2 maja 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Jazda konna kluczem do medalu Mistrzostw Europy? Rozmowa z Patrycją Bereznowską


Jechała po rekord życiowy, a poprawiła Rekord Polski  i wróciła do kraju z trzema medalami; srebrem mistrzostw Europy indywidualnie, brązem mistrzostw świata oraz także srebrem Starego Kontynentu (oba drużynowo). W 24 godziny przebiegła 233,395 km, ale wciąż mało jej biegania. Ile regenerowała się po biegu? Jak walczyła o medal w Turynie? I wreszcie… jak jazda konna pomogła jej w bieganiu? Zapraszamy do lektury wywiadu z Patrycją Bereznowską.

* * *

Bieganie.pl: Emocje już opadły, rany już się zagoiły… jak ze spokojną głową podsumujesz swoje 24-godziny biegu w Turynie?

Patrycja Bereznowska: Wrażenia bardzo pozytywne, bo szczerze mówiąc oczekiwania były mniejsze niż efekt końcowy. Wiedziałam, że jestem w życiowej formie, ale podczas biegu ultra tak wiele czynników ma wpływ na wynik, że dobra forma to nie wszystko. Podejrzewałam, że jestem wstanie zrobić wynik pomiędzy 220, a 230 kilometrów.

A zrobiłaś ponad 233. Przed samym startem powiedziałem, że będzie rekord Polski. Zaśmiałaś się wtedy…

(śmiech) Gdzieś z tyłu głowy to miałam, marzyło mi się, ale jak mówię zbyt wiele czynników się na to składa, aby przewidywać. Dużo rzeczy zgrało się tego dnia. Wprawdzie poprzednie biegi znosiłam lepiej, jeśli chodzi o żołądek, tutaj problem pojawił się już po 6 godzinach, ale jak ten problem został zażegnany, to już później zagrało wszystko.

Z perspektywy namiotu serwisowego Twoja pomocniczka miała w cudzysłowie najmniej pracy, wiedziałaś, czego chciałaś, nigdy nie było niespodzianki, chaosu. Miałaś zaplanowany każdy szczegół? Rozpisany plan żywieniowy od A do Z?

Nie miałam rozpiski, ale w głowie miałam ułożone wszystko, ponieważ mam doświadczenie z konnych rajdów długodystansowych (Tevis Cup). Wiedziałam, że logistyka w tego typu zawodach jest bardzo ważna. Na treningach dużo czasu poświęcam na przemyślenia dotyczące właśnie tych elementów, analizuję każdy punkt. Moja serwisantka Asia była na zawodach ultra pierwszy raz, jednak jeździła ze mną na rajdy konne i wiedziałam, że się sprawdzi i mogę jej zaufać. Gdy nie powiedziałam jej, co chcę na następną pętli to, gdy dobiegałam, dostawałam to, o czym myślałam.

Chodzi o team spirit? Musi zagrać wszystko, musi być atmosfera, aby osiągnąć taki sukces?

Zawodnik czasami jest tak zmęczony, że już nie myśli, albo przestaje myśleć rozsądnie, albo o czymś zapomni. Ja się śmieję, że pobiegłam na srebro, ale Asia serwisowała na złoto.

Podczas biegu stwarzałaś wrażenie, że ogarnia Cię tzw. spokój olimpijski. Spokój mistrzyni, pełna kontrola. To były pozory czy faktycznie potrafisz być tam opanowana?

Jestem osobą spokojną, ale to też doświadczenie z jazdy konnej. Musiałam się tego nauczyć. W takich zawodach człowiek i koń są traktowani, jako para, jeżeli człowiek się denerwuje, to koń to wyczuwa i również często jest zdenerwowany. Bardzo źle to na niego wpływa, a że oceniane jest jego tętno, ma to bezpośrednie znaczenie.  Ono musi być niskie, zatem musi być spokojny. Siłą rzeczy musiałam się tego spokoju nauczyć. Od wielu lat trenuję także tai-chi, to jest sport dla bardzo opanowanych i cierpliwych ludzi. Po co się denerwować, to w niczym nie pomaga. Może przychodzi mi to trochę naturalnie…

Każda pętla i serwis wyglądał u Ciebie tak samo. Odrzucałaś buteleczkę, brałaś buteleczkę i biegłaś dalej, żadnego zachwiania, poważniejszego momentu kryzysowego. Zawsze wiedziałaś, czego chciałaś, jak to możliwe?

Ludzie, którzy nie biegają takich rzeczy zawsze mnie pytają: „Boże jak tak można, co Ty sobie myślisz przez tyle czasu?”. A tak naprawdę to nie ma go zbyt wiele i ciągle jest, o czym myśleć. Człowiek cały czas się zastanawia, co powinien zjeść, co powinien wypić na następnej pętli, jak to rozłożyć, za ile… masz kilkanaście minut na zastanowienie. Praktycznie poza tym momentem, gdzie miałam problemy z żołądkiem, żadnego kryzysu nie miałam, ani przez moment nie opadłam z sił, nie zgubiłam rytmu biegu, nie czułam też niechęci do dalszego wysiłku. Raczej czekałam na nocną rywalizację, lubię wtedy biegać. Wiem, że sporo rywalek wtedy odpada i klaruje się faktyczna czołówka i zaczyna się walka. Mam taki charakter, że to mnie mobilizuje i zmęczenie odchodzi na dalszy plan.

Właśnie w nocy okazało się, że macie szanse na medal w drużynie i wówczas zaczęłyście biegać po… kolarsku. W trzyosobowym peletonie. Czy to rzeczywiście pomagało? Jak wyglądała wasza współpraca na pętlach?

Bez wątpienia to bardzo pomagało. Namawiałam do tego dziewczyny, żebyśmy współpracowały w teamie, oczywiście nie działa to tak jak w kolarstwie, że jest jakiś pęd powietrza. Biegnąć wspólnie łatwiej jest utrzymać odpowiedni krok oraz stałe tempo, można też kontrolować sytuację, jak każda się czuje, do tego dochodzi jeszcze możliwość motywacji. Poza tym zauważyłam, że Brytyjki, nasze główne rywalki na trasie nie biegały drużynowo i to była nasza przewaga.

Kiedy Agata Matejczuk zemdlała i została odniesiona do namiotu medycznego, ekipa Brytyjska zaczęła się cieszyć, czy to podrażniło ambicje, czy w ogóle nie wiedziałaś o tym fakcie?

Nie wiedziałam nic. Usłyszałam tylko od Oli Niwińskiej „Agata padła”, ale nie odebrałam tego dosłownie, myślałam po prostu, że opadła z sił. Widziałam wbiegając na stadion, że odnoszą jakąś dziewczynę do namiotu, ale nosze były takie głębokie, że nie wiedziałam, kto to jest. Pomyślałam sobie „Boże, jaka biedna dziewczyna”. Nasz serwis nic mi nie powiedział. Z jednej strony dobrze, bo się nie denerwowałam, ale z drugiej strony walcząc o drużynowy medal taka informacja powinna być. W każdym razie w ostatnich dwóch godzinach walczyłam o medal indywidualnie i dzięki temu przyspieszyłam. Skończyło się bardzo szczęśliwie.

Po takim wysiłku, po trzech medalach i 233 km zregenerowałaś się w ekspresowym tempie. Ile Ci to dokładnie zajęło?

Praktycznie od razu poszłam na spacer, potem na konie i rower, a pierwszą przebieżkę zrobiłam po tygodniu. Zregenerowałam się bardzo szybko. Praktycznie 2 tygodnie po starcie już truchtałam sobie po 10-12 a nawet 16 kilometrów. To był mój trzeci biegu 24-godzinnny i doszłam do siebie zdecydowanie najszybciej. Już 10 maja planuję start w ultra maratonie Podkarpackim…

To bardzo wcześnie. Zaledwie miesiąc po tak wyczerpującej imprezie. Jakie są Twoje startowe plany na przyszłość. Chodzi mi to takie poważniejsze zawody? 

Nie pcham się w góry, bo mieszkam w Warszawie i uważam, że aby ścigać się na wysokim poziomie, trzeba mieć dobrze opanowanie nie tylko podbiegi, ale także zbiegi. Tutaj niby mam Falenicę, ale to są bardziej piachy, patrząc realnie nie mam się gdzie tak solidnie to tego przygotować. Planuję start w mistrzostwach Polski w biegu 24-godzinnym pod koniec września. Marzy mi się szybka setka… jednak termin tej organizowanej w Kaliszu jest w październiku i to ewidentnie koliduje. Będę musiała poszukać jakiejś atestowanej trasy w innym terminie. Kolejną rzeczą, którą chciałabym zrobić w przyszłości jest powtórzenie biegu 6-godzinnego, bo w zeszłym roku popiłam rekord Polski, ale później okazało się, że trasa nie ma atestu.

A planujesz wyruszyć na podbój świata? W przyszłym roku np. Spartathlon?

Tak. Na razie to oczywiście plany, ale chcę pobiec w Grecji, coraz poważniej o tym myślę. Rozmawiałam z Pawłem Szynalem i miło było usłyszeć, że on też myśli o tym starcie. Bardzo poważnie myślę też o Western States…, bo to taki powrót do korzeni dla mnie, ten bieg wywodzi się przecież z długodystansowych rajdów konnych. Przeraża mnie trochę ta wysokość, te góry, ale na ten bieg bardzo mnie ciągnie. Póki, co jednak zejdźmy na ziemię – start w Rzeszowie.

Redakcja Bieganie.pl