miska 1
3 sierpnia 2020 Redakcja Bieganie.pl Sport

„Sama siebie zaskakuję” – rozmowa z Miśką Witowską


To wyjątkowa zawodniczka górska. Od 3 lat zdobywa kolejne medale mistrzostw Polski, jednocześnie ma problem, by definiować się jako biegaczka. Nie lubi się pokazywać, a do biegania motywuje ją możliwość przebywania w pięknych miejscach. Pytana przez nas o to, jak się czuje wygrywając Mistrzostwa Polski w ramach rozegranego w  miniony weekend Tatra Sky Marathon, odpowiada, że jest swoimi sukcesami wiecznie pozytywnie zaskoczona. Poznajcie Miśkę Witowską, która dała się namówić na rozmowę z Magdą Derezińską-Osiecką  z Tatra Running.


Mimo, że obie od urodzenia związane jesteśmy z Tatrami, poznałyśmy się 3 lata temu na zawodach w Karkonoszach. To był początek Twojej przygody ze startami w górach i zarazem pierwszy biegowy sukces. Od tamtego czasu zrobiłaś wielki progres, zdobywając kilka medali mistrzostw Polski oraz stając na podiach znaczących biegów górskich. Mam taką obserwację, że w odróżnieniu od pozostałej czołówki biegaczy górskich w Polsce, nie jesteś osobą medialną. Nigdzie nie można zobaczyć tego, jak trenujesz… chyba, że się wbiegnie na Ciebie podczas treningu w Tatrach. Jedyny wywiad z Tobą, jaki znalazłam w sieci, pochodzi z 2018 roku. Czy to twój świadomy wybór?

Faktycznie tak jest. Mam konto na Instagramie, na które dodaję czasem zdjęcia, ale nie traktuję go jako fanpage. Rzadko coś wrzucam. Wychodzę z założenia, ze tylko jak mam coś do pokazania, to to pokazuję. Choć muszę przyznać, że po ostatnim sukcesie liczba moich followersów znacząco wzrosła (śmiech).

Zauważyłam to zatrzęsienie lajków na Twoim profilu. Jak Ci z tym?

Bardzo to miłe, ale też mnie trochę onieśmiela. Działa mi się dużo lepiej w ciszy i spokoju. Jakoś zupełnie nie moją rzeczą jest nakręcanie emocji w internecie przed treningiem, przed biegiem. Nie wcielę się teraz w rolę influencerki. Mam taką myśl, że żeby być blogerem, trzeba się wcielić właśnie w rolę autorytetu, eksperta, w rolę osoby, która zakłada, że ma fanów. Ja nie czuję się ekspertem od biegania i nie mam potrzeby pokazywania siebie w takiej funkcji.

miska 4

 Fot. Dominika Rakszewska (Idea Photography)

Wygrywasz 25 lipca poważne zawody górskie w Tatrach, zdobywając kolejny już medal Mistrzostw Polski w Biegu Górskim na Długim Dystansie i nie uważasz, że znasz się na bieganiu?

Zupełnie nie. Ja czuję się wręcz laikiem. To, że biegam i że mój poziom rośnie, to wcale nie znaczy, że jestem na tyle kompetentna, by doradzać specjalistycznie innym. Nie odważyłabym się np. poprowadzić kogoś trenersko. Nie mam do tego kompetencji, wykształcenia. Poza tym mistrzostw Polski w biegach górskich jest siedem rocznie, jeżeli podliczyć wszystkie kategorie zawodów – na krótkim czy długim dystansie, w stylu alpejskim, anglosaskim etc. Zatem ten tytuł mistrza Polski się chyba trochę rozmywa. Może nie ma w tym nic złego, bo nie wszystkim musi zależeć na tym tytule, ale fajnie by było, gdyby rzeczywiście zawodnicy skoncentrowani na górach mogli sprawdzić się podczas jednego czy dwóch startów z obsadą złożoną z najmocniejszych biegaczy w kraju. Taki top topów.

No ale nie możesz powiedzieć, że obsada zawodów, które w poprzedni weekend wygrałaś, nie była „topowa”. Trzecia na mecie Dominika Stelmach, czy druga na podium Martyna Kantor to doświadczone, mocne biegaczki. Udało Ci  się z nimi wygrać i to naprawdę duży Twój sukces.

No, w tym przypadku faktycznie startowały mocne zawodniczki, które bardzo cenię. Bardzo się z tego powodu cieszę. W gruncie rzeczy wolę w zawodach mierzyć się z najlepszymi i nawet z nimi przegrywać, niż wygrywać słabiej obsadzone biegi.

Jak Ty się w ogóle z tym masz, że wygrałaś 25 lipca?

Świetnie (śmiech), jednak muszę powiedzieć – i nie ma w tym żadnej kokieterii – że dla mnie to zwycięstwo jest dużym zaskoczeniem. Nie postawiłabym na siebie z różnych powodów.

Z jakich?

Trochę ze względów zdrowotnych, ale o nich nie będę opowiadać. Myślę, że każdy, kto uprawia sport, ma normalne zawodowe życie i nie jest sportowcem wyczynowym – miewa takie problemy. Nie lubię takiego tłumaczenia się na zasadzie: „Byłoby lepiej, gdyby nie to czy to…” Jak stajemy na starcie, to godzimy się z wszystkimi niedostatkami w przygotowaniach. Jeśli o mnie chodzi, to po prostu nie spodziewałam się ostatnio aż tak dobrego wyniku.

Czy w związku z tym wynik dodał Ci pewności siebie?

Tak, ostatnie zawody bardzo mnie podbudowały. Ta wygrana to mój duży sukces i wielka radość. Czasami brakuje mi tej pewności, więc na mecie byłam pozytywnie zaskoczona.

To opowiedz proszę trochę o tym sukcesie – jak przebiegał jego scenariusz w czasie biegu?

Nie prowadziłam od samego startu. Założyłam sobie, że biegnę swoim tempem i jednocześnie obserwuję, analizuję, co się dzieje na trasie. Na początku Dominika bardzo mocno zaczęła i do Kopy Kondrackiej miała prawie 5 min przewagi nade mną. Martyna tez była przede mną, ale wyprzedziłam ją w czasie podejścia. Spodziewałam się, że jako zawodniczka bardzo dobra na zbiegach wyprzedzi mnie w kolejnym etapie. Ale tak się nie wydarzyło i co ciekawe – to pod koniec zbiegu do Tomanowej Doliny dogoniłam jeszcze Dominikę, która miała na całym dystansie Czerwonych Wierchów nade mną ogromną przewagę. Potem na podbiegu na Iwaniacką Przełęcz mnie przegoniła, ale dalej na podejściu na Ornak ją wyprzedziłam i tak już do mety, ku mojemu zaskoczeniu, prowadziłam.

No, ale dlaczego Cię to zaskoczyło?

Gdy myślałam o tym biegu przed startem, to najbardziej obawiałam się końcówki. Dużo trenowałam w stromym terenie, nie udało mi się natomiast potrenować wystarczająco szybkości. Zarówno Martyna, jak i Dominika są piekielnie mocne na tych bardziej płaskich fragmentach i naprawdę w tym momencie obawiałam się, że te odcinki przesądzą o ich wygranej. Ale tak się nie zdarzyło.

miska 5

Fot. Dominika Rakszewska (Idea Photography) 

Na 42-kilometrowej trasie Tatra Sky Marathon było w sumie 3500 m przewyższeń. Można zatem powiedzieć, że Twoją domeną są siłowe strome podbiegi i zbiegi – bardziej niż stricte szybkość czy dynamika biegu?

Zdecydowanie tak. I trudności techniczne.

Podziel się proszę z czytelnikami Bieganie.pl, jaka jest Twoja tajna broń, dzięki której potrafisz być tak mocna na podbiegach?

Ta moja tajna broń nazywa się Marcin Rzeszótko, który mnie trenuje
 (śmiech). To on mnie wciągnął w biegi górskie. Pokazał mi, że można to trenować traktować sportowo. Wcześniej wychodziłam sobie z domu na zasadzie „Ahoj, przygodo!” i bez ładu i składu biegałam. Z takim przygotowaniem zadebiutowałam w Biegu Sokoła oraz Zamoyskiego. Wygrałam. Marcin zobaczył mnie na mecie i powiedział: „Miśka, nie wiedziałem, że ty tak biegasz, ale super!” I tak się nasza współpraca zaczęła. Marcin rozpisał mi jesienią miesięczny plan treningowy i przebiegłam Zakopiański Bieg Niepodległości, łamiąc czterdzieści minut. W kolejnych edycjach poprawiłam ten czas (wynik uzyskany w listopadzie 2018 roku to 37:53 – przyp. red.), jednak nigdy później nie przebiegłam płaskiej atestowanej dychy ani półmaratonu, żeby zyskać punkt odniesienia, sprawdzić się. Chciałabym kiedyś spróbować, choć wcale mnie nie ciągnie do płaskiego biegania.

To znaczy, że nie trenujesz wcale w terenie płaskim?

Owszem, trenuję. W tym roku mniej. Uważam, że przygotowanie szybkościowe na płaskim bardzo się przekłada na bieganie po górach i to jest element, nad który muszę popracować. Ale demonem szybkości nie jestem.

Wróćmy do Twojej narracji o początkach z trenowaniem biegów górskich. Jak to się dalej potoczyło, po tym pierwszym Biegu Niepodległości?

Marcin w kolejnych dwóch latach też mi pomagał treningowo i doradzał, raz bardziej, raz mniej. W międzyczasie pomagali mi również mój kolega Piotrek Gutt i trener Ilya Markov, którym również jestem wdzięczna za pomoc. Natomiast w zeszłym roku, można powiedzieć, że wróciłam do trenerskich korzeni i rozpoczęliśmy z Marcinem konkretną współpracę, która świetnie się układa i jestem mu za to naprawdę wdzięczna.

A konkretnie?

Bardzo doceniam w naszej relacji to, że on zna mnie nie tylko od tej strony sportowej, biegowej, ale też prywatnie. Na tyle, że wie, kiedy można mi przykręcić śrubę, a kiedy odpuścić. Ma też niesamowitą zdolność do wzmacniania mojej wiary w siebie. I nie mam tu na myśli pustych sloganów typu „Dasz radę”. Marcin tak potrafi mnie podejść, że myślę sobie: „Kurcze, może on rzeczywiście ma rację?”.

Wzmacnia Twoją wiarę w siebie, jeśli chodzi o trening czy starty w zawodach?

Głównie przed startami. W poprzednią sobotę też tak było. Pamiętam doskonale, że zadzwonił do mnie o 5.13 rano, choć był bardzo zabiegany jako organizator Tatra Sky Marathonu. Czułam się zrezygnowana, zniechęcona. Chyba pierwszy raz miałam coś takiego przed zawodami, że nie czułam zupełnie tego „nakręcenia” czy „No dobra, zawalczę”. A po rozmowie z nim – nie pamiętam już, co dokładnie mi powiedział – wstałam i pomyślałam „Dobra, jedziemy z tym!”. Nasza trenerska relacja bardzo mi pomaga.

Fajnie to słyszeć. Mam wrażenie, że niewielu jest takich „empatycznych” trenerów biegania, którzy potrafią mądrze uwzględniać w planie treningowym osobowość swoich podopiecznych.

Tak. Marcin ma właśnie takie podejście. Co więcej, on ma zdolność dostosowywania treningu do mojego życia, a nie życia do treningu. I dzięki niemu widzę, że każda jednostka jest kształtująca.

miska 2

Fot. Dominika Rakszewska (Idea Photography) 

Zimą pracujesz jako instruktorka narciarstwa. Czy wtedy, dostosowując trening do życia, odpuszczasz bieganie?

Kiedyś tak było. Teraz zim już tak totalnie nie odpuszczam biegowo i wplatam bieganie w pracę instruktorską. Jednak wtedy zupełnie na luzie podtrzymuję ogólną bazę wytrzymałości. Na szczęście mam taką zdolność – i zdaję sobie sprawę także z jej minusów – do bardzo szybkiego reagowania na bodźce treningowe. Po bardzo małym kilometrażu biegowym w zimie, potrafię wiosną szybko dojść do formy. Tak było np. w 2018 roku, kiedy po zimowej pauzie zaczęłam biegać w marcu i w czerwcu zdobyłam Mistrzostwo Polski w Skyrunningu w ramach Biegu Marduły. Jednak w ostatnich dwóch sezonach już tak zimy nie odpuszczałam i wplatałam trenowanie w pracę instruktorską.

Wydajesz się osobą bardzo cierpliwą i spokojną. Czy można powiedzieć, że taki też jest Twój trening – bez napinki?

Nie, nie. Mam w moim sportowym życiu dużo zawirowań i momentów, kiedy nie idzie mi tak, jak bym chciała. I potrafię się tym denerwować. Może stąd też później te moje pozytywne zaskoczenia – kiedy wiem, że nie szło mi gładko w treningu, a jednak wygrałam zawody. 

A może po prostu jest tak, ze stawiasz sobie w treningu bardzo duże wymagania i z tego powodu trudno Ci uwierzyć, ze możesz wygrać?

Tak też jest. Mimo wszystko wierzę, ze stać mnie na bardzo dużo. To jest taki mój motor do działań. Kiedy miewam momenty kontuzji, wówczas bardzo wątpię, czy moje ciało się do tego mocnego biegania nadaje. Ale w momencie, kiedy startuję, wchodzę „all in”. Tak też było teraz. Sama siebie zaskakuję tym, że mam bardzo mocną głowę podczas zawodów.

Co masz na myśli?

Nawet jak mam moment kryzysu, dużej słabości, potrafię mocno to przewalczyć w sobie i się odbić od dna, a potem nawet bardzo mocno biec.

Co zatem sprawia, że potrafisz przewalczać kryzysy?

Myślę w takich chwilach o osobach, które mi pomogły, żebym mogła stanąć na starcie i biec. Myślę o tych bliskich, których spotkam na kolejnym punkcie. Po tych spotkaniach z nimi na trasie odradzam się jak Feniks z popiołów.

miska 3

Fot. Dominika Rakszewska (Idea Photography) 

To jest wielki przywilej, jaki dają biegi na długich dystansach w górach, że można przechodzić kilkakrotnie kryzysy i z nich wychodzić. Na krótkich dystansach jest to na pewno mniej możliwe; w nich nie ma już tego miejsca na zatrzymanie się w kryzysie. A skoro już jesteśmy przy kryzysach, mam ochotę zadać Ci niełatwe pytanie o to, co Cię tak naprawdę motywuje do biegania?

Bardzo trudne pytanie zadajesz (śmiech). Muszę pomyśleć.

No wiem…

Nie lubię górnolotnych słów i nadmiernego patosu. Staram się tego unikać. Mogę na pewno powiedzieć, że motywuje mnie chęć rozwoju, samodoskonalenia, przezwyciężania moich słabości. To brzmi banalnie, ale jest prawdziwe. Lubię sport – jest wpisany w moje DNA, sprawia mi ogromną przyjemność. Urodziłam się i wychowałam w Zakopanem, gdzie większość dzieci trenuje narciarstwo czy inne zimowe dyscypliny. Natomiast, jeśli chodzi stricte o dyscyplinę sportu, jaką jest bieganie, to dla mnie główną motywacją jest to, że robię to w pięknych miejscach. Ten sposób poruszania się pozwala mi docierać w przepiękne miejsca i widzieć tych miejsc więcej. Nawet jeżeli się mówi, że niewiele można zobaczyć, biegnąc po górach, to ja się z tym nie zgadzam. Można zobaczyć bardzo dużo.

Jedynie na zawodach widzi się tych miejsc jakby nieco mniej.

Właśnie. To moje bycie w biegowym świecie jest wynikiem tego, że ja, mieszkając w Zakopanem, polubiłam po prostu chodzenie i bieganie po Tatrach.

Czyli można powiedzieć, ze nie było Twoim celem zostanie biegaczką?

Wiesz, ja do tej pory mam problem, żeby definiować siebie jako biegaczkę. To, że biegam, to jest przede wszystkim mój sposób na bycie w przyrodzie i na poruszanie się po górach. Tatry są dla mnie jakby epicentrum, bieganie w nich jest jedną z form aktywności, jakie bardzo lubię i idzie mi to dobrze. Tych pięknych górskich miejsc jest na świecie więcej i bardzo chciałabym móc je zobaczyć, doświadczyć ich. Uwielbiam trenować, lubię startować, więc jest to coś, co robię teraz. Jeśli ktoś by mi powiedział, że mogę biegać, ale tylko po płaskim, a nie po górach – powiedziałabym mu, że w takim razie do widzenia – nie chcę być biegaczką. Z samym określeniem „biegaczka” zawsze jestem ostrożna i nie definiuję się poprzez nie.

No to jaki sport byś uprawiała, gdyby ktoś ci zabronił biegać w górach?

Zajęłabym się wspinaczką lub skialpinizmem.

Patrząc na Twój biegowy rozwój w ostatnich latach, życzę Ci, żeby nikt nigdy nie zabronił biegania po górach.