20 maja 2014 Redakcja Bieganie.pl Sport

Vibram oszukiwał biegaczy? Zapłaci 3,75 miliona dolarów


W ciągu paru ostatnich lat mieliśmy do czynienia z kilkoma przypadkami, gdy producenci sprzętu sportowego (w tym przypadku butów) musieli wypłacić miliony dolarów odszkodowania za wprowadzenie klientów w błąd, polegające na zamieszczeniu w materiałach reklamowych informacji, dla prawdziwości których nie było dowodów. Klienci „omamieni” obietnicami kupili towar, który okazał się nie spełnić oczekiwań. Kilkanaście dni temu podobny los spotkał firmę Vibram.

1.jpg
Buty Vibram

 

Bolesne lekcje z przeszłości

Na jesieni 2011 roku firma Reebok zobowiązała się wypłacić 25 milionów dolarów zwrotu poniesionych kosztów klientom, którzy kupili buty Easytone i Runtone. Przypomnijmy, że buty te charakteryzowały się nierówną, łódeczkowatą, a w konsekwencji niestabilną podeszwą. Specjalny kształt miał zapewnić większą pracę mięśni, szczególnie łydek i pośladków, i w rezultacie ich wzmocnienie. Reebok posunął się nawet do określenia procentowego „zysku” z użycia Easytone i Runtone. Według Federalnej Komisji Handlu USA producent nie miał wystarczających dowodów na potwierdzenie marketingowej zachęty. W toku sprawy Reebok zdecydował się pójść na ugodę.
Kilka miesięcy później w bardzo podobnej sprawie ugodę zawarła firma Skechers, zobowiązując się przekazać 40 milionów dolarów na zwroty dla tych osób, które zakupiły buty Shape-Ups. Idea buta była bardzo podobna jak u Reeboka, podobne były również zastrzeżenia – w materiałach reklamowych producent obiecał konkretne korzyści zdrowotne, płynące z używania butów Shape-Ups, nie miał jednak twardych dowodów na potwierdzenie swych zapewnień.

3,75 miliona za kłamstwo?

W 2011 roku biegaczka Valerie Bezdek kupiła parę butów Vibram FiveFingers Bikila. Firma reklamowała ją wmawiając, że zmniejszają ryzyko odniesienia kontuzji i wzmacnia mięśnie stopy. Najwyraźniej klientka nie dostrzegła tych pozytywnych zmian u siebie, ponieważ w marcu 2012 roku wniosła pozew. Według niej firma Vibram doznała korzyści finansowej dzięki złożeniu fałszywej obietnicy, która przekonała ją do zakupu. Sprawa ciągnęła się miesiącami. Swój finał znalazła  dopiero teraz, po upływie dwóch lat, na początku maja – Vibram poszedł na ugodę, opiewającą na 3,75 miliona dolarów. Pieniądze zostaną przekazane na konto powiernika.
Od teraz klienci niezadowoleni z VFF mogą przesyłać swoje wnioski o zwrot wydatków, a otrzymają po kilkadziesiąt dolarów rekompensaty. Co ciekawe, z zasady nie muszą oni przedstawiać żadnego dowodu zakupu jednej lub dwóch par butów. Dopiero gdy domagają się zwrotu za większą liczbę par, muszą dopełnić większych formalności.

 

2.jpg
Producent na swojej stronie przekonuje, że buty Vibram nadają się do różnorakich aktywności fizycznych

 

Firma zakończyła w ten sposób sądowy spór, jednocześnie stwierdzając: Vibram stanowczo zaprzecza by dopuścił się jakiegokolwiek nieprawnego lub niewłaściwego działania.

Logika pozwu

Głównym zarzutem formułowanym wobec Vibram jest brak umocowania marketingowych obietnic w twardych dowodach naukowych. W materiałach strony powoda wiele jest oskarżeń wobec firmy Vibram sformułowanych w stylu: „bieganie w VFF powoduje kontuzje”. Jest to stwierdzenie takie samo w swej naturze, jak materiały reklamowe Vibram – również nie ma nań dowodów. Steven Sashen, założyciel Invisible Shoes, tak oto komentuje niektóre z materiałów przedstawionych przez oskarżycieli: Cytują oni podiatrę, który twierdzi, iż 85% jego pacjentów odniosło kontuzję na skutek zmiany obuwia na minimalistyczne. 
Oto krytyka podobnego rozumowania: 
1. Stawiam sto dolców, że lekarz nie prowadził statystyk potwierdzających te 85%. 
2. Jeżeli mówi o swoich pacjentach, to są to osoby, które siłą rzeczy miały problemy ze stopami zanim zdecydowały się przejść na buty minimalistyczne. 
3. Lekarz nigdy nie spotka tych osób, którym zmiana butów na minimalistyczne nie przysporzyła żadnych kłopotów ze zdrowiem, a więc nawet jeśli te 85% to prawda, to liczba ta nie ma żadnego związku z odsetkiem biegaczy, którzy naprawdę mają problemy,
4. Z liczby tej nie da się w żaden sposób wyodrębnić tych, którzy biegają w VFF, Nike Free czy jednym z tysiąca innych modeli. 
5. Nie mamy wiedzy, czy pacjenci po prostu się nie przetrenowali. 
6. Stawiam kolejną stówę, że lekarz nie sprawdził, czy problemem była technika biegu, czy obuwie. 
7. Jakże szybko zapomnieliśmy o tych sądach – i błędach – lekarzy, które popełniali 40 lat temu, kiedy buty z amortyzacją były krzykiem mody. 
8. Wreszcie, co najważniejsze, skoro statystyki głoszą, iż 80% maratończyków rocznie ulega kontuzjom, pokazuje to, że statystyki są zupełnie bezużyteczne.

Gdzie jest granica marketingu?

Powyższy komentarz nie przesądza na korzyść Vibram, ale pokazuje, jak "wystawia się na strzał” każdy producent, który w swoich materiałach marketingowych obiecuje coś, czego nie potrafi dowieść. Tak, jak ogromny wzrost sprzedaży VFF był pewnym biznesowym potwierdzeniem wybuchu mody na minimalizm, tak omawiana ugoda spina pewien etap symboliczną klamrą. W świadomości biegaczy minimalizm wiele stracił. Reklamowany jako cudowne remedium na problemy i kontuzje, okazał się w rzeczywistości bardzo wymagający: nieostrożne wskoczenie w VFF czy jakiekolwiek inne buty minimalistyczne, niepoparte pracą nad techniką biegu, może oczywiście przynieść więcej szkody niż pożytku, szczególnie w etapie przejściowym. Rzesze biegaczy rzuciło „minimale” w kąt szafy, nim wzmocnili swój aparat ruchu na tyle, by móc ich swobodnie i bezpiecznie używać.
3,75 miliona w porównaniu z kwotami wypłaconymi przez Reeboka czy Skechersa nie poraża, tym niemniej dla Vibram jest to najprawdopodobniej koniec dobrej sprzedaży VFF. Niedługo w nasze redakcyjne ręce (a właściwie na redakcyjne stopy) trafią buty Airia, które są z kolei reklamowane jako najszybsze buty na świecie, dające poprawę rekordów życiowych o od 1 do 7%. Uff… Jeżeli nie okaże się to prawdą, nie wróżę świetlanej przyszłości firmie Airia. No, chyba że szwedzki wymiar sprawiedliwości nie przypomina amerykańskiego…