New Balance 1080v12
 
16 kwietnia 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Pożar, mrok i niewidzialny Brytyjczyk – reportaż z MŚ w 24h


Mieszanka humoru, dramatu, absurdu, chaosu i szczęścia – tak można ująć to, co wydarzyło się podczas mistrzostw świata i Europy w biegu dobowym we Włoszech. Co działo się na trasie w Turynie, który dla polskich ultrasów okazał się tak hojny w medale? Czas – start!

1.jpg
Paweł Szynal – świeżo upieczony Wicemistrz Europy i Świata w biegu dobowym.

Zaczęło się źle. Już przed startem Tomek Kuliński narzekał na problemy zdrowotne, ale nie wiedział, co mu jest… było mu niedobrze i śniadanie zjadł dopiero w namiocie na stadionie. Na szczęście się przyjęło, ale najedliśmy się niepotrzebnego strachu. Kiedy szliśmy na start z Andrzejem Radzikowskim spotkaliśmy zwycięzcę Spartathlonu Ivana Cudina, jednego z głównych faworytów imprezy. Przypomniałem sobie, że Andrzej pod Akropolem zrobił sobie zdjęcie z ówczesnym mistrzem świata w biegu dobowym Jonem Olsenem, którego pokonał we wspaniałym stylu. Amerykanin wówczas padł na trasie i nie ukończył rywalizacji. Mówię „zrób sobie zdjęcie z Cudinem, to na pewno go pokonasz”. Moje słowa okazały się prorocze, niestety przypuszczałem, że aby pokonać Włocha trzeba będzie pobiec znacznie, znacznie więcej…

Ostatnie zdjęcia, uściski i zawodnicy ustawili się na starcie. Wybiła 10:00 i starter wystrzelił. Zaczęły się najlepsze mistrzostwa w historii polskiego ultra. Wróciliśmy się na stadion i zdaliśmy sobie sprawę, że… nie ma toalet dla serwisantów. A było nas około 250-300 osób. Przecież to Włochy, a „toaleta” jest w stadionowej szatni oraz na trybunie – były dwa sedesy typu afrykańskiego. Dalszy opis tej kwestii jest zbędny. Wracam do namiotu, zawodnicy chcą napić się herbaty, ale przez pierwsze 3 godziny w gniazdkach nie ma prądu i nie można zagotować wody. Nikt z organizatorów nie powiedział, że w namiotowych gniazdkach można ładować wyłącznie telefony i laptopy, albo szczoteczki do zębów, bo inaczej rozwali się cała sieć. Ktoś pierwszy podpiął czajnik i zgasła nawet tablica z okrążeniami wyświetlanymi na telebimie. Z tyłu w drugiej „linii” były dwa namioty gospodarcze, które służyły do gotowania. Po co jednak mówić o tym wcześniej? Wyniki na żywo? Strona z wynikami działała jakby chciała, ale nie mogła, bez sumującego się kilometrażu, bez średniego tempa w minutach, oprócz tego, że nie pracowała przez pierwsze 2-3 godziny rywalizacji… Po, co ma działać? Raz na godzinę będą przecież wywieszane i drukowane wyniki, na które trzeba czekać w kolejce lub się przeciskać. Zostawmy jednak już chaos, o którym mowa w leadzie. Przejdźmy do innych określeń. Czas na humor.

2.jpg
Polska reprezentacja po zawodach

 

Paweł Szynal w środowisku ultrasów jest znany ze swoich szyderstw i nieustannych żartów, a że przez pierwsze godziny się rozgrzewał to gaworzył nieustannie z Andrzejem Radzikowskim, albo zaczepiał innych zawodników. Kiedy dobiegli do mocno brodatego Litwina, to rzucił do niego, że gdy dobiegnie do przysłowiowej mety, to wówczas organizatorzy je golą, a po ośmiu godzinach zapytał, kiedy wreszcie będzie mógł przyspieszyć, bo już mu nudno. Uśmiech na twarzy lub śmiech – sielanka Pawła. Spoważniał dopiero po zmroku, kiedy rywalizacja zaczęła wchodzić w poważniejszą fazę. Jednak zabawnych sytuacji nie brakowało. Także za sprawą serwisanta Pawła, Czesława Macherzyńskiego, byłego ultramaratończyka, uczestnika biegów 24h, a nawet 48h. Mistrz w swoim fachu. Zapracował sobie na ksywkę „Panoramiksa” z bajki o Asteriksie i Obeliksie. Paweł nie był na szczęście Obeliksem przy tuszy, ale przez to nasz serwisowy druid musiał mieszać rozmaite mikstury, bo Obeliks jak był mału to wpadł do kociołka, a Asteriks musiał pić napój. Czasem zdaniem Pawła prawie nie dało się tego pić, ale Panoramiks wiedział, co robił. Przeplatał i żonglował specyfikami, podgrzewał butelki w naszym specjalnym kociołku i dzięki temu nasz wicemistrz świata mógł podróżować jednostajnym tempem, bez poważniejszych kryzysów. A tak na poważnie, należy Czesławowi oddać, że spisał się na medal i to dosłownie. 

Chciałbym, żeby tego akapitu w ogóle nie było, bo nie lubię dramatów, mimo, że mają coś w sobie. Wiele nas uczą i stajemy się silniejsi. Jednak czasem stajesz w obliczu sytuacji, w której nie możesz zbyt wiele zrobić, czujesz się bezsilny. Czasem uda się podnieść z kolan, a czasem opowieść nie kończy się szczęśliwe. Noc podczas biegów ultra zawsze zbiera swoje żniwa, kto ją przetrwa osiągnie swój cel, jednak każdy taki bieg wymaga ofiar. Wspólnie z Darkiem Ćwiećwierzem podobnie jak na Spartathlonie serwisowaliśmy Andrzeja oraz Aleksandrę Niwińską. Ola miała dość prosty plan. Lubi banany, co godzinę dostawała magnez, a co 4 godziny coś przeciwbólowego, do tego gofry, które z czasem zaczęliśmy zamieniać na kanapki, ryżowe wafle z dżemem lub nutellą, batoniki musli. Ola nie przyjmuje zbyt dużo sztucznych izotoników i tabletek w minerałach, czasem trzeba było to jej przemycić w herbacie z musu, żeby się nie wypłukała, ale pod względem żywieniowym nie było problemów. W nocy bardzo cierpiała, wydawało się nam, że szlocha, jednak jej zdaniem zawsze ma kryzys snu i skupiała się wyłącznie na utrzymaniu głowy w pionie. Potworne zmęczenie, sen, ale z tym można sobie jeszcze jakoś poradzić przy użyciu pobudzających mikstur i motywacji.. Gorzej, gdy przestaje działać silnik… a ten przestał działać u Andrzeja. Niestety. Zaczęło się od biegunki, która towarzyszy niemal wszystkim, lekami można ją jednak trochę zastopować, gorzej jest, gdy zbuntuje się żołądek. Nie ma trawienia – nie ma biegania. Pierwsze symptomy zaczęliśmy dostrzegać po 12-13 godzinach. Krople żołądkowe, mięta, herbata a przy okazji zmiana ubrań na cieplejsze i masaż od Mateusza Chajęckiego. Nie pomogło. Andrzeja zaczęło mdlić, nie chciał nic jeść. I mówił tylko, że nic nie działa. Serwisantka Patrycji Bereznowskiej miała nawet rumianek i zieloną herbatę… próbowaliśmy wszystkiego. Na Sparcie walczyliśmy z zimnem i wygraliśmy, tu przeciwnikiem okazał się żołądek. Niestety z bólem serca muszę przyznać, że nie udało nam się Andrzeja w porę pozbierać do kupy. Zaczął spadać w klasyfikacji, często wymiotował aż wyrzucił z siebie wszystko, spędzając trochę czasu w namiocie medycznym. Wiedział, że nie walczy już o nic, był przybity psychicznie pozostała tylko walka o honor. „Ale wstyd” – mówił siedząc w namiocie. Pozbierał się nad ranem, jadł wyłącznie sucharki i pił herbatę, zaczął biec z taką prędkością, że podczas jej odbierania częściowo wytryskiwała z butelki. W końcówce pokazał klasę, ale wystarczyło to do 232 km i do pokonania Ivana Cudina, który skapitulował, bo przegrał z bólem stopy, nad ranem tylko maszerował. Taki mistrz. Biegnący w szaleńczym tempie lider światowych tabel z zeszłego roku Yoshikazu Hara rywalizacji nie ukończył. Skapitulował po 19 godzinach. Dopóki biegał był liderem, jedno kółko marszu i nagle zniknął. 

4.jpg
Od lewej: Paweł Szynal, Mateusz – fizjoterapeuta, Maciek – autor relacji

 

Bywają jednak także dramaty, które wspominasz i zły napływają do oczu. Piękno miesza się z tragizmem. Granica jest śliska, zwłaszcza, kiedy walczysz do upadłego. Nasze dziewczyny walczyły na trasie wspaniale, przed mistrzostwami stawialiśmy na medal w drużynie panów, ale to kobiety były ciągle wysoko w klasyfikacji. Późną nocą awansowały na trzecie miejsce w klasyfikacji światowej i biegły tuż przed Brytyjkami. Różniąc się tylko domiarem końcowym. Szczęśliwie złożyło się, że Agata, Patrycja i Ola zbiły się wówczas w grupkę i pracowały wspólnie. Zaczęły „odjeżdżać” naszym sąsiadom z namiotu obok. Pieły się również indywidualnie. Patrycja awansowała na pozycję medalową w Europie, zatem na ostatnich 3 godzinach jeszcze podkręciła tempo. Szanse na 2 medale w drużynie były ogromne. To spowodowało, że debiutująca w kadrze Agata przestała zwracać uwagę na niepokojące symptomy osłabienia. Zamiast zjadać, chowała słodkie do kieszeni, bo ją mdliło. Efekt? Krzyk Oli zza strefy serwisu. „Agata zemdlała”! Pobiegłem do namiotu medycznego, gdzie zaniesiono ją na noszach. Przykry widok. Cukier – 34. Zero energii. Agata majaczyła tylko o drużynie, o dziewczynach, że dała ciała, że wstyd. Usypiała. Kroplówka postawiła ją na nogi – cukier 180. „Nie będzie medalu, cały trud dziewczyn na marne”. Naszym zadaniem było przywrócić jej wiarę. Patrycja biegła szybszym tempem, więc dorzucała kilometrów i dystans aż tak się nie zmniejszał. Lekarz podał Agacie jeszcze jedną kroplówkę i zapytała czy po niej będzie mogła jeszcze biec… odrzekł, że ciśnienie jest w normie, puls również i nie widzi przeciwwskazań, musi tylko poczekać aż druga kroplówka spłynie. Przebraliśmy ją, zatem w świeże ubrania, wymasowaliśmy skatowane nogi i wypuściliśmy na trasę na ostatnie 2 godziny rywalizacji.  Przez kilka kolejnych kółek płakała biegnąc i mówiła, że jest beznadziejna… zrobiła 219 km bijąc rekord życiowy o 15 km kończąc ze srebrem ME i brązem MŚ (drużyna). 11 miesięcy temu urodziła trzecie dziecko. Faktycznie słabo biega. 

Teraz dramat przemiesza się z absurdem. POLSKI ZWIĄZKU LEKKIEJ ATLETYKI – nie dałeś naszym reprezentantom strojów startowych, Patrycja Bereznowska i Agata Matejczuk, które debiutowały nie miały dresów, ani koszulek z poprzednich imprez! Nie każdego stać, żeby sobie coś kupić, bo i tak dokłada do interesów. Agata poprosiła mnie przed startem, abym pożyczył jej swoją koszulkę na ramiączka, która wyglądała na niej jak worek pokutny, ale miała BIAŁEGO ORŁA, chciała pobiec i poczuć, że reprezentuje swój kraj. Były łzy i chwile wzruszenia przed startem, na koniec znów ją założyła, bo każdy musiał być odziany w barwy narodowe kończąc bieg. I to wszystko dla kraju, w imię patriotyzmu. Panowie działacze, wyślijcie im komplety strojów, ja mogę być nawet kurierem!

Czas na szczęście, na które nasi bohaterowie zapracowali. Przed biegiem rozmawiałem z Patrycją i powiedziałem, że pobije w niedzielę rekord Polski, trochę niedowierzała, po biegu jej przypomniałem. Pokazała niesamowitą klasę i pełen profesjonalizm nie było przypadku w niczym, co robiła. Dwie buteleczki wymieniane nieustannie przez serwisantkę, zawsze wiedziała, co chciała, kontrolowała tempo, Mateusz Chajęcki raz Patrycję okleił tejpami i zmieniła buty, spojrzała na zegarek. „Tylko 4 minuty straciłam, myślałam, że będzie więcej, szybko poszło” – to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o jej odpoczynek. Biegła cały czas, bez cienia zwątpienia pytając tylko, jakie numery ma teraz „pożreć”, kogo jeszcze dogonić. Gdy Agata była w namiocie, Patrycja jeszcze podkręciła tempo, aby Brytyjki nie mogły zniwelować straty. Dowiedziały się, o naszych problemach i cały ich namiot zaczął się cieszyć. Zbyt wcześnie. To jest ultra. Nasze twardzielki utarły im nosa. Sportowa złość wypchnęła Patrycję na drugie miejsce w Europie, Ola awansowała do „10” mistrzostw świata. „Nie ciesz się bratku z czyjegoś wypadku” – w Wielkiej Brytanii chyba nie znają tego przysłowia i szczęście przeszło znów na Polską stronę i to do kwadratu! Dlaczego? 

3.jpg
Polki po zawodach

 

Teraz, gdy o tym myślę, przeszywa mnie dreszcz. Godzina do końca rywalizacji. Paweł jest drugi i zbliża się do Floriana Reusa, biegnie szybciej od Niemca, ale strata jest zbyt duża. Australijczyk, który był na trzeciej pozycji został wyprzedzony przez Słowaka, bo słaniał się na nogach. Nasz sąsiad z południa również z każdym okrążeniem tracił do podpułkownika BORu. Sytuacja opanowana. Mamy wicemistrza świata. Część ostatniej pętli biegnę obok Pawła, aby uwiecznić tę chwilę dla niego. Przyspiesza, wyciąga flagę, krzyczy, świętuje. Jeszcze 1: 30, jeszcze 1 minuta… śrubuje rekord Polski. 15 sekund… nagle strzał, wszyscy dalej biegną, Paweł się zatrzymuje, ale to trzeci strzał kończy bieg, zatem znów się zrywa. Przebiega kolejne kilkadziesiąt metrów i wreszcie koniec. Udało się! Kłaniamy się mistrzowi, bierzemy pod ręce, kładziemy na ławeczce i… podchodzi NIEWIDZIALNY BRYTYJCZYK. „Byłeś świetny, gratuluję, zabrakło mi bardzo tak niewiele, ale nie dałem rady Cię dogonić. Ostatnich 7 pętli (2km) pokonałem poniżej 8-9 minut (red. orientacyjnie)” – powiedział, uścisną rękę i poszedł. Przecież Słowak jest trzeci, coś mu się pomyliło – tak sobie pomyślałem. Okazało się, że  Robbie Britton jednak miał rację. Po 23- godzinach był dopiero na szóstym miejscu i miał ogromną stratę. Gdy przy dekoracji Paweł dowiedział się, że wygrał o 41 metrów, powiedział mi: „nie mogło być już dodatkowej pokuty, tyle, co ja różańców odmówiłem na trasie”. Szczęście, niebiosa były po naszej stronie, nie zapłaciliśmy za tą nieuwagę, ale trzeba oddać Brytyjczykowi, że finisz miał niewyobrażalny! Uff…

PS. w tytule jest mrok i pożar. Około 3 rano, na stadionie zapanowały egipskie ciemności. Okazało się, że nieopodal spalił się transformator i musieli odłączyć zasilanie, przyjechała straż pożarna, a że paliło się dość blisko trasy, na jednym fragmencie powietrze było z domieszką dymu. Światła nie było około 1,5 godziny. Wielu to zabiło, serwisanci często przegapiali biegających, albo biegający tracili czas, aby się zatrzymywać. My opracowaliśmy system. Stałem na początku prostej i darłem się w niebogłosy, kto biegnie, serwis miał 70-80 metrów, aby się przygotować. Był team spirit. Było 5 medali. Była piękna historia. Gratulacje i ukłony dla Was.

Zwycięzcy i miejsca polskich lekkoatletów w 11. MŚ i 20. ME (w nawiasach):

mężczyźni

1. Florian Reus (Niemcy) – 263,899 km

2. Paweł Szynal (LKS Olymp Błonie) – 261,181 km (rekord Polski)

3. Robbie Britton  (Wielka Brytania) – 261,140 km

32. (24.) Ireneusz Czapiga (TS AKS Chorzów) – 233,907 km

36. (28.) Andrzej Radzikowski (LKS Olymp Błonie) – 232,133 km

37. (29.) Tomasz Kuliński (AZS AWF Katowice) – 231,018 km

Sklasyfikowano 179 zawodników.

kobiety

 1. Katalin Nagy (USA) – 244,495 km

 3. (1.)  Maria Jansson (Szwecja) – 238,964 km

 4. (2.)  Patrycja Bereznowska (AZS AWF Katowice) – 233,395 km (rekord Polski)

10. (6.)  Aleksandra Niwińska (AZS AWF Katowice) – 225,989 km

14. (10.) Agata Matejczuk (Alaska Łódź) – 219,084 km

91. (69.) Dorota Szeszko (AZS AWF Katowice) – 142,133 km

Sklasyfikowano 123 zawodniczek.