25 grudnia 2014 Redakcja Bieganie.pl Sport

Kilian Jornet bije rekord na najwyższym szczycie obu Ameryk – Aconcagua


Kilian Jornet bije kolejny rekord w ramach projektu Summits of My Life. Tym razem celem był najwyższy szczyt obu Ameryk – Aconcagua (6962 m n.p.m.). 

1.jpg

Kilian Jornet, który w zorganizowanych zawodach górskiego ultra wygrał już chyba wszystko, co było możliwe, w miniony wtorek – 23 grudnia zrealizował kolejny etap projektu Summits of My Life. Autorski program Katalończyka obejmuje rekordy zdobycia kilku z najważniejszych szczytów świata. Na liście celów do osiągnięcia brakuje już tylko Elbrusa (ubiegłoroczna próba nieudana z powodu złej pogody) oraz… Mt Everest.

Zanim jednak Kilian pokusi się o rekord na najwyższym szczycie świata, wybrał się na wyprawę w Andy, aby zaatakować Aconcaguę, najwyższą górę Andów. Po bardzo krótkiej aklimatyzacji, która trwała zaledwie kilka dni, 15 grudnia Kilian pierwszy raz zdobył szczyt w ramach rozpoznania.  – Spędziliśmy w okolicy ok. 2 tygodni, ale pewnie przydałoby się jeszcze kilka dni, żeby się optymalnie przygotować. Bardzo doskwierała mi wysokość, szczególnie od 6500 m w górę. Czułem, że mózg mi ściska i ciężko mi było dalej napierać.

Od początku wyprawy kluczową kwestią była pogoda, a szczególnie mocny wiatr, osiągający 90km/h. To on przeszkodził Jornetowi w osiągnięciu szczytu podczas pierwszej próby bicia rekordu w miniony piątek. 
Po kolejnych kilku dniach Kilian ponowił próbę – może chciał sobie sprawić prezent pod choinkę? 
W Wigilię Bożego Narodzenia o godzinie 6:00 wyruszył z Horcones, stróżówki parku narodowego. Trasa liczyła niespełna 60 km, w tym prawie 4000 m podejść. Kilian osiągnął wierzchołek po 8 godzinach i 45 minutach od startu. Na szczycie spędził kwadrans, zbierając siły na drogę powrotną i podziwiając wspaniałe widoki.
Droga w dół nie była łatwa. Choroba wysokościowa doskwierała mi przez całą drogę od szczytu do Plaza de Mulas (4300 m n.p.m.). Ciągle traciłem równowagę, mięśnie najwyraźniej nie miały ochoty słuchać głowy, co sprawiało, że upadałem. W Plaza de Mulas zatrzymałem się na 20 minut. Zjadłem coś, porządnie się napiłem i stopniowo wróciło mi dobre samopoczucie. Przede mną był zbieg do Horcones, na którym dobrze mi się biegło, dzięki czemu ukończyłem próbę w dobrym czasie.

Ten czas – 12 godzin i 49 minut – to nowy rekord i dobry prognostyk przed planowanym na 2015 rok uwieńczeniem kilkuletnich starań – pobiciem rekordu wejścia na Mt. Everest.

Redakcja Bieganie.pl