać to, co robią
inni. Nie ukrywam, że wykorzystałem kilka (raczej drobnych) nowości do swoich planów.
Do tego czytałem duuużo prasy zachodniej i różnego rodzaju podręczników
"okołobiegowych".

Moje dzienniczki analizował w 1982 roku naukowiec AWF Warszawa (może potem,
jeśli to ważne, przypomnę sobie jego nazwisko), który oddał mi je ze słowami:
Tak nie można. Za dużo "odpuszczeń", dowolności, zmian – co było
konsekwencją uwag w dzienniczkach typu: "Miało być 2 x 6 km, ale zrobiłem tylko 6 + 4 km", albo "Źle się
czułem, więc zamiast WB2 zrobiłem tylko
rozbieganie". "Trzeba być twardym dla siebie na treningach, wtedy nie
będzie kłopotów na zawodach" – podsumował. Ja uważałem, że w przypadku
uzasadnionych przeszkód (złe samopoczucie mogło być zwiastunem choroby, a trudny trening mógł ją tylko "ożywić",
albo pogoda wybitnie nie sprzyjała realizacji danego środka, itp.). Już za kilka lat okazało się, że miałem
znakomite wyczucie – rozwijałem się cały czas! Oczywiście, ważne, żeby nie
"rejterować" z treningu z byle powodu. Trzeba znać swój organizm!
Robota przecież musi być zrobiona. Jednak "nadgorliwość jest gorsza od
faszyzmu" (to nie moje, znasz to!).


AK. Od pewnego momentu piszesz też, że miałeś podopiecznych – i to już
w młodym wieku, chyba nie miałeś jeszcze trzydziestu lat, a miałeś
podopiecznych. Skąd się oni brali?

J.S. – Moi pierwsi podopieczni
to "pozostałość" z grupy trenera Andrzeja Wolhera, który na tydzień
przed ogłoszeniem stanu wojennego wyjechał do Niemiec, gdzie mieszka do tej
pory. Jest znakomitym trenerem, opiekunem wielu reprezentantów Niemiec
(zwłaszcza chodziarzy!).

Przejąłem tę grupę w dobrym stanie, ale zawodnicy Ci mocno się pod moim okiem
rozwinęli (np. Kowalski czy Kołeczek to medaliści i reprezentanci Polski,
najpierw juniorów, a potem także dobrzy seniorzy – Kowalski zdobył w 1986 roku
brąz na 5 000m).


AK. W 86 roku w Dębnie, 12-tu Polskich zawodników złamało 2:14, a ty z
czasem 2:11:42 byłeś piąty w rankingu polskich maratończyków – dzisiaj z 2:14
się wygrywa, a 2:11:42 chyba nikt teraz nie biega. W Hiroszimie byłeś 87 z
czasem 2:18, a w tym roku w Londynie z takim czasem byłbyś 21? Co się dzieje?
To wina Kenijczyków? PZLA?

J.S. – Znakomite wyniki polskich
długodystansowców i maratończyków w latach 80-tych to wynik stypendiów sportowych
dla czołówki (przynajmniej I klasa sportowa i szanse na rozwój). Dzięki temu
zawodnicy mieli tzw. chlebowe, pewne pieniądze do końca sezonu. Mogli w spokoju
szykować się do kolejnego sezonu. Teraz mało kto ma takie gwarancje, więc… biega wszędzie, choćby dla
200-300 zł. Plany rozwoju są burzone częstymi startami, które niszczą ciągłość
treningu. Obecność Kenijczyków też przeszkadza w tym rozwoju, gdyż większe
nagrody są zgarniane przez nich i Polakom zarobić jest coraz trudniej – nawet
w Polsce. 😉 Ale to wolny rynek,
kapitalizm – tego chcieliśmy. 🙂 Kto nie ma szans, niech szuka innego zajęcia,
oczywiście to tak pół żartem-pół serio. Uważam, że organizatorzy (władze
miasta, władze sportu) powinni mocniej wspierać utalentowanych, by dotrwali do
okresu, gdy ich organizmy (także głowa!) dojrzeją do optymalnego wieku (28-30 lat).
Stypendia? Sponsorzy? Rozwój polskiego biegania nie zależy tylko od zawodników
– oni są tylko trybami w tej maszynce,
gdzie dużą rolę wypełniają menadżerzy, organizatorzy, prezesi klubów,
sponsorzy, dyrektorzy wydziałów sportu, itd.

Podobieństwo kryzysu biegów
długich i maratonu w innych krajach wynika – moim zdaniem – z ogromnej ilości
startów. Ta pogoń za pieniądzem osłabia skuteczność przygotowań do sezonu.
Kiedyś trenowało się pół roku, by przez drugą połowę "zarabiać" na
zawodach. Zauważ też, że znacznie obniżył się poziom konkurencji stadionowych –
i u nas, i u innych. Tam zarabia teraz tylko czołówka światowa i oni mają
motywację do przygotowań w optymalnych warunkach. Reszta
biega tylko na ulicy, bo tam są pieniądze dla nich. A brak startów na bieżni
znacznie pomniejsza możliwości rozwoju zawodników! Widziałeś polskich
maratończyków na bieżni na 1
500 m
? A ja po życiówce w maratonie biegałem na 1 500 i
na 5 000 m.
Nie tylko ja – moi koledzy z kadry także! I to jest nasza przewaga nad obecną
czołówką!


AK. Były lata kiedy biegałeś naprawdę sporo maratonów – w 89 roku
sześć. Nie bałeś się o zdrowie czy bałeś, ale po prostu chodziło o pieniądze?

J.S. – Tych 6 maratonów w 1989
roku to był "gwóźdź do trumny" mojej dalszej kariery! Już się po tym
sezonie nie podniosłem. Jeszcze tylko jeden wynik 2:16 w Wiedniu wiosną 1990
roku i KOOOONIEC. Nigdy nie złamałem już 2:20! Przyczyna – pieniądze, czyli to
co "załatwia" teraz polskich biegaczy. Tyle, że ja miałem już 33 lata
– najlepsze było już za mną. A teraz biegacze ryzykują
wszystko w młodym wieku, mając jeszcze kariery PRZED SOBĄ! Co do zdrowia – nawet tych 6
maratonów w jednym sezonie go nie nadwątliło. Dlaczego? Przede wszystkim
PROWADZIŁEM ZAWSZE ZDROWY TRYB ŻYCIA (to dla wielu utalentowanych zawodników
jest zbyt trudne!). Odżywiałem się prawidłowo, wspomagałem właściwie, w szafce czekało zawsze kilka
kolejnych par butów (z amortyzacją!), odpoczywałem tyle, ile było potrzeba. Nie
trzeba więcej. 🙂


AK. W 84 pobiegłeś 10
km
w 28:32, w 85 5 km w 13:58, w 86 maraton w 2:11:42 i życiówka
na 1500 – widać, że to był Twój znakomity okres. Na pewno złożyła się na To
wieloletnia praca. Ale powiedz – opisz trochę jak w tamtych latach wyglądał
Twój trening.

Co do treningu w tamtym okresie –
to długi temat, ale… trenowałem tak, jak sugeruję czytelnikom moich książek,
czyli w zarysie:

LISTOPAD-GRUDZIEŃ

PON OWB1 + prz. + HALA

WT OWB + prz.

ŚR Kros

CZW OWB1 (prawie WB!)

PT OWB1 + prz. + HALA

SOB Kros

N WB

STYCZEŃ-MARZEC

PON OWB1 + (HALA)

WT OWB1 + SB

ŚR WB2

CZW WB

PT OWB1 + SB (HALA)

SOB OWB1 + prz.

N WB2, a od połowy lutego BNP

Potem był okres 6-8 tyg. BPS
(szlif przed maratonem)

PON OWB1

WT OWB1 + SB

ŚR WB3

CZW WB

PT OWB1 + SB

SOB OWB1 + prz.

N BNP, a potem WB3

Objętość 180-240 km w tygodniu (na
obozach więcej, w Szczecinie mniej), z co trzecim tygodniem lżejszym (rzędu 120-140 km). Oczywiście biegałem
9-13 razy w tygodniu, jadłem w Szczecinie na stołówce (żadnych kłopotów z
przyrządzaniem sobie posiłków!), miałem masażystę na zawołanie, szafę
butów i… witamin! Bez tego pewnie trudno byłoby taki trening wytrzymać! Każdy
dzień to: stołówka, trening i łóżko lub odnowa biologiczna. Tylko wieczorami,
po kolacji, był spacer "do miasta". Może to się wydawać mało ciekawe,
ale mi nie przeszkadzał taki tryb życia. Miałem cel i wiedziałem, że to jedyna
droga, by go osiągnąć.

Ale najważniejsze – ja LUBIŁEM (i
nadal lubię!) biegać!

Oczywiście w okresie
przedstartowym na bieżni włączałem WT w ilości zależnej od bieganego dystansu
(im krótszy dystans, tym mocniejsze odcinki). I tak z sezonu na sezon. Teraz
biegam bardzo podobnie (oczywiście duuużo mniej km, bo tylko 4-6 razy
tygodniowo!), a poza tym tylko raz w tygodniu "daję sobie w łeb"
(wczoraj był kros), gdyż regeneracja nie jest już tak szybka. Lata lecą!


AK. Czy byli w tamtych latach jacyś zawodnicy, z którymi szczególnie
chciałeś wygrywać? Jacyś Twoi szczególnie regularni konkurenci?

Konkurenci – każdy przeciwnik na
zawodach był "wrogiem", z którym chciałem wygrać. Ale – szczególnie w
biegach od 10 000 m
w górę – trzeba było znać swoje miejsce w szeregu. Nie byłem zainteresowany
porywać się z motyką na słońce. Dobrze wiedziałem na ile mnie stać i trzymałem
się planu. Ale… jeżeli ktoś, kogo oceniłem, że powinienem z nim wygrać, biegł
przede mną, to nawet jeżeli było trochę za szybko – trzymałem go. Może on, mogę
i ja – kalkulowałem. Dzięki temu zdarzało mi się czasami wypaść dobrze w
biegach, podczas których miałem kryzysy, które "podpowiadały" mi:
"Odpuść"!


AK. Wiem, że bardzo piętnujesz doping w sporcie. Czy kiedy patrzyłeś na
niektórych swoich kolegów przychodziło Ci do głowy, że mogą korzystać z dopingu?

O dopingu wtedy mówiło się mniej,
ale nasilenie dyskusji na ten temat nastąpiło po wpadce Niemczaka w Nowym
Jorku. Ja oceniam dopingowiczów jako ZŁODZIEI, którzy KRADNĄ pieniądze
zawodnikom przygotowujacym się bez dopingu. Jeżeli przepis mówi, że czego nie
wolno stosować, to – jeżeli złamie się ten przepis – należy się kara za
nieuczciwość. I ta ocena nie zmienia się nawet po latach, choćby potem ten
przepis uległ zmianie. Bo w danym momencie było to zakazane! PROSTE, a tak
wielu złapanych na dopingu tłumaczy się, że to nie ich wina. Paszteciki,
zastrzyki na bolące zęby, "podkładki" od konkurentów… Znasz pewnie także dużo takich
przypadków.

Czy piętnować dopingowiczów? Gdy organizowałem Szczecińską Dwudziestkę chciałem
kiedyś zaprosić Niemczaka do Szczecina, ale ówcześni kadrowicze powiedzieli
wyraźnie: Będzie Niemczak – nie będzie nas! Wybrałem kadrowiczów. Niemczak
swoje odpokutował, ale czy ludzie traktują kogoś jak gdyby nic się nie stało,
gdy ten ich… okradł? Można to wybaczyć, ale niesmak pozostaje. Z Niemczakiem
nie rozmawiałem wprost na temat jego wpadek (dwie są ogólnie znane, a słyszałem
o trzeciej i przypadkach jego startów w okresie karencji pod przybranym
nazwiskiem!). Dlatego – tak jak to pisałem w "Biegu maratońskim" –
odetchnąłem, gdy Gajdus odebrał mu rekord Polski. Wielokrotny dopingowicz nie
może stać na cokole pomnika jakim był jego rekord – by namawiać Polaków do
biegania! Mamy – zupełnie nie wykorzystaną dotąd – Wandę Panfil (!!!),
Marczaka, Huruka, że wymienię tylko tych kilka nazwisk, by to z ich pomocą
propagować maratony w Polsce! To mój komentarz do zaproszenia Niemczaka do
Warszawy w 2003 roku. Kudy mu do tych nazwisk!!!


AK. Czy rozmawiałeś kiedyś z Antonim Niemczakiem o tych jego wpadkach
dopingowych? Czy jakoś się z Tobą skontaktował po tym liście, który napisałeś
kiedy Gajdus zrobił rekord Polski?

Niemczaka spotkałem w
Międzyzdrojach w 2005 roku. Wiem, że wie o mojej ocenie jego dopingowych
wpadek, ale nie podniósł tego tematu. Ja też nie zamierzam przy takich
spotkaniach tego tematu ciągnąć. Jak zechce, powtórzę mu to w oczy. To chyba
jemu musi być głupio przy takim spotkaniu, bo na pewno nie mnie!

Aha, poinformowałem go wtedy, że
w 2006 roku w Poznaniu odbędą się ME Weteranów i że pobiegnę na 10 000 m. Zadeklarował
wtedy wstępnie, że wystartuje w tych mistrzostwach, ale jednak nie przyjechał!


AK. Jak to się stało że zacząłeś pisać książki o bieganiu? I czy wiesz,
że jesteś teraz dużo bardziej znany niż wtedy kiedy byłeś biegaczem?

Ten pomysł przyszedł mi do głowy
już w Paryżu, kiedy zszedłem z trasy mojego 41 maratonu, po odnowieniu się
kontuzji biodra. Brak było powszechnie dostępnej wiedzy o tym jak biegać, a ja
wiedziałem, że mam jej sporo więc główny problem to było przelanie tego na
papier.

Przez kilka lat zajmowałem się
różnymi sprawami, ciągle oczywiście związanymi ze sportem, ale do wydania
pierwszej książki doszło w końcu w 2002 roku.

Nie byłem oczywiście tak znany
jak inni koledzy, którzy mieli jakieś bardziej spektakularne sukcesy, nie byłem
najlepszym polskim maratończykiem, ale dzisiaj kiedy piszę książki o bieganiu,
mam satysfakcję, że one są nadal, można powiedzieć, wiarygodne. Bo moje wyniki
sprzed 20-tu lat dziś nadal są dobre. Więc nikt mi nie może zarzucić, że nie
wiem o czym piszę.


AK. Dziękuję za rozmowę

Redakcja Bieganie.pl