30 lipca 2010 Redakcja Bieganie.pl Sport

Mordercza walka „Giży”


Ostatni dzień XX Mistrzostw Europy w lekkiej atletyce. Upalny poranek 1 sierpnia przyniósł nam wiele emocji związanych z męskim maratonem, rozgrywanym na rozgrzanych do czerwoności ulicach Barcelony. Dość nieoczekiwanie honor polskich maratończyków uratował, 12. na mecie, Mariusz Giżyński. Będący w czołówce europejskich tabel sezonu Henryk Szost i Adam Draczyński nie ukończyli rywalizacji.

Na starcie maratonu stanęło ponad 60 zawodników. Wiadomo było od początku, że liczyć się w nim będzie nie tylko walka o indywidualne trofea, ale również zespołowe rezultaty zaliczane do drużynowego Pucharu Europy. Niestety już po 10 kilometrach rywalizacji wiedzieliśmy, że polska ekipa nie powalczy z najlepszymi. Adam Draczyński zszedł z trasy, mimo że tempo było stosunkowo spokojne – prowadząca grupa miała na 10 km trasy międzyczas 32.45.

Po godzinie 11.00, gdy temperatura w Barcelonie gwałtownie wzrosła, obserwowaliśmy co chwila, jak któryś z zawodników rezygnował z dalszego biegu. Niestety po 20 kilometrach, wyraźnie kulejąc, trasę maratonu opuścił nasz cichy faworyt do medalu Henryk Szost. Po godzinie i 14 minutach poszedł w jego ślady mistrz olimpijski Włoch Stefano Baldini. Na czele stawki sytuacja też zmieniała się jak w kalejdoskopie, choć najmocniej i zarazem najspokojniej wyglądał Szwajcar Viktor Rothlin (rekord życiowy 2.07.23). Po 30 kilometrach, z około minutową stratą, podążał za nim, niesiony dopingiem barcelończyków i wykrzywiony w grymasie bólu, Hiszpan "Chema" Martinez. Następny był Włoch Ruggero Pertile, który na kilka kilometrów przed metą został jednak pokonany przez skurcze i ostatecznie oddał brązowy medal Rosjaninowi Dimitryowi Safrnovowi.

www.arekGMURCZYK.pl__139_.jpg
Mariusz Giżyński (fot. A.Gmurczyk)

W topniejącej na sierpniowym słońcu stawce maratończyków z drżeniem serca obserwowaliśmy poczynania naszego ostatniego i teoretycznie najsłabszego reprezentanta – Mariusza Giżyńskiego. Trzymał się od początku drugiej dziesiątki w stawce, ale po około 15. kilometrze, gdy z czołówki odpadali coraz to nowi biegacze, zaczął przesuwać się do przodu. "Giża" biegł bardzo rozważnie, a zarazem ambitnie. Na 30. kilometrze z międzyczasem 1.37.47 był nawet na siódmej pozycji, prowadząc grupę bardziej doświadczonych rywali. Jednak ostatnie kilometry okazały się, zresztą nie tylko dla niego, mordercze. Mogliśmy sobie tylko wyobrażać, co działo się w jego organizmie, kiedy przedostatnie 5 km pokonał w niemal 18 minut…

Ostatecznie nasz reprezentant, blady jak śmierć, wpadł na metę na bardzo dobrej 12. pozycji w czasie 2.21.54.

Kilkanaście minut po ukończeniu morderczego wyścigu powiedział naszemu portalowi:

Na ostatnich kilometrach walczyłem o życie. Skupiałem się tylko, by pokonać odległość między kolejnymi punktami z wodą. Ostatnie 200 metrów przed metą biegłem niemal na jednej nodze, łapany przez skurcze, ale czułem, że ktoś zbliża się z tyłu, więc dałem z siebie wszystko. Na trasie starałem się walczyć i nie oglądać na lepszych. Być może, gdybym pobiegł bardziej zachowawczo, udałoby mi się wskoczyć do pierwszej ósemki. Na długich prostych miałem w zasięgu wzroku czwartego, piątego i szóstego zawodnika. Ale nie mam do siebie żadnych pretensji. Taktyka przećwiczona z trenerem Gajdusem na treningach zakładała, że kontroluję swoje tętno na trasie i gdy sporttester będzie wskazywał ponad 180 uderzeń, mam zwalniać.
Dzisiejszy maraton był zdecydowanie najcięższym doświadczeniem biegowym w moim życiu. Pod koniec biegliśmy w ponad 30 stopniowym upale, było duszno, nogi wydawały się ciężkie, jak nigdy. Na trasie pomagali mi polscy trenerzy, między innymi Stanisław Jaszczak, Tomek Lewandowski, Marek Adamek. Dwa razy widziałem z flagą moją żonę Anię i to na pewno dodawało mi sił w trudnych momentach.
Nie umiem teraz dokładnie powiedzieć, co stało się z chłopakami, bo jeszcze się nie widzieliśmy. Słyszałem, że Adam skarżył się dziś na ból żołądka. Z tego co wiem, Heniowi odnowiła się z kolei poważna kontuzja kolana. Ja zniosłem trudy biegu, ale teraz ledwo żyję…

WYNIKI:

1. RÖTHLIN, Viktor        SUI      2:15:31          
2. MARTÍNEZ, José Manuel ESP     2:17:50        
3. SAFRONOV, Dmitriy      RUS     2:18:16        
4. PERTILE, Ruggero      ITA     2:19:33        
5. VILLALOBOS, Pablo      ESP     2:19:56        
6. IGLESIAS, Rafael      ESP     2:20:14        
7. BOURIFA, Migidio      ITA     2:20:35        
8. MERRIEN, Lee      GBR     2:20:42        
9. SOKOLOV, Aleksey A.      RUS     2:20:49        
10. FEITEIRA, Luís      POR     2:21:28        
11. ANDRIANI, Ottaviano  ITA     2:21:32        
12. GIZYNSKI, Mariusz      POL     2:21:54

Przypomnijmy – Mariusz, na co dzień dzielący czas między treningi i prowadzenie własnej firmy, sam siebie określa, jako półzawodowca. Jest aktualnym mistrzem Polski w półmaratonie i wicemistrzem kraju na dystansie 42,195 km. Jego występ w Barcelonie jeszcze dwa miesiące temu stał pod znakiem zapytania, gdyż nie wypełnił minimum kwalifikacyjnego PZLA, wynoszącego 2.13.00. Ze swoją życiówką 2.13.30 plasował się jednak w pierwszej dwudziestce tegorocznych rezultatów europejskich i dlatego dostał szansę na indywidualne reprezentowanie kraju oraz walkę w "drużynówce" wraz z Henrykiem Szostem i Adamem Draczyńskim. W Barcelonie w tej rywalizacji triumfowali zdecydowanie Hiszpanie ( zajmujący 2.,  5.,  i 6. miejsca na mecie) przed Rosjanami oraz Włochami. Maraton w stolicy Katalonii, głównie ze względu na niesprzyjający klimat, był jednym z najwolniejszych w historii imprez mistrzowskich. Ukończyło go 45 z 64 zgłoszonych zawodników.

Redakcja Bieganie.pl