New Balance 1080v12
 
5 października 2014 Redakcja Bieganie.pl Sport

Logistyka Spartathlonu, czyli sześć maratonów na raz!


Bieg zaczyna się od okazania badań oraz odbioru pakietów startowych. Czasem jest jakieś zamieszanie, ale zawsze mówią „nie ma problemu” i wszystko można spokojnie załatwić, bo oni przecież nie lubią się denerwować, nigdzie się nie spieszą. Serwisanci i dziennikarze dostają akredytacje oraz obowiązkowe nalepki na samochody – regulamin zaleca bardzo ostrożną jazdę w trosce o bezpieczeństwo zawodników. Bieg odbywa się w ruchu, zatem biegacze są instruowani tak, aby biec lewą stroną jezdni, w niewielu przypadkach jest odwrotnie. 

2.jpg

Punkt po punkcie

Niektórzy biegacze, którzy chcą to wyzwania po prostu ukończyć nie inwestują w serwis, mogą, zatem zostawić na punktach kontrolnych worki ze swoją żywnością, piciem, ubraniami czy lekami. Oczywiście odnalezienie numeru ze swoim prowiantem, trochę trwa, jednak nie jesteśmy zdani wyłącznie na słabo wyposażone punkty (o tym nieco później). Każdy przed biegiem może oddać krew do analizy, aby później porównać swoje wyniki z morfologii na mecie. Ciekawy musi być zwłaszcza poziom kinazy kreatynowej – zdecydowanie wyższy od stanu przy zawale serca. Przed wyjazdem należy spakować jeszcze plecak z rzeczami pierwszej potrzeby i wejść z nim do autobusu, wtedy w przypadku nieukończenia rywalizacji mam, z czego skorzystać, bowiem wówczas w Sparcie się nie nocuje a cały bagaż jest składowany w głównym hotelu nieopodal Leonidasa. Oczywiście, jeśli masz serwis – nie myślisz zupełnie o niczym, nie licząc biegu na 246 kilometrów.
Z każdego hotelu, w którym są zakwaterowani zawodnicy odjeżdżają autokary na start i zaczyna się cała zabawa. Punkty kontrolne są ustawione mniej więcej, co 3,5 – 4,5 kilometra, łącznie jest ich 75. Zawodnicy znacznie wcześniej mają dostęp do informacji mówiących o ich wyposażeniu. Serwis może pomagać na: 42,2 km, 80 km, 93 km, 102,1 km, 112,9 km, 123,3 km, 139,8 km, 148,3 km, 159,5 km, 171,5 km, 186,1 km, 195,3 km, 212,3 km, 223,4 km, 236,6 km – czyli na 14 punktach oraz może biec obok zawodnika świętując z nim na finiszu, czyli ostatnim kilometrze. Na pięciu punktach: 80 km, 123,3 km, 148,3 km, 171,5 km, 195,3 km oraz 223,4 km jest dostępna opieka medyczna oraz profesjonalny masaż, nastawianie kręgów. Na pozostałych zawodnik może liczyć wyłącznie na pomoc mniej lub bardziej wykwalifikowanego serwisu. W pozostałych punktach niewymienionych w tekście dozwolony jest wyłącznie standardowy doping kibicowski, oczywiście można poprosić w nocy o zaparzenie herbaty, ale wyłącznie, gdy jest ona dostępna na punkcie. Serwis nie może dotykać, ani nic podawać zawodnikowi, bowiem wolontariusze mogą o tym poinformować sędziów i biegacz zostanie zdyskwalifikowany. Teoretycznie pomoc pomiędzy punktami jest możliwa, w praktyce również – jednak serwis oraz biegacz muszą mieć świadomość, że w każdej chwili gdzieś z krzaków mogą wyjechać sędziowie lub policjanci i konsekwencją takiego zachowania jest koniec wyścigu. Samochody rzeczywiście krążą, czasem gaszą światła i czekają w bocznej uliczce, gdy zatrzymujesz się na załatwienie własnych potrzeb mogę podjechać i spojrzeć czy rzeczywiście tak jest.
Żadnych wygód
Założeniem Spartathlonu jest to, że ma być ciężko i już. To jest pierwsza zasada – Filipides zatrzymywał się w wioskach oddalonych od siebie o wiele kilometrów (przecież to była Starożytność), zatem nie mógł liczyć na pomoc zbyt często. Nie mógł także liczyć na ciepłe posiłki, dlatego na trasie jest ich tylko… 2 lub 3. Tyle udało mi się dostrzec, bo Andrzej ich potrzebował, ale ciągle tylko mówiliśmy – „masz herbatę”. Na 80 kilometrze był dość zimny makaron, na 159 kilometrze zupa własnej roboty oraz na 171 makaron lub ziemniaki. I to wszystko! Wcześniej każdy otrzymał dokumenty opisujące, co jest w wyposażeniu każdego punktu. Dominuje woda, krakersy, banany, chipsy, miód, rodzynki i izotoniki. Czasami jest to jogurt, herbata lub żel energetyczny, jednak po 80 kilometrze zawodnicy mają już ich dość, bo są za słodkie dla organizmu. Chcą zwyczajnie coś zjeść, ale Filipides nie miał wykwintnych dań w swojej sakiewce. Organizatorzy często otrzymują maile z zapytaniami, dlaczego punkty odżywce są tak ubogie, ale od lat nie zdecydowali się na to, aby zmienić regulamin – ma być ciężko. To jest Sparta, a nie wycieczka all inclusive!

 

1.jpg

 

Limity czasu i limit na mecie
Teoretycznie, aby zmieścić się w limicie 36 godzin na dystansie 246 kilometrów nawet w dość górzystym terenie zdecydowaną większość dystansu można pokonać idąc, ale nie ma tak dobrze. Każdy punkt ma limit czasowy, co zmusza zawodników do narzucenia zdecydowanie szybszego tempa od wymaganego czasu na mecie. Dla przykładu weźmy 80. Kilometr. Punkt zamykano o 16:30. Andrzej biegł z zawrotnym tempie 5:13 na km i był tam o 14:00. Wyprzedzał 340 zawodników, a punkt był otwarty już od dwóch godzin! Zatem na początku trzeba cały czas truchtać – nie ma innej możliwości, aby zameldować się, chociaż w Koryncie. Bywają lata, kiedy 1/3 zawodników odpada już na tym etapie rywalizacji. Jeśli wyrobimy sobie komfort czasowy, o tym mówił podczas jednego z wywiadów Zbigniew Malinowski, zyskamy psychiczny luz, bo później limity są już mniej wymagające i mamy znacznie więcej czasu na masaż odpoczynek lub sen. Przykład? 123 kilometr – dystans maratonu od Koryntu i aż 6:30 na jego pokonanie. Punkt zamykali o 23.00.
Wolontariusze
Kiedy siedzieliśmy na jednym z punktów w oczekiwaniu na Andrzeja zastanawialiśmy się ile płacą tym ludziom siedzącym i marznącym przez całą noc, aby zapisywać numery, czasy przybiegnięcia i wybiegnięcia z punktów, aby nalać wody, herbaty, okryć kocem zmęczonego biegacza… odpowiedź brzmi – ani jednego euro. Ludzie robią to dla przychody, chcą uczestniczyć w wydarzeniu głośnym na całą Grecję. Wyobrażacie sobie obstawić tak długą trasę tyloma wolontariuszami, który, na co dzień piją kawkę i patrzą jak leniwie na greckiej wiosce toczy się życie i słońce krąży po niebie? Szacunek dla nich, z ręką na sercu – chciało im się.
Trasa i eskorta
Przez calutką trasę aktualny lider wyścigu jest eskortowany przez radiowóz policyjny. W nocy łatwo można się zgubić, ale oprócz znaków tradycyjnych „Spartathlon” są również namalowane na asfalcie strzałki z oznaczeniami „SP” we wszystkich momentach, na każdym zakręcie i skrzyżowaniu, – zatem od punktu do punktu nawet majaczący i mający zwidy biegacz jakoś trafi.
Meta
Namiot medyczny, wózki inwalidzkie, łóżka i krzesełka, gdy pod koniec biegu odstępy między startującymi a kończącymi są większe – to wszystko czeka na zawodników. Jest oprawa muzyczna, wyczytywanie, jaki numer, imię i nazwisko wbiega na ostatnią prostą. Każdy otrzymuje od dziewicy dzban wody oraz jest dekorowany przez oficjeli. Później taksówka dowożąca do hotelu lub też do autobusu, który wiezie do innego hotelu poza Spartę. W tym roku doszło do takiej sytuacji, bowiem ukończyła rekordowa liczba uczestników. Na 359 do mety dotarło aż 207.
Opium w powietrzu
Starożytni je stosowali i chyba wciąż unosi się w powietrzu na Peloponezie, choć na to organizatorzy nie mają już wpływu… 

Andrzej Radzikowski – gdy wbiegał był już w Sparcie i czekałem na nieco na mecie, a Dariusz asystował mu na finiszu, zniecierpliwiony, rzekł: „GDZIE JEST TEN NEPTUN”? W Gdańsku – odparł Darek – to Leonidas.
W połowie trasy, Andrzej był tak świeży, że zbierało mu się na żarty. Na jednym z punktów, pracowała bardzo ładna fizjoterapeutka. Podczas masażu, Andrzej mówi: powiedz jej, że chętnie z nią tu zostanę. No i powiedziałem. Dziewczyna zaczęła się śmiać, ale drugim fizjoterapeutą był… jej chłopak. Wkurzył się. „Zobaczysz zaraz tak wymasuje Ci klejnoty…” 

 

3.jpg

Piotr Sawicki – w nocy przez 30 kilometrów gonił go pies, w którego rzucał patykami i kamieniami, a kiedy się odwracał on wciąż był za nim… widzieliśmy tego psa, ale do biegu się nie kwapił… chociaż może Piotr spodobał mu się bardziej. „Czemu nie podeszliście do mnie na mecie – krzyczałem do Was, byliście przy namiocie medycznym, kiedy mnie tam zabierali.” W momencie, kiedy Piotr wbiegał na metę wszyscy trzej spaliśmy w hotelu… 
Zbigniew Malinowski – w tym przypadku opium udzieliło się jednej z wolontariuszek. Zbigniew mówił, że jedyne, z czym zmagał się na trasie – był sen. Raz na jakiś czas drzemał. Kiedy był sam, powiedział do wolontariuszki obudź mnie za 15 minut. I tak minęła… godzina. Zbyszek się obudził, spojrzał na zegarek i pobiegł. Szczęście, że miał rezerwę czasową, bo kompletnie o nim zapomnieli. 
Paweł Kotlarz – tutaj opium udzieliło się… serwisantowi. Najlepsza akcja! Pomagający głównie Zbigniewowi Andrzej był już na mecie, dwukrotnie obsługiwał także Pawła Kotlarza, który dzielnie walczył z limitem i ostatecznie dobiegł w czasie 35:45. Kiedy wbiegał, Andrzej robił mu zdjęcia, kręcił filmik oraz podał wolontariuszce flagę. Ta owinęła biegacza, ale ten jej nie chciał, wolontariuszka oddała ją, a Andrzej wrócił wściekły do samochodu. Mówił: „flagi się wstydzisz, chłopaki Cię zlinczują, zobaczysz”. Po czym dzwoni telefon… pani Wiola z polskiej szkoły – Paweł będzie za pół godziny na mecie, szykuj flagę! – Jaką flagę? – przecież on już dobiegł! Andrzej spojrzał na zdjęcia, a na numerze startowym zagraniczne nazwisko – nie ten chłop! 
Jacek Latała i Marcin Zieliński – Jackowi nie udało się dobiec do końca, Marcin zawody ukończył. To, co panowie wyrabiają nie nadaje się już do tekstu, jednak z tego miejsca apeluję do środowiska biegaczy, zwłaszcza ultrasów – ZAŁÓŻCIE KABARET! 

PS. silne działanie opium sprawiło, że jeden z Greków powtórzył wyczyn Yiannisa Kurosa. Filipides musiał jakoś wrócić ze Sparty do Aten… grecki zawodnik dobiegł do Sparty, odpoczął 5 godzin i wrócił biegiem do stolicy! Zdążył prosto na dekorację, która odbywała się w poniedziałek o 20.00.