12 maja 2013 Redakcja Bieganie.pl Sport

Steve „Pre” Prefontaine – dlaczego jest tak ważny?


Nie był najszybszy, najbardziej utalentowany, ani najbardziej utytułowany, a jego kariera – przerwana śmiertelnym wypadkiem była szalenie krótka. Mimo to do dzisiaj jest jedną z największych ikon amerykańskiego, oraz światowego biegania. To Steve „Pre” Prefontaine. Zastanówmy się dlaczego zmarły niemal cztery dekady temu biegacz wciąż tak mocno oddziaływuje na masową wyobraźnię.
Autor: Michael Heald
 

3906226439 9283d5bb59 o
fot. http://www.flickr.com/

Trybuna główna stadionu liceum Marshfield jest prawie pusta i wydaje się, że wszyscy w Coos Bay w stanie Oregon zebrali się na bieżni. Ludzie przekraczają linię mety na wszystkie możliwe sposoby – krótko ostrzyżeni licealiści na przedzie, niewzruszeni kolesie ze słuchawkami w uszach, chuderlawe dziewięciolatki w towarzystwie zziajanych rodziców. Staruszkowie truchtają po wirażu zagrzewani gromkimi wiwatami. Grupa biegaczy szura przez linię mety, nie zważając na plwocinę ściekającą im z ust, sapanie jak kowalskie miechy i to, że okropnie się zajechali. Jestem też ja, wysoko na głównej trybunie, w jeansach i markowych trampkach, okropny na swój, inny sposób.

Minionej nocy gdy jechałem z Portland na bieg poświęcony pamięci Steve’a Prefontaine’a, prawie przekonałem sam siebie, że jestem jeszcze biegaczem. Minąwszy wydmy, wjeżdżając na most Coos Bay Bridge, dałem sobie ostatnią szansę: jeżeli poważnie chcę do niego [Prefontaine’a] dotrzeć, brzmiało moje rozumowanie, muszę stanąć tam na linii startu. Pierwsze takty „Born to Run” rozbrzmiewały nad Pacyfikiem a mój pomysł by zawiązać stare New Balance’y i uganiać się za jego duchem nie wydawał się już tak bardzo głupi i potencjalnie bolesny. Być może cały ten czas przerwy był właśnie tym, czego potrzebowałem. Może to tak jakbym „wyostrzał” się przez te parę minionych lat. Może był we mnie jeszcze jakiś potencjał na złamanie 40 minut.

Jednakże kiedy obudziłem się rano w hotelu pomysł biegu na 10 km bez jakiegokolwiek treningu jawił się tak niedorzecznym z punktu widzenia mojego zadania jak dla krytyka kulinarnego szlachtowanie krowy. Sama myśl by przypiąć do piersi numer startowy sprawiała, że miałem ochotę sięgnąć po coś przeciwbólowego.

Tak więc, zamiast biec, stoję na głównej trybunie gapiąc się na tych wszystkich ludzi. Poza jego podobizną widniejącą na przepoconych koszulkach i sztucznym wąsie u co poniektórych, nie ma po nim absolutnie żadnego śladu. Co u licha we mnie wstąpiło wczoraj? Nie mogę tego zwalić na Bruce’a Springsteena i atmosferę dojrzałego lata. Cóż za pomysł uważać, że tylko dlatego, iż przybyłem do jego rodzinnego miasta, Pre rzeczywiście się pojawi. Jestem na jego biegu memoriałowym, na litość Boską.

Może tak się właśnie dzieje gdy siedzi się na trybunie głównej. Może to właśnie robi się kiedy jest się widzem, miłośnikiem biegania długodystansowego – koniec końców ocenia się wszystkich względem kogoś, kto odszedł 38 lat temu. Cóż za pomysł włóczyć się po Coos Bay w nadziei na odkrycie czegoś czego nie szukano by już wcześniej miliony razy. Powiedziano już wszystko o Stevie Prefontaine – najpierw to on sam powiedział wszystko o sobie, a my powtarzaliśmy to w kółko aż słowa zabetonowały się w jeden wielki slogan reklamowy Nike. Jeżeli po Pre pozostał jeszcze jakiś ślad, nie wiem gdzie go znaleźć. 

Każdy, kogo Pre zauroczył, pamięta jak to się stało. Oto moja opowieść.

Wiosną 1994 roku miałem 13 lat a moja rodzina właśnie przeprowadziła się do Oregonu. Razem ze starszym bratem byliśmy fanami sportu a nawet szerzej, fanami każdego, kto emanował tą niezwykłą, nieopanowaną intensywnością, którą nazywaliśmy „amerykańską”. Axl Rose. Bo Jackson. Ferris Bueller. Kurt Cobain. Oni byli naszymi ziomami. Ale Axl zaczął nosić legginsy z lycry. Bo odniósł kontuzję. Ferris naprawdę nie istniał. Kurta znaleziono martwego. Mieliśmy więc wakat na bohatera.

Pamiętam jak mama odwoziła nas do domu z comiesięcznego buszowania w bibliotece. Jak zwykle, mój brat zaklepał sobie miejsce z przodu. Z tylnego siedzenia, z mojej perspektywy, w życiu mojego brata dokonywał się niespodziewany zwrot. Stawał się sportowcem. No dobra, prawie sportowcem. Zawsze mieliśmy fiola na punkcie sportu ale o ile marzyliśmy by być quarterbackiem albo chociaż rezerwowym rozgrywającym w NBA, marzenia te ograniczały się do przestrzeni naszego ogródka za domem. Byliśmy po prostu za mali na football amerykański czy koszykówkę, nasi rodzice nie mieli więcej niż 1,65 m wzrostu. I tak, poprzedniej jesieni, przepraszając niemalże za swoją śmiałość, mój brat zapisał się do jedynej drużyny, która nie odrzucała nikogo: do ekipy biegów przełajowych. Osiem miesięcy później był już najszybszym pierwszoroczniakiem. Ni z tego ni z owego jego życie nabrało rumieńców. A teraz, w aucie, pochylał głowę nad małą wygniecioną książeczką, przeglądając zdjęcia filigranowych biegaczy o głębokim spojrzeniu. A ja przyklejony do oparcia jego fotela próbowałem odczytać podpisy pod zdjęciami.  

„Kto to jest?” pytałem wciąż. „Kto to?”

„On już nie żyje,” odparł w końcu brat.

„Dlaczego umarł?” zapytałem, mocując się z pasem. Mój brat trzymał zdjęcie skalnej ściany. Na jej środku wymalowano napis: 

pre     5-30-75     r.i.p. [spoczywaj w pokoju]

Zamknął książkę.

pre pomnik
fot. Cacophony, wikipedia.org

Pre – głosiła okładka.

„Od kiedy macie takie makabryczne upodobania?” westchnęła mama. „Nie możecie zachwycać się kimś żywym?”
W 1975 roku, w wieku 24 lat, Steve Roland Prefontaine zginął w wypadku samochodowym. W chwili śmierci dzierżył wszystkie rekordy USA na dystansach od 2 do 10 tys. metrów i był faworytem do przynajmniej jednego złotego medalu podczas Igrzysk Olimpijskich w 1976 roku. Bohater dwóch filmów hollywoodzkich, dwóch filmów dokumentalnych oraz czterech książek jest jednym z najczęściej analizowanych zawodników w historii lekkiej atletyki. Na forum strony letsrun.com, serwisu internetowego poświęconego bieganiu, jego akolici wykłócają się o wszystko począwszy od obwodu kostki a skończywszy na liczbie kobiet z którymi sypiał. Jest jeszcze sprawa jego jedynego wyścigu podczas olimpijskich zmagań, czwartego miejsca na 5000 m w 1972 roku w Monachium, które to zawody uważa się za jedne z najbardziej fascynujących w historii.
Pre nadał bieganiu ten sam stylowy lans jaki Muhammad Ali nadał boksowi. Kiedy Pre mówił o bieganiu, było ono bardziej macho niż football i bardziej błyskotliwe niż poezja. „Najlepsze tempo to tempo samobójcze,” głosi jedno z powiedzonek przypisywanych Pre, „a dzisiaj jest dobry dzień by umrzeć.” W filmie dokumentalnym Fire on Track [Ogień na bieżni] jego rywale, partnerzy treningowi oraz trenerzy mówią o nim jak o jakimś zbawicielu, człowieku, który nie tylko przerósł swoją dyscyplinę ale życie w ogólności. Narratorem filmu jest inna legenda Oregonu, Ken Kessey, piszący powieści o takich jak Pre: pracujących fizycznie idealistów, nieco niebezpiecznych.

Przez większą część swojej kariery Pre ledwie wiązał koniec z końcem. Zaryzykował swój status amatora walcząc o prawa zawodników [jakiekolwiek wynagrodzenie odbierało sportowcowi możliwość startu w IO], torując bieganiu drogę do uznania za sport zawodowy. Pod koniec życia stał się jednym z pierwszych pracowników Nike. Na jego śladach wyrosło prawdziwe imperium. Każdego lata senne miasteczko akademickie Eugene gości mityng Prefontaine Classic, jeden z kilku zaledwie mityngów klasy światowej odbywających się w Ameryce Północnej. Co roku we wrześniu w Coos Bay – jego mieście rodzinnym, położonym na wybrzeżu – ponad tysiąc ludzi podąża śladami jego dawnych tras treningowych, 10 km po wzgórzach i z powrotem. Tak jak on kiedyś, kończą na bieżni liceum Marshfield – na tej samej bieżni, na której pobił ostatni rekord USA na 3 tygodnie przed własną śmiercią. Mógłbym być wśród nich ale zamiast tego stoję tu po prostu i się gapię.      

Będąc w pierwszej klasie – kto by się spodziewał – przystąpiłem do sekcji przełajów. W swym pierwszym sezonie, mając ponad rok uwielbienia Pre za sobą, zwyciężyłem we wszystkich niemal biegach. A jeśli by porównać mnie tylko z innymi pierwszoroczniakami? Miałem czasy lepsze niż Steve Prefontaine w wieku 14 lat. Wszystko czego potrzebowałem to poprawiać się na milę o 20 sekund rocznie przez najbliższe parę lat a wtedy byłbym na prostej drodze do sukcesów.

Studiowałem zdjęcia nas obu w biegu, porównując jego technikę do mojej. Ogolony Pre wyglądał jak gwiazdor hollywoodzki. Później, jakby próbując popsuć swój „ładny” wizerunek, zapuścił wielkie krzaczaste wąsy. Wtedy wyglądał jak gwiazdor z wielkimi krzaczastymi wąsami – James Dean grający  Paula Bunyana. Po prawdzie, niektórzy nazywali go Jamesem Deanem bieżni.

Gdy analizowałem tamte zdjęcia wydawało mi się, że mamy tę samą budowę ciała, tę samą arogancką moc. Czasami, gdy wiatr wiał w dobrym kierunku, moje włosy zachowywały się na podobieństwo czupryny Pre. Było zupełnie oczywiste, że nikt inny z naszej drużyny, nawet mój brat, nie przypominał go tak jak ja. Po zawodach, spoglądałem znacząco w stronę takich dziewczyn o których dwa miesiące wcześniej nie pomyślałbym nawet by mogły chcieć się ze mną umówić. 

Monachium 1972. Oglądaliśmy to na obozie, ponad dwadzieścia lat później. Obóz biegowy; trochę jak band camp [obóz treningowy dla muzyków orkiestry uniwersyteckiej] tylko że z niższym poziomem tkanki tłuszczowej i bardziej odsłoniętą skórą. Podczas gdy jeden z opiekunów w moralizatorski sposób głosił chwałę tych, którzy walczą o złoto, my, obozowicze, walczyliśmy o jak najlepsze miejsca wokół przedpotopowego telewizora. Trwało to zaledwie trzynaście i pół minuty, jednak było to aż za dużo czasu by „poprzytulać się” z innymi marzącymi o olimpijskich bojach obozowiczami.

W prawym górnym rogu ekranu widniał zegar, wielki, analogowy i onieśmielająco germański. Rozpoznawaliśmy większość zawodników biorących udział w wyścigu ze zdjęć w książce o Pre. Wybuczeliśmy Lasse Virena, szwarccharakter. Wybuczeliśmy Iana Stewarta, jeszcze większego wroga. „Wysoki jak brzoza i głupi jak koza”, krzyczeliśmy, „i w dodatku blady.” A wśród nich stał nasz człowiek. Jeden kosmyk jego wypłowiałych od słońca włosów miał więcej klasy niż reszta stawki razem wzięci. Jego włosy były magiczne, przekazywały wszystko co czego nie potrafiły wyrazić słowa. Już podczas pierwszych trzech kilometrów biegu wiedzieliśmy co się zdarzy na końcu, tkwiła w nas ta irracjonalna obawa, że jeśli spuścimy go z oczu przegapimy najważniejsze chwile wyścigu. W międzyczasie nasze ręce buszowały po zakurzonej podłodze odnajdując w ciemności inne nadgarstki, łokcie i opuszki palców. Każdy z obozowych romansów zaczął i skończył się ze Stevem Prefontainem. To było w istocie najbardziej emocjonujące trzynaście i pół minuty w historii.

Na przedzie jakiś mądrala dowodził, iż jego kultowy wąs symbolizował porażkę. „Był praktycznie nie do pokonania,” oznajmił, „a potem zapuścił wąsa.”

„Dlaczego więc jest tak kultowy?” spytaliśmy.

„Ponieważ nasza kultura fetyszyzuje porażkę,” stwierdził przemądrzale.

„Chyba ty.” odparliśmy.

„To nie tak,” zaprotestował mądrala ale było za późno, przestaliśmy go słuchać bo do końca zostały cztery okrążenia a Pre przesuwał się na czoło stawki.

„Dawaj, Pre,” zdaliśmy sobie sprawę, że szepczemy. Był o wiele drobniejszy od reszty a miał w sobie tak wiele więcej życia. Dawaj, Pre. Położyliśmy sobie ręce na barki i zaczęliśmy się bujać w przód i w tył, w przód i w tył. Nie byliśmy już tacy pewni, ze przegra. Może się myliliśmy. Może tym razem uda mu się. 
Pre nie udało się nigdy. Mnie owszem. Po tym jak Hollywood wypuścił dwa filmy o Pre w przeciągu mniej niż dwóch lat, złudzenie, iż Steve’a Prefontaine’a i mnie łączyła jakaś pierwotna więź w stylu E.T. poczęło się rozwiewać. Jeden z moich kumpli z drużyny założył sobie konto e-mailowe o adresie pre1972. Inny począł każdej niedzieli biegać 25-30 km wzdłuż torów kolejowych i w najbardziej ponurej okolicy dzielnicy przemysłowej bo tak właśnie robił Pre. Jeżeli chodzi o mnie, moja życiówka na milę stała w miejscu. Cały ten pomysł „20 sekund rocznie” był czymś o czym wolałem nie myśleć.  Czasem w trakcie treningu parodiowałem monologi Prefontaine’a w wykonaniu drewnianego Jareda Leto aż to co miało być motywujące i inspirujące stało się wymówką dla miejsca w środku stawki. „Przez całe moje życie,” oświadczałem kumplom z drużyny, “ludzie mówili mi: jesteś za mały, Pre. Nie jesteś dość szybki, Pre. Daj spokój z tymi niedorzecznymi marzeniami, Steve. Ale o jednym zapomnieli: ja muszę zwyciężać!” Być może nie udało mi się zrealizować swojego potencjału ale przynajmniej nie byłem tak tandetny jak Jared Leto.
Było ze mną jak z każdym, kto rezygnuje ze sportu: robiłem wiele szumu wokół tego, jak to nigdy już nie wrócę do biegania, że to koniec. Jak gdyby mówienie tego głośno po wielokroć miało sprawić, że stanie się to prawdą. Ale nawet w środku zimy ta niespokojna cząstka mnie wiedziała, że kiedy śnieg zacznie topnieć znowu zawiążę buty i ruszę w pogoń za dawnymi marzeniami. Ta cząstka mnie dla której nie było większej radochy niż pierwszemu wybiec za drzwi, pobiec na szlak, przedzierać się przez pajęczyny i przeskakiwać kałuże wyobrażając sobie, że jest się nim. Złamałem 17 minut na piątkę dokładnie jeden jedyny raz. Nie był ze mnie żaden biegacz ale czasami biegnąc zapominałem o tym.

Jak to zwykle jednak bywa, ból związany z powrotem w końcu przewyższył przyjemność. Każdego kolejnego roku byłem trochę wolniejszy, nieco dalej od tego gdzie chciałem być. Były inne marzenia do gonienia. Dobiłem do trzydziestki. Wydawało się, że nie można już życia mierzyć rekordami. Przestań się katować, powtarzałem sobie, i w końcu przed dwoma laty, całkowicie rzuciłem bieganie. Od tego czasu utyłem 7 kilo. Nauczyłem się jak przeżyć dzień bez wysiłku. I naprawdę nie pamiętam już jak to jest pobiec ostatni mocny kilometr.

„Od jak dawna pracujesz dla Runner’s World?” spytała Elfriede Prefontaine.

„Od czterech dni,” odpowiedziałem. “Dopiero zaczynam.”

Elfriede powiedziała coś w iście Prefontaine’owskim stylu na temat takiego tłumaczenia rzeczy by były zrozumiałe. Wciąż ma za złe, że w filmach o jej synu przeinaczono fakty w scenach dotyczących kontuzji podczas przełajowych mistrzostw uniwersyteckich w 1970 roku. Pre uszkodził się na basenie, oznajmiła, nie w sypialni. Spytałem czy ma coś przeciwko temu bym nagrał naszą rozmowę.

„Nie cierpię wywiadów,” odparła.

Zapewniłem ją, że rozumiem, i w istocie tak było. Poczułem ulgę, że nie muszę się martwić o zadawanie właściwych pytań.

„Biegłeś dzisiaj? spytała.

“Myślałem o tym,” odpowiedziałem, “ale bałem się, że spędzę resztę weekendu w pokoju hotelowym chłodząc kolana i żłopiąc piwo. Pewnie nie byłoby mnie tu teraz gdybym dzisiaj pobiegł.”

A na pewno nie rozmawiałbym z nią gdybym nie pozbierał się wtedy na trybunach i nie przedstawił Johnowi Guntherowi, redaktorowi działu sportowego w gazecie The World Newspaper of Coos Bay, który z kolei przedstawił mnie Komitetowi Pre, grupie zapaleńców organizującej bieg memoriałowy, spośród których kilkoro chodziło z Pre do liceum. Większość wciąż biega. „Idziemy później na lunch,” powiedział członek komitetu Jay Farr po rozdaniu nagród. „Głodny?”

Umierałem z głodu. I z ciekawości co to za ludzie. Tak więc podążyłem za ekipą do restauracji, w której, o czym nie miałem pojęcia, czekały matka Pre i jego siostra, Linda. I oto są. A ja tak po prostu jem lunch z Prefontainami. Część mnie ma ochotę wybiec i zadzwonić do brata i kumpli z drużyny. Druga część mówi: wcinaj chłopie swój lunch i wyluzuj się.

W trakcie jedzenia dowiaduję się, że Farr ukończył Yale i ma dwa sklepy. Jego kumpel John Burles szybko sprowadza rozmowę na to co istotne. Pre był gnojkiem, oświadcza, który dużo mielił jęzorem i był przyzwyczajony do tego, że go gonią.

„Kiedy on był w ósmej klasie ja kończyłem szkołę,” mówi Burles. „Któregoś dnia biegaliśmy interwały a on zjawił się na bieżni i oznajmił, że będzie je biegał z nami. Po 2:20. W okolicach piątego powtórzenia spuchł i zamknął jadaczkę. Potem poszedłem do koledżu a później, rzecz jasna, sprawy na bieżni Marshfield przybrały ciekawy obrót.”

Z pewną dumą w głosie, Farr przypomina, że jeszcze w czasach szkoły średniej, pokonał raz Prefontaine’a na 400 m. „To nie bardzo był dystans Steve’a,” śmieje się. Dzisiaj ukończył 10 km w czasie nieco ponad 51 minut. Burles pyta który był. “Wydaje mi się, że byłem w dziesiątce,” odpowiada.

“Pierwszej dziesiątce?” pyta Burles. “A, chodzi ci o kategorię wiekową?”

„No, konkurencji nie przybywa,” mowi Farr. „Ci chłopacy kończą w przyszłym roku 60 lat.”

„Podziwiam cię, że wciąż biegasz,” stwierdzam.

„Dam ci radę,” mówi Farr, „musisz złapać formę. I trzymać ją. Dość tego bujania się w tę i we w tę.”

„Jeszcze jakieś rady?” pytam ze śmiechem.

„Pogadaj z Patem Tysonem,” mówi Elfriede. „Przekaż mu pozdrowienia.”

„A co ze współczesnymi zawodnikami?” pytam siostrę Pre, Lindę, która sama dobiega sześćdziesiątki. „Czy któryś z nich przypomina ci Pre?”

„Podoba mi się Nick Symmonds,” mówi Linda.

„Mnie też”, odpowiadam.

„On ma jaja”, stwierdza. „Masz wizytówkę?” Podaję jej jedną.

„Chcę żebyś wiedział,” mówi patrząc na wizytówkę, „że jeżeli to spieprzysz, dorwę cię.” Posyła w moją stronę szeroki uśmiech. Odpowiadam tym samym. Wiem, że nie żartuje. Wyciąga rękę i udaje, że szczypie mnie w policzek jakbym miał pięć lat. „Przez cały czas miałam ochotę to zrobić,” wyznaje.

Żegnamy się na parkingu. Niektórzy z członków komitetu wybierają się na długą wycieczkę następnego dnia. Skąd oni biorą energię? Wciąż myślę o radzie Farra: złap formę i trzymaj ją. Może to nie taki zły pomysł.

Rodzina Prefontaine, jak to ma w zwyczaju w weekend biegu memoriałowego, wybiera się na cmentarz. Elfriede ma 88 lat. Jej mąż, Ray, zmarł zaledwie kilka lat temu. Steve mial dobre geny. Powinien był dożyć ponad setki. Kiedy Linda i Elfriede gramolą się do samochodu, prawie widzę Steve’a na tylnym siedzeniu, ale Steve’a takiego jakim był wtedy, jako chłopca. „W przyszłym roku pobiegnę,” mówię w przestrzeń.    
 
Być może jesteś taki jak ja. Może też go szukasz. Albo może tylko o tym myślałeś. W pewnym sensie, za każdym razem gdy wybierasz się na mityng na Hayward Field, stadion Uniwersytetu Oregon, składasz mu wizytę. Aż pewnego dnia po mityngu zdajesz sobie sprawę, że nadszedł czas by odbyć pielgrzymkę do tego ostrego zakrętu na Skyline Boulevard w Eugene, do jego skały – miejsca, w którym zginął. Tak więc stoisz przed napisem 5-30-75 ale zamiast myśleć o nim łapiesz się na tym, że zastanawiasz się jak to jest mijać tę skałę codziennie. Zastanawiasz się, czy mieszkający w pobliżu zwalniają na zakręcie. Opuszczasz skałę z lekkim niedosytem jakbyś nie oddał mu należnej czci. I tak pewnego ciepłego, wrześniowego dnia decydujesz by przyjechać na wybrzeże żeby naprawdę oddać mu hołd. Włóczysz się po Coos Bay, wspominając historię własnego biegania, czekając na jakieś spektakularne objawienie. On tu biegał, powtarzasz sobie,

to te same ulice. Za każdym razem gdy wsiadasz do auta, z głośników płynie Born to Run. Ten album ukazał się w 1975 roku, w kilka miesięcy po jego śmierci. Popołudniu, kiedy znikają tłumy, wracasz na bieżnię Marshfield. Okrążasz ją raz, w marszu, na spokojnie. Na linii mety klękasz z dłońmi na ziemi, pochylasz się i całujesz bieżnię. Masz nadzieję, że nikt cię nie widzi z okien domów na wzgórzu. Ale nawet jeśli, to co z tego? Pewnie się przyzwyczaili. 
Zostawiasz auto pod szkołą i idziesz w kierunku głównej ulicy. Szukasz baru. Znajdujesz go. Zamawiasz piwo. I kolejne. Myśli pędzą. Telefon wyładował się. Nie potrzeba geniusza żeby znaleźć właściwy adres.  Nie potrzeba nie wiadomo jakiej odwagi by zapukać do drzwi, zapytać czy można zobaczyć jego pokój, nagrody, jego życie. Wiesz, że nie powinieneś tego robić, wpychać się z buciorami, ale wmawiasz sobie, że nic na to nie możesz poradzić.

Prosisz o rachunek. Kiedy wstajesz od baru, kręci ci się w głowie, ale nie z powodu alkoholu. Uderza cię myśl jak wielu było przed tobą, jak wielu przyznawało sobie prawo do niego i jego życia. Jak wielu nie mogło nic na to poradzić. Jak wielu nie zdawało sobie sprawy, że czas poszukać gdzie indziej.

„Jasne, że Prefontaine był moim pierwszym biegowym idolem,” opowiada Nick Symmonds. „Myślę, że każdy biegacz ze szkoły średniej powiedziałby to samo. Gdzieś kiedyś każdy był na obozie biegowym albo na wyjazdowych zawodach i zawsze w którymś momencie ktoś włączał Without Limits.”

Siedzimy razem z Symmondsem w ogródku kawiarni w Eugene w niezwykle ciepły jak na porę roku październikowy dzień. Popija Dr Peppera i wygląda na dobrze przygotowanego do sesji zdjęciowej. Patrząc pod słońce na pięciokrotnego mistrza kraju pod drugiej stronie stołu czuję się blady i sflaczały, choć niezdrowo pobudzony pod wpływem trzeciej już tego dnia kawy. Staram się dociec sedna, dlaczego Symmonds został biegaczem.

“Ironią losu jest,” mówi, “że teraz wyglądam raczej jak hokeista. Zacząłem biegać w szkole średniej właśnie dlatego, że nie byłem zbudowany jak hokeista. Mutację przeszedłem dopiero w wieku 15 lat. Walczyłem z tym, opierałem się długo, ale w drugiej klasie się poddałem – bieganie zaczęło mi się podobać.” 

Pytam co takiego jest w Stevie Profontaine, że przyciąga tak wielu.

„Był po prostu gościem, który nie bał się życia,” odpowiada Symmonds. Waha się, oczy mu błyskają, i nagle równie zdecydowanie co gdy odrywa się od reszty stawki podczas biegu wypala: „Który koleś nie chciałby spać z pięknymi dziewczynami i pić piwa?”

Gdy po raz pierwszy spotkałem Nicka Symmondsa, tak naprawdę nie miałem ochoty go oglądać. Było to podczas kwalifikacji olimpijskich w 2008 roku, kiedy to zgodziłem się spędzić dwa długie weekendy na odkrytych trybunach Hayward Field z moją rodziną. Bilety kupiliśmy wieki wcześniej, na długo zanim zdecydowałem się wyjechać do Nikaragui i pisać swą Wielką Amerykańską Powieść. W przeddzień kwalifikacji, leciałem z powrotem do kraju w tak gęstej mgle, że spóźniłem się na przesiadkę w Mexico City. Nie mogłem uwierzyć, że zamieniam kolejnych osiem miesięcy za granicą na osiem dni z lekką atletyką, dyscypliną, którą porzuciłem w ogólniaku.  

W przerwach między utyskiwaniem nad tym jakimi to ponurakami są mieszkańcy Oregonu oraz nad ich bladością starałem się nie myśleć co się stanie jeżeli moja powieść nie zostanie wydana. Nie przyszło mi to wtedy na myśl ale było to myślenie, które sportowcy by zrozumieli. Czołowa trójka jedzie do Pekinu. Reszta niech sobie znajdzie coś do roboty na następne cztery lata.

To w czym wszyscy byli zgodni, również ja, to przekonanie, że 800 m mężczyzn dobrze się zapowiadało. W stawce był Andrew Wheating, blisko dwumetrowy lekkoduch z Uniwersytetu Oregon, który ścigał się zaledwie od dwóch lat. Był Khadevis Robinson, czterokrotny mistrz kraju, który mówił równie szybko co biegał. Był też Nick Symmonds, krępy koleś z koledżu z niskiej ligi, biegający krótkim, zerwanym krokiem, gość który pojawił się znikąd poprzedniego roku i pobił ówczesnego mistrza olimpijskiego podczas mityngu Prefontaine Classic. 

Patrząc na jego występy w rundach eliminacyjnych zaczynałem dostrzegać w nim coś znajomego. Nie chodziło o jego taktykę – 800 m to dwa kółka a on zawsze sadowił się na ostatniej pozycji, przedzierał się potem przez stawkę i wyskakiwał gdzieś na ostatnim wirażu. Nie, to coś znajomego to był on sam. Jego nastawienie. Sposób w jaki podnosił ręce podczas prezentacji zawodników. Dramatyzm biegów, w których się ścigał. Nawet jego blond fryzura. Postawmy jednak sprawę jasno: Nick Symmonds przypominał mi Steve’a Prefontaine’a w taki sposób jak piosenka w pubie przypomina o byłej dziewczynie. Nick Symmonds przypominał mi  o październiku 1995 roku, o czternastoletnim kozaku, którym tak bardzo chciałem być. Nick Symmonds przypominał mi jak przechadzałem się korytarzami dzień po pobiciu życiówki wyobrażając sobie, ze nowy rekord unosi się nade mną jak neonowy sexy hologram. Nick Symmonds przypominał mi jak to było wyobrażać sobie, że będzie się następcą Steve’a Prefontaine’a. Różnica pomiędzy czternastoletnim mną a Nickiem Symmondsem była oczywiście taka, ze Nick Symmonds był na tyle dobry by coś w tym kierunku zrobić.

symmonds
Nick Symmonds (fot. Phil Roeder from Des Moines, IA, USA)

„Tak to się robi,” mówi Symmonds. „Tworzy się serię mityngów – Los Angeles, Nowy Jork, Chicago. Wynajduje się największe talenty. Sprasza ludzi żeby przyjeżdżali, pili piwo i stawiali na zawodników tak jak obstawia się konie. Wiem, że puryści nie chcą o tym słuchać. Mówią: lekkoatletyka zachwyca, bo to taka piękna, nieskalana dyscyplina.”

„Hmm,” zastanowiłem się. „Negatywne nastawienie może być problemem.”

„Wiesz co może być problemem? Jak lekka zniknie ze Stanów.”   

Trudno powiedzieć Symmondowi, że chyba żartuje. Nie wydaje się żartować. Rozmawiamy o tym dlaczego la nie jest bardziej popularna w obecnych czasach. Powodów jest legion: relacje telewizyjne przesycone reklamami, niedostatek mityngów na światowym poziomie w Stanach, brak odpowiednich zarobków w porównaniu z innymi dyscyplinami (jaskrawym przykładem jest kontrowersyjny Artykuł 40 Karty Olimpijskiej, zakazujący zawodnikom wspominania sponsorów bądź eksponowania ich logo bezpośrednio przed oraz w trakcie Igrzysk Olimpijskich, artykuł przeciwko któremu protestował Symmonds i wielu innych sportowców przed ostatnimi igrzyskami) – ponad wszystko jednak problemem jest fakt, iż lekka atletyka jest lekceważona w latach nieolimpijskich przez 99% populacji.

Symmonds dobrze zdaje sobie sprawę z tego jak szybko o nim się zapomni. Zrobił co mógł by uchwycić te chwile ubiegłego lata, kiedy podczas niespełna dwóch minut dwukrotnie okrążał olimpijski stadion w Londynie. Umówił się na randkę z Paris Hilton. Pobił rekord USA w piwnej mili. Wystawił na aukcję swój lewy bark, obiecując temu, kto zalicytuje najwięcej, że umieści tam tymczasowy tatuaż z jego logo. Powiedziano mu, że jeżeli nie zakryje tatuażu taśmą, nie dopuszczą go do startu. To był „chłyt martetindody” ale dobrze zaprezentował rzeczywistość rządzoną przez Artykuł 40. Mało jest dla biegacza sposobów na zarobek, większość przechodzi na emeryturę nie zaoszczędziwszy wiele, jeżeli w ogóle cokolwiek uda się odłożyć.

„To co w lekkiej jest nie tak,” mówi Symmonds, „to niewłaściwy marketing. To smutne, że bardziej interesujemy się tym co u Kim Kardashian od tego co u Galena Ruppa. Ale można siedzieć i jojczyć, że kultura amerykańska nie docenia niuansów biegów, albo można te biegi uatrakcyjnić.”

„Wyobrażam sobie właśnie co by było jakby ktoś wtopił dużą kasę na Tobie,” mówię. „Powiedziałby: stary, ty tu uderzasz do Paris Hilton a ja straciłem 15 kawałków!”

„Nie mogę zmienić tego, że mój wyścig trwa niespełna dwie minuty,” odpowiada. „Ale mogę zmienić to co robię poza bieżnią.”

„A możemy pogadać o tym, co robisz na bieżni?”

“O co pytasz?

“O Igrzyska.”

“Kurczę, chłopie,” kiwa potakująco głową. “Po igrzyskach wszyscy pytali jak się czuję. Powtarzałem w kółko jakie to było niesamowite zrobić życiówkę w finale. Rany, nigdy bym nie przypuszczał, ze mogę pobiec 1:42.”

Nie mogę się powstrzymać by nie potwierdzić – ja też nie przypuszczałbym, że może pobiec 1:42. Z tym krokiem hokeisty? Z przebijaniem się przez stawkę? Niemożliwe.
“Ale tak naprawdę, w środku coś mnie gryzło.”

Jeżeli przegapiliście 800 m na IO w zeszłym roku, wyszukajcie na YouTube „Rudisha rekord świata Londyn”. Symmonds pobiegł dokładnie tak jak zaplanował, pech chciał, że wszyscy inni również.

„Tak to jest z bieganiem,” stwierdza Symmonds. „Z jednej strony chce się usiąść z nogami do góry i powiedzieć: zrobiłem to. Dwukrotnie zakwalifikowałem się na igrzyska. Byłem częścią jednego z najwspanialszych wyścigów w historii. Ale musisz zrozumieć, że zawodowi sportowcy to jedni z najbardziej niezadowolonych ludzi jakich w życiu spotkasz.”

„Serio, całkiem serio uważam, że tym biegiem powinienem zdobyć medal. Poszedłem do znajomego psychologa sportowego i wyłożyłem mu całą sprawę, a on powiedział: Jakbyś zdobył brąz, jakbyś się czuł? Ja na to: O kurczę, byłbym bardzo szczęśliwy, że mam brąz. A on znowu: Ale byłbyś wkurzony, że nie masz srebra? Ja: Pewnie! Na co on: No dobra, a jakbyś zdobył srebro? Mówię: Byłbym wkuty, że złoto było tak blisko. On: A co jeślibyś zdobył złoto? I wtedy zrozumiałem, że nawet jakbym zdobył złoty medal, zawsze obawiałbym się, że w kolejnym sezonie ktoś mnie pokona. Tak już my – lekkoatleci szczególnie – jesteśmy nakręceni. Zawsze nie do końca zadowoleni z tego co osiągnęliśmy. Patrząc z dystansu można powiedzieć, że jestem szósty na świecie na 800 m a wstydzę się tego.”

„Co proszę?”

„Tak się właśnie czuję,” odpowiada. „Pomyślałbyś, że na tym poziomie nie ma w ogóle tego typu myśli, ale ja siedziałem przy stoliku z Davidem Rudishą i Sanyą Richards-Ross z ekipą, rozglądałem się i mówiłem do siebie: Jako jedyny nie mam medalu. Jestem za wolny. Nie pasuję tutaj.”  

Po spotkaniu z Symmondsem biorę sobie do serca radę Elfriede Prefontaine i dzwonię do Pata Tysona. Tyson był współlokatorem Pre i partnerem treningowym w czasach gdy mieszkali w przyczepie i wbijali zęby w ścianę. W filmie z Jaredem Leto, Tysona gra Breckin Meyer. Dzisiaj Tyson jest legendarnym trenerem. Prowadzone przez niego drużyny liceum Mead w Spokane w stanie Waszyngton należały do najlepszych teamów przełajowych w historii. W końcu przeszedł do koledżu i obecnie tworzy program biegowy na uniwersytecie Gonzaga.

Gadamy sobie podczass gdy jego zawodnicy biegają. Tyson jest podekscytowany gdy mówi o kondycji biegania w Stanach, nie tylko na szczeblu zawodowym. „Robimy dobrą robotę tu w Stanach”, stwierdza, z prędkością karabinu maszynowego wypluwając nazwiska kilkunastu młodych biegaczy, na których warto zwrócić uwagę. Pytam czy któryś z nich mógłby coś ciekawego powiedzieć o Pre. Sugeruje bym poszukał kilku chłopaków na uniwersytecie Portland. „Jaka jest największa różnica miedzy trenowaniem w szkole średniej i w koledżu?” zapytuję.

„Przewagą liceum,’ odpowiada, „jest to, że ma się ich wcześniej. Jest w nich mniej syfu. Kiedy idą do koledżu, większość z nich uważa, że wie do czego są zdolni i gdzie są ich granice. Ale licealista sądzi, że jest superbohaterem. Zawsze byłem zdania, że dobry trener powinien pozwolić dzieciakom iść za instynktem, w przeciwnym razie skąd ma wiedzieć czy nie odbiera im czegoś?”

„Czego się nauczyłeś od Pre?” pytam.

„Chodzi ci o jedną konkretną rzecz?”

„To ogólne pytanie.”

„Hmm,” zastanawia się Tyson. „Pre wiedział kiedy się nakręcić a kiedy odpuścić. Przed ważnym biegiem, kiedy widział, że się spinam, mówił mi: jesteś za słaby, żeby się przejmować. Taki sposób patrzenia staram się przekazać moim dzieciakom.”

„Co jest dla Ciebie największym wyzwaniem?”

„Sprawić by moi podopieczni myśleli jak licealiści,” odpowiada.

W dokumencie Fire on Track jest taka scena, którą mogę oglądać w kółko. Jest lipiec 1972, Pre właśnie zakwalifikował się na IO przed własną publicznością w Eugene. „Jak myślisz o Monachium, kto przychodzi ci na myśl?” pyta dziennikarz.

„Wiesz co,” mówi Pre, rozdając autografy, „w finale będzie 12 kolesi, i jeżeli ja będę między nimi, będzie dwunastu kandydatów do zwycięstwa.”

Jest w środku tłumu, w większości składającego się z dzieciaków. Grzywka opada mu na czoło. Wąs ma może ze dwa tygodnie. Ma na sobie tę słynną koszulkę: ‘Zatrzymać Pre’. Właśnie wygrał 5000m. Pobił rekord USA. Ustanowił rekord kwalifikacji olimpijskich, który przetrwa 40 lat. Jak na pięknisia, to być może był jego najpiękniejszy moment. Jego brawura poraża. Ale jeżeli zagłębić się w jego słowa, okaże się jak bardzo są demokratyczne. Nie obiecuje zwycięstwa. Obiecuje pobiec w biegu, gdzie każdy będzie miał szansę dokonać czegoś wyjątkowego. Ma wtedy 21 lat.

„Bieganie,” oznajmiam, „jest podobne do bycia kujonem.”

„Tak jest!” Jared Basset i Izaic Yorks wykrzykują jednym głosem. Entuzjazm z jakim przyznają mi rację wiele mówi.

Basset i Yorks biegają dla uniwersytetu Portland, jednego z najlepszych biegowych teamów w kraju. Basset, zawodnik kadry uniwersyteckiej, jest drugim najlepszym biegaczem w historii Marshfield High, zaraz po Stevie Prefontaine. Yorks, pierwszoroczniak, świetnie biega średnie dystanse.

Moi towarzysze są pewni siebie a jednocześnie uprzejmi – młodzieńcy tego rodzaju, który sprawia, że mam ochotę wrócić do bycia nauczycielem.

22-letni Basset jest szczupłym, żylastym blondynem, przeszkodowcem. Jesgo niedawny ślub był głośno relacjonowany przez gazetę The World Newspaper of Coos Bay. Kończy uczyć się na pielęgniarza i nie wydaje się być przestraszony wizją konieczności znalezienia pracy po ukończeniu szkoły, by móc zarobić na własne bieganie. Jest niewielka szansa, że podpisze kontrakt z producentem butów ale zbytnio na to nie liczy.

Osiemnastolatek Yorks jest wyższy i bardziej umięśniony. Jego czapka z daszkiem, założona tył na przód, jest bardziej echem lat młodzieńczych niźli znakiem jakiegoś buntu. Kiedy pytam dlaczego wybrał Portland spośród wszystkich szkół, które go chciały, odpowiada z rozbrajającą szczerością: „Stąd mam najbliżej do domu.” Przed kilkoma dniami, kiedy umawiałem się na wywiad, kilkakrotnie przerywał połączenie. Próbowałem mu wytłumaczyć, że nie musi się bać, nie opiszę go jako następcę Prefontaine’a. W końcu, po trzech lub czterech próbach, kiedy udało mi się wreszcie dokończyć zdanie, odparł niezmąconym tonem: „No jasne, że nie.”

„Wyobrażacie siebie na Igrzyskach?”, pytam teraz.

„Pewnie. Codziennie.” odpowiada Yorks.

„Czy są jacyś biegacze, których się obawiacie?”

„Nikt konkretnie,” mówi Bassett.

„Nie bardzo,” potwierdza Yorks. „Ja chyba nigdy się nie boję.”

„Jeżeli się boisz,” mówi Bassett, „już przed biegiem stawiasz ich przed sobą.”

Wracam myślą do czasów gdy sam się ścigałem – ten strach przed ważnymi zawodami, że innym zależy bardziej niż mnie. „Dlaczego wciąż o nim gadamy?” pytam. „Biegał 3:54 na milę, 13:21 na 5000 m. Nie zdobył medalu. Wielu biegało szybciej.”

„Chodzi o to jak on się ścigał,” mówi Yorks. “Widać było wszystkie jego emocje. Wszystko było jak na tacy. Ludzie to kupują.”

„Jak myślicie, co Pre robiłby gdyby nadal żył?” pytam.

„Mówi się, że byłby gdzieś wysoko w Nike,” odpowiada Bassett. „Nie uważam tak. To znaczy, Nike to świetna firma, nie zrozum mnie źle, ale nie sądzę by on to uważal za swoją bajkę. Tak serio to myślę, że byłby trenerem. W Eugene. Albo z powrotem w Coos Bay.”

Moi znajomi Dempsey i Aly nigdy wcześniej nie byli na zawodach przełajowych dlatego przekonałem ich by towarzyszyli mi na uniwersyteckich mistrzostwach konferencji zachodniej. Jest 9:45 rano, pogoda typowa dla przełajów: okropna. Ciężkie chmury tak nisko wiszą nad ziemią, że wydaje się, iż krople deszczu materializują się gdzieś  w koronach drzew. Ziemia pod stopami pokryta jest bąblami wody. Tłumaczę przyjaciołom, że kibicujemy fioletowym. Na drugim okrążeniu biegacze są utytłani w błocie, podziwiam więc Dempsey’a i Aly, że potrafią dostrzec Bassetta i Yorksa. Uniwersytet Portland, siedemnaste miejsce w kraju, tnie się z Brigham Young, którzy są na piątej pozycji. W grze jest jeszcze Gonzaga. Patrzymy jak Pat Tyson sprintem przebiega z jednego krańca parku Femhill na drugi, łapiąc swoich podopiecznych dwukrotnie podczas jednej pętli. „Próbuję sobie wyobrazić jakiegoś trenera footballu jak tak biega,” stwierdza Dempsey. 

Zajęliśmy miejsce u podnóża niewielkiego, śliskiego wzniesienia skąd widzimy całą trasę. To ważne zawody, na dodatek z darmowym wstępem, a i tak większość obecnych to zawodnicy biegnący w którejś z drużyn. Jesteśmy też my, z parasolami. Może 100, 150 parasoli. Aly ekscytuje się gdy słyszy “przywal mu” i “dupek”. „Nie wiedziałam, że na zawodach przełajowych się klnie!” wykrzykuje.

„Czy to nie super?” pytam.

Bessett, biegnący w rękawiczkach, walczy bark w bark z kimś z Brigham Young. „Dalej Piloci!” krzyczy jakiś koleś z parasolem gdy Bassett przebiega obok. „Dajesz Jared” wykrzykuję, czując się jak ktoś wtajemniczony. Nie wydaje się zauważać żadnego z nas. Kilka miejsc dalej, Yorks tak samo. Czuję podziw dla jego oszczędnej techniki, długości kroku – trochę przypomina mi Davida Rudishę. Na ostatnim kółku jednak Yorks jest dużo dalej niż się spodziewałem. „O rety,” mówi Aly kiedy w końcu go zauważamy, „wygląda na poskładanego.” Rzeczywiście. Przez chwilę rozważam czy nie wbiec na trasę by mu powiedzieć, że jego miejsce nie będzie miało wpływu na końcowy wynik, że ukończenie biegu nie jest warte ryzykowania kontuzji, ale coś w jego oczach każe mi uznać, że wycofanie się mogłoby boleć jeszcze bardziej.

W pośpiechu udajemy się w okolice mety. Bassett w końcówce daje z siebie wszystko. Yorks z linii mety kuśtyka prosto do namiotu medycznego. Kilka minut później wyniki są ogłaszane przez głośniki: „Było blisko,” oświadcza spiker, „zaledwie jeden punkt dzieli pierwszy zespół od drugiego. Na drugim miejscu z 33 punktami zespół Brigham Young.”

To oznacza, że Portland zdobyło trzydziesty trzeci tytuł mistrza w ciągu ostatnich 34 lat. Wszyscy w fioletowych barwach oszaleli ze szczęścia. Pozwalam by to pandemonium nieco się uspokoiło i szukam Bassetta. „Jakie to uczucie?” pytam jak rasowy dziennikarz sportowy.

“To coś wyjątkowego znaleźć się na szczycie”, odpowiada.

„Byłeś piątym zawodnikiem, prawda?”

„Byłem piąty,” potwierdza zaczynając się trząść. W przełajach piąty zawodnik to ostatni, który punktuje dla drużyny. Bassett przypieczętował zwycięstwo. Zaczynamy gadać o tym co teraz – mistrzostwa regionalne – ale wydaje się rozkojarzony. Wciąż patrzy w jakiś punkt za moimi plecami. W końcu odwracam się i widzę Yorksa, na krześle w namiocie medycznym, przed nim ktoś klęczy. Bassett teraz się dopiero trzęsie. „Nie mogę uwierzyć, że przełaje są prawie skończone,” mówi.

Zastanawiam się. Może nie do końca?

Mój kumpel Dempsey złapał biegowego bakcyla na maksa. W nadziei by wyrwać resztę nas z jesiennego letargu podjął się zorganizowania towarzyskiego biegu na początku listopada. Około trzydzieściorga znajomych zapisało się na półmaraton, 10 km lub 5 km. Po biegu będzie domówka, z kapelą i beczką piwa, które najszybciej uśmierza ból zmęczonych kończyn. Niechętnie zapisałem się na 5 km. Dempsey poprosił nas byśmy wymyślili nazwę dla jego imprezy. Ku jego rozczarowaniu nazwaliśmy ją Przebieżka Dempsey’a.

Dempsey dał nam sześć tygodni na przygotowania. Moim celem było złapać formę bez uczucia, że się ku temu staram. Pobabrałem się więc w kałużach parku Laurelhurst może z dziesięć, dwanaście razy. Jednego szczególnie energetycznego poranka, udało mi się przekonać siebie samego, że biegnę po 4:20/km. Kilka minut później jakiś koleś w średnim wieku przefrunął koło mnie. Wrażenie 4:20/km gdzieś umknęło.

Rankiem w dzień Przebieżki Dempsey’a odkrywam jednak, że być może trenowałem zbyt mocno jak na ten bieg. Wszyscy regularnie biegający zapisali się na 10 km albo półmaraton. Większość moich rywali czekała z rozpoczęciem treningów na tydzień przed zawodami. Jestem prawie pewny, że nikt z nich nie biegał w szkole średniej, nie jeździł na mistrzostwa stanowe ani nie złamał, choćby ten jeden raz, 17 minut. Czuję, że wygram. Nie wygrałem zawodów od 1995 roku. Pewny siebie zwierzam się Dempsey’owi, który ostrzega mnie, że nasz kumpel Stephen też sądzi, że wygra. „Czy Stephen biegał w ogólniaku?” pytam, dostrzegając jak gdyby po raz pierwszy, że Stephen ma długie, szczupłe nogi. 

prefontaine movie poster 1996 1020191948

Dempsey kiwa potakująco. “W dupę,” szepczę.

“Czy wszyscy już są?” pyta Dempsey. „Czy każdy ma swoją mapę?”

Wszyscy są i każdy ma mapę. Wszyscy razem pozują na ulicy na linii startu. „DZIESIĘĆ! DZIEWIĘĆ! OSIEM!” krzyczymy. Jest prawie jak w Sylwestra, tylko, że nie po pijaku. Aly oznajmia, że zdjęcie ze startu wisi już na fejsbuku. „SIEDEM! SZEŚĆ! PIĘĆ!” wrzeszczymy. Pomimo, że razem ze wszystkimi śmieję się z Aly, ten stary przedstartowy szczur budzi się we mnie – chore przeświadczenie, że przegram. 

„CZTERY! TRZY!” krzyczymy. Łapię się na tym, że próbuję sobie przypomnieć dokładnie dlaczego pomyślałem, że to dobry pomysł znów zacząć biegać. „DWA!” I wtedy sobie przypominam. “JEDEN!” Na jedną bardzo długą sekundę przenoszę się myślami do Coos Bay.

Jest poranek następnego dnia po biegu memoriałowym. Opuściłem hotel i jadę na południe drogą nr 101. Kilka kilometrów za miastem od głównej drogi odchodzi, pnąc się ostro w górę, droga na cmentarz. Na parkingu nie ma aut. Za mną wąski pasek półwyspu okalającego zatokę. Nade mną jego grób. Ciekawe czy wczoraj ktoś tu był kiedy Elfirede i Linda przyjechały odwiedzić grób. Mam nadzieję, że nie. Podoba mi się myśl, że mogły być z nim sam na sam.

Jego nagrobek znaczy wielki krzak. U stóp leży pięć czy sześć starych par butów do biegania. Ludzie zostawiają kwiaty, medale z biegów, numery startowe, wycinki z gazet. Większość z tego wygląda, jakby tu leżała od dawna. Cieszę się, że jestem sam. 

Wspinam się na kraniec cmentarza, w oddaleniu od nagrobka. Staram się połączyć z moim bratem ale przekierowuje mnie na pocztę. Kiedy w końcu decyduję się zostawić wiadomość, głos więźnie mi w gardle. Wracam myślami do tego co poprzedniego dnia powiedziała mi Elfriede, że Steve’owi nie chodziło o sławę. W tamtym momencie sądziłem, że się całkowicie myli, że nie rozumiała własnego syna. Ale teraz, stojąc tu, próbując się nagrać na pocztę, uświadamiam sobie, że to nie moja sprawa mówić jej jaki był jej syn. To obrzydliwe wyobrażać sobie, że wiem o nim więcej niż ona. Pogrążam się we wszystkich domysłach dotyczących Steve’a Prefontaine’a – czy wygrałby w 76 roku? Czy pochwalałby działania Nike?  Czy ocaliłby bieganie od zapomnienia? Nietrudno pojąć, że gdyby żył, jego rodzina nie musiałaby się użerać z takimi jak ja.

„Dave,” mówię do słuchawki. „Myślę, że to po prostu bardzo smutna historia.”

Wracam do auta ale nie jestem gotów by wrócić do Portland. Jadę do miasta i parkuję na końcu Elrod Drive. Gdzieś kilka przecznic ode mnie stoi jego dom ale to co mnie interesuje to szlak przede mną. Drzewa nad głową są tak gęste, że wbiegając do lasu mam wrażenie, że zmierzcha. Szlak wije się w górę zbocza. Niedługo miasto znika w tyle a ja zaczynam się męczyć. Mam na sobie te same dżinsy i trampki co wczoraj. Nie myśląc o tym specjalnie, uginam łokcie i przechodzę do truchtu. Włosy podskakują mi na czole. W górę, w górę. Czuję się szybszy niż bym miał prawo się czuć. Od mojego ostatniego biegu minęły prawie dwa lata. Naprawdę znowu to robię?

„START!” krzyczymy.

Ci z nas, którzy biegną 5 km pokonują pętlę dookoła parku Alberta, zahaczają o skraj parku Fernhill i wracają po łuku do Dempsey’a. Pierwsze półtora kilometra jest  płaskie a Stephen i ja biegniemy obok siebie, krok czy dwa za plecami naszego kumpla Jeffa. Nasza trójka natychmiast zdobywa znaczną przewagę nad resztą. Gadamy o tym, jak kiepsko z naszą formą, dziwnie się czując jako że biegniemy z przodu.

„Słyszałem, że kiedyś biegałeś,” mówię do Stephena.

„Biegałem,” potwierdza.
“Przypomnij gdzie to było?

„Grant.”

„Grant? No jasne! Jesteśmy rywalami! Ja chodziłem do Lincoln!”

„Dalej Generals” krzyczy.

“Dalej Cards!” 
Nikt nie woła by odpuścić. Półtora kilometra przebiegamy w niespełna 7 minut. Nie mam zegarka więc używam stopera z telefonu, trzymając go jak pałeczkę w sztafecie. Zaczynamy wbiegać na jedyne wzniesienie na trasie. To nie jest stroma górka ale wystarczy by poczuć różnicę. Rozmowy stopniowo ustępują miejsca odgłosom trzech facetów próbujących czegoś czego raczej nie powinni próbować. Jakaś para spacerowiczów patrzy na nas niepewnie. Nawet ich pies wydaje się zaniepokojony. Wkrótce jednak brakuje mi tchu by przejmować się tym jak wyglądam. Myślę tylko o tym, że zawsze byłem dobry na górkach. Górki to moja działka. Instynktownie obejmuję prowadzenie. O to chodzi. Atakuję. Przez kilka sekund jestem całkowicie oszołomiony – ja atakuję! – a potem zdaję sobie sprawę jak daleko jeszcze do mety.

Jak bardzo to będzie boleć. 

Po wyścigu, kiedy reszta z nas już ma wypite kilka piw, ekipa z półmaratonu dołącza do imprezy. Dempsey kładzie mi mokrą dłoń na ramieniu. „Wygrałeś?” pyta.

„Pierwszy raz od siedemnastu lat,” odpowiadam.

„Blisko było?”

„Blisko to za mało powiedziane. Cały czas trząsłem się ze strachu. Stephen wciąż się zbliżał a kiedy był już tuż tuż, przyspieszyłem i przez jakieś 15 sekund udawałem, że czuję się świetnie. Zupełnie zapomniałem jak to jest być z przodu. To jest kurwa straszne. Nie da się na luzie.”

„Ale warto, co?

“Teraz warto,” odpowiadam. “Zobaczymy jak będzie jutro.” Dempsey i ja udajemy, że się rozciągamy i popijamy browara. Gadamy jak to musimy zebrać grupę na bieg memoriałowy we wrześniu za rok. Pojedziemy na weekend i będziemy biwakować na wydmach. Ale ja jeszcze nie skończyłem mówić o swoim wyścigu. Zupełnie zapomniałem jak to jest wygrywać. To sprawia, że inaczej patrzę na pewne sprawy. „Myślisz, że dla Pre to też było straszne?” pytam.
“Szczerze to nie wiem o nim zbyt wiele.” mówi Dempsey.

“Sądzę, że mogło to być dla niego straszne. Ale nie przeszkadzało mu robić to za każdym razem.”

„Wiele dla ciebie znaczył,” zauważa Dempsey.  

“Prawie już zapomniałem,” mówię. “Stałem się cyniczny kiedy przestałem biegać. Ale kiedy byłem nastolatkiem” – 

Dempsey nalał mi.

“Wiesz kim był dla mnie? Był tym narwańcem który widział jak nakłonić cię do głupot. Wtedy go nienawidziłeś i siebie też, za to, że dałeś się tak łatwo zrobić w konia. I później, kiedy byłeś zupełnie wyczerpany, tak zmęczony, że nie mogłeś nawet oczu otworzyć, on łapał cię i potrząsał tobą i nawijał „Zajebiście, co!? Zajebiście, co?” Idę o zakład, że nawet dzisiaj, jakaś meta na przełajach pełna jest dzieciaków z zamkniętymi oczami szepczących do Steve’a Prefontaine’a: „Dobra, niech ci będzie, dupku. Miałeś rację.”