New Balance 1080v12
 
4 stycznia 2012 Redakcja Bieganie.pl Sport

– Mam apetyt na więcej! – rozmowa z Anną Kiełbasińską


Młoda, piękna, szybko biega i, jakby tego była mało, otrzymała właśnie prestiżową nagrodę PKOl dla Nadziei Olimpijskiej im. Eugeniusza Pietrasika. Mowa o Annie Kiełbasińskiej, złotej na 200 m i brązowej na 100 m medalistce Młodzieżowych Mistrzostw Europy. O sukcesach, trudnych momentach w karierze i iskrzeniu między sprinterkami opowiada Aleksandrze Szmigiel.

IMG_1195.JPG
Ania Kiełbasińska (fot. Aleksandra Szmigiel/bieganie.pl)


Ania wspomina, że do biegania zaciągnęła ją siostra. O trzy lata starsza Kasia, która startowała w biegach przełajowych. Któregoś razu na zajęciach WF Ania w butach przebiegła 100 m w 13 sekund. Nauczyciel spytał: "Ty trenujesz?" Gdy pokręciła przecząco głową powiedział: "To powinnaś!". Na początku było ciężko, ale gdy przyszły pierwsze sukcesy, ciężka praca zaczęła cieszyć. Dziś Ania to liderka tabel sezonu 2011 na 200 m (23.23).

Kiedyś w konkursie Miss piękności bieganie.pl zajęłaś drugie miejsce, teraz przyszła pora na poważne wyróżnienie dla sportowca. Czym jest dla ciebie nagroda PKOl dla nadziei olimpijskiej?

To bardzo duże wyróżnienie. Jestem zadowolona tym bardziej, że było to dla mnie absolutnym zaskoczeniem. Myślałam, że wszystkie nagrody za sezon 2011 są już za mną, a tu nagle bardzo miła niespodzianka na koniec roku. Smutno mi, że nie będę mogła odebrać nagrody osobiście, bo będę wtedy na obozie na Teneryfie. To trofeum jest dla mnie także motywacją – uznano mnie za nadzieję olimpijską. Teraz pozostaje dążyć do celu – kwalifikacji na IO. Najśmieszniejszy był sposób, w jaki się dowiedziałam o nagrodzie. Nikt do mnie nie zadzwonił, po prostu weszłam na stronę PZLA i odczytałam newsa!

W podobny sposób doszła do ciebie wiadomość o przyznaniu złotego medalu MME na 200 m po dyskwalifikacji rywalki…

Tak, o tym, że przyznano mi złoty medal MME w Ostrawie, dowiedziałam się na Mistrzostwach Polski od Eweliny Sętowskiej-Dryk, która pogratulowała mi zdobycia złota. Na początku myślałam, że Ewelina żartuje, co do imprezy w Bydgoszczy, a przecież biegi były dopiero przede mną. Dopiero potem weszłam na serwis PZLA i zorientowałam się, że chodzi jej o młodzieżówkę.

bieg_ania.jpg
Tak biegnie się po złoto! (fot. Facebook.com, archiwum Ani)

Fizycznie medal już do ciebie dotarł? Trochę szkoda, że ominęła cię feta związana ze zdobyciem złota, prawda?

Medal jeszcze do mnie nie dotarł. Powiem szczerze, że Ukrainka, którą potem zdyskwalifikowano za doping, od początku wydawała się dziwna. Wzbraniała się przed kontrolą po 100 m, zachowywała się dość agresywnie.  Tak, szkoda, że odebrano mi pełen triumf. To nie mój hymn był grany w Ostrawie, to nie ja stawałam na najwyższym stopniu podium, to nie ja wyjechałam ze złotem na szyi. No, ale ogólnie nie mam na co narzekać!

Twój debiut na jednej z najważniejszych imprez dla seniorów – Mistrzostwach  Świata, można zaliczyć do udanych. Pobiegłaś tam trzeci wynik w karierze, 23.34, do półfinału zabrakło niewiele. Jak wspominasz tę imprezę?

Bardzo miło. Traktowałam te zawody, jako nagrodę i świetny moment na zdobycie doświadczenia. Czułam się tam zupełnie jak kiedyś, gdy byłam juniorką i startowałam na Mistrzostwach Świata. Na pierwszej takiej imprezie moim celem było zakwalifikowanie się do półfinału i udało się, na kolejnej marzyłam o finale i zadanie wykonałam. Potem poprzeczka była zawieszona wyżej. Na Mistrzostwa Europy juniorów jechałam z medalowymi aspiracjami i przywiozłam wymarzoną „blachę”. Podobnie było przed Młodzieżowymi Mistrzostwami Europy – celem było podium. Na Mistrzostwach Świata w Korei, można powiedzieć najważniejszym starcie w moim życiu, chłonęłam atmosferę, obserwowałam najlepsze zawodniczki, zobaczyłam z bliska jak to wszystko wygląda. Teraz mam niedosyt! Już wiem jak to jest i chcę walczyć!

Szkoda tylko, że nie poszło wam w sztafecie 4×100 m, gdzie na drugiej zmianie Marika Popowicz  nie podała pałeczki Marcie Jeschke. Co tam się właściwie stało?

Hm, to były bardzo duże emocje. Ciężko o tym mówić. Byłam już po swoim indywidualnym starcie, ale sztafeta była dla mnie tym najważniejszym. Tam byłam odpowiedzialna za cztery osoby. Czułam się zestresowana, ale wydaje mi się, że dałam z siebie wszystko. Myślę, że jednak nie był to najlepszy dzień jako drużyny… Na treningach i obozach wychodziło nam dużo lepiej. Gdy ćwiczyłyśmy z Mariką, wszystko wyglądało idealnie. W eliminacjach MŚ dobiegłam do niej nieco za szybko i może w tym momencie „coś siadło”. Potem Marta, mówiąc naszym żargonem, urwała jedną stopę, ale to nie jest dużo. Trzeba też jasno powiedzieć, że nasza strefa zmian była mocno rozciągnięta – trzeba było zaryzykować. Czasem, aby dostać się do finału, trzeba pobiec na granicy zgubienia pałeczki. Zaryzykowałyśmy, nie udało się, trudno…  Może to dobrze, że taka sytuacja zdarzyła się teraz, abyśmy nie popełniały błędów na Igrzyskach.

No właśnie, wielkimi krokami zbliża się Londyn. Masz już jakieś olimpijskie aspiracje?

Akurat na te igrzyska nie zamierzam się zbytnio napalać, bo jestem przecież jeszcze bardzo młoda. Chcę się na nie dostać i wierzę w to, bo wtedy się udaje. Zależy mi, aby się dobrze zaprezentować, zdobyć doświadczenie na kolejne imprezy mistrzowskie. Wiadomo, że indywidualnie nie mamy szans na większy sukces, liczą się bardziej sztafety. Wszystko zależy nie tylko ode mnie, ale i dziewczyn.

IMG_9700.JPG
Rok olimpijski będzie najważniejszym sprawdzianem dla naszych zdolnych sprinterek
(fot. Aleksandra Szmigiel/bieganie.pl)

Ze sprinterkami jeździsz na obozy, przebywacie ze sobą bardzo dużo dni w roku. Musi między wami czasem iskrzyć. Jak to jest, czuć między wami rywalizację, czy raczej, jako sztafeta, koncentrujecie się na drużynie?

Wiadomo, że między kobietami bywa ciężko. Każda ma swoje humory, nie zawsze jest wspaniale. Teraz trenujemy razem, dopiero przygotowujemy się do zawodów, więc jeszcze nie czuć tej rywalizacji. Widać ją tuż przed zawodami, szczególnie na zgrupowaniach przed nimi. Zależy też jakie to są zawody, bo jeśli impreza mistrzowska, gdzie biegamy sztafetę, to walczymy o wspólny interes. Jeśli przed nami zawody, w których będziemy rywalizować o sukces indywidualny – napięcie rośnie… Wiadomo, jakie są baby!

W swojej karierze miałaś bardzo bolesny moment, trzy lata temu zmarł twój trener – Witold Banasikowski. Teraz współpracujesz z szkoleniowcem legendą – Edwardem Bugałą. Po wynikach widać, że raczej się dogadujecie?

Współpraca bardzo dobrze się układa. Trener jest bardzo wyrozumiały, zawsze reaguje na to, co dzieje się na treningu. Jeśli na treningu między odcinkami tętno mi wolno spada, co znaczy, że jestem mocno zmęczona, to trener automatycznie zmienia mi trening. Gdy słabo mi idzie, mówi „Dobra Ania! Koniec na dziś, idź do domu.” Podobnie jest, gdy widzi, że łapie mnie przeziębienie. Jego metoda brzmi: Nic na siłę! Ma bogate doświadczenie, za co go bardzo szanuję. Obdarza mnie też zaufaniem, gdy sama wyjeżdżam na obozy, mówi: "Ania ty wiesz, co i jak masz robić!".

W tym sezonie miałaś jakiś trudny moment?

Tak, na początku. Jeździłam z obozu na obóz, ciężko trenowałam, a pierwszy start poszedł po prostu tragicznie! Pobiegłam zdecydowanie poniżej możliwości, chyba 24.18 na 200 m, nie wiem do końca, bo nie chcę o tym pamiętać. Przed biegiem czułam, że nie będzie dobrze, bo nogi wydawały się bardzo ciężkie. Sezon halowy kończyłam wynikiem 23.60 więc nastawiałam się na co najmniej takie otwarcie na stadionie. To był dla mnie szok, zaczęłam się martwić jak to będzie z MME w Ostrawie… Na szczęście wtedy wspólnie z trenerem zaczęliśmy szukać błędu. No i okazało się, że jestem krótko mówiąc „zajechana”. Musiałam odpocząć. Prawie miesiąc lekkiego treningu zrobił swoje. Nagle wszystko ruszyło.

Jak na sprinterkę jesteś bardzo drobniutka. To geny, czy mało czasu spędzasz w siłowni?

Moja mama jest chudziutka, waży jedynie 47 kg, więc może w genach odziedziczyłam sylwetkę. Poza tym mam fobię, żeby nie mieć aż tak mocno umięśnionego ciała. Nawet czasem unikam siłowni, żeby nie mieć zbyt rozbudowanej góry. No, ale wiadomo, czy chcę, czy nie chcę – to, co potrzeba w treningu, należy zrobić. 

No to jak wygląda twoja „siłka”?

Trener Bugała wyznaje zasadę, że potrzebne są podstawowe dynamiczne ćwiczenia siłowe, a inne mogą tylko zaszkodzić. Robię więc przysiady, pajacyki, brzuchy, grzbiety, ćwiczenia na mięśnie dwugłowe czy łydki. Maksymalne obciążenie, jakie miałam to 80 kg w półprzysiadzie, to moja „życiówka” z obozu kadrowego.

Wielu trenerów mówi, że masz najlepsze predyspozycje do biegania 400 m. Czy w przyszłości zamierzasz biegać na tym dystansie?

Decyzja teoretycznie jest już podjęta, ale ciężko mi jest się do niej ustosunkować…

Czyli…?

Po Igrzyskach zaczynam koncentrować się na 400 m. Może nie tak „z grubej rury”, ale jednak trzeba się zacząć oswajać z dystansem. Na pewno będę biegać też moje koronne 200 m. Powiedzmy sobie szczerze, na imprezach mistrzowskich nie mamy większych szans indywidualnie. Może jakieś są, ale jeśli jest się sportowcem, który chce realizować marzenia i zdobywać medale, to trzeba robić to, co je przybliża.

ania_rpa.jpg
Ania na obozie w RPA (fot. Facebook.com, archiwum Ani)

Masz stracha przed 400-tką?

To jest strach wyłącznie przed zmęczeniem. Narasta, gdy rzadko biegam na tym dystansie. Aby liczyć na dobry wynik na 400 m, muszę się na nim „obiegać”.

Co robisz poza bieganiem?

Studiuję na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie na kierunku psychologia w zarządzaniu. Kiedyś byłam studentką AWF, ale na uczelni przez częste wyjazdy byłam gościem. Poza tym trudno było mi pogodzić wyczynowe trenowanie z zajęciami wysiłkowymi, więc zrezygnowałam. W sumie dobrze się stało, bo obecne studia są moją pasją. Moja mama miała w pracy dużo szkoleń na ten temat i mnie nimi zainteresowała. Umysłowe działanie, wiara w siebie, wyznaczanie celów – te rzeczy przydają się nawet w treningu. Na uczelni ludzie bardzo mi pomagają, pani od rosyjskiego zawsze powtarza, że trzeba wspierać sportowców, a pan Marek Wołkowycki, odpowiedzialny za sport, pomaga w papierkowej robocie. O słuszności wyboru studiów przekonał mnie dodatkowo test osobowościowy, który potwierdził, że nadaję się na ten kierunek (śmiech).

Twój chłopak jest fizjoterapeutą. To, że zajmuje się sportem daje ci pewnie duży komfort psychiczny?

Tak, on mnie bardzo dobrze rozumie, zresztą współpracował z naszą grupą sprinterek. Poznał od kuchni jak wygląda życie wyjazdowo-sportowe.

Masz już wyznaczone cele na przyszły sezon?

Na razie wolę głośno nie mówić o swoich celach. Mogę jedynie zdradzić, że chcę pokazać się zarówno na Mistrzostwach Europy i Igrzyskach. Bardzo bym chciała żeby nasza sztafeta odniosła sukces, bo tu jest nasze pole do popisu. Mam nadzieję, że będzie się między nami układać.


REKORDY ŻYCIOWE ANI:

100 m – 11.54   (2011)
200 m – 23.23   (2011)
400 m – 53.73
   (2009)