28 września 2014 Redakcja Bieganie.pl Sport

Gdy emocje już opadną – reportaż ze Spartathlonu 2014


Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz – tak to była wielka bitwa i emocje już opadają, zatem patrząc na góry okalające Spartę, w które wykształciły charakter najlepszych wojowników w historii ludzkości, postaram się, choć w przybliżeniu opisać to, co działo się na trasie biegu śladami Filipidesa, czyli Spartathlonie 2014 – ultramaratonie z Aten do Sparty.

Na wstępie, chciałbym zaznaczyć, że faktycznie jak ktoś słusznie nadmienił w komentarzach byłem także serwismenem Andrzeja i był on zdecydowanie najważniejszy w tym całym zamieszaniu i na brak pracy nie narzekałem. Na środku greckiego pustkowia, gdzieś w ciemnej głuszy sieć internetowa często zawodziła, a śląc SMSy redakcyjnemu koledze nie mogłem liczyć na to, że mu się zwyczajnie nie przyśnie. Ale koniec z usprawiedliwieniami… biegnijmy, zatem z Aten do Sparty.

Zobacz finisz Andrzeja Radzikowskiego – trzeciego na mecie!

Niewiele zabrakło, a Andrzej Radzikowski nie miałby żadnego serwismena na trasie, bowiem tuż przed wyjazdem, gdy nasza kadra siedziała już w autokarach pewien serdeczny Duńczyk zauważył, że mam niepokojąco mało powietrza w przedniej oponie auta… pompki brak a w bagażniku tylko dojazdówka. Start za godzinę. Plan był taki, że jedziemy za autokarem, bo nie znamy drogi pod sam Akropol, zamiast tego szukaliśmy kompresora na stacji i na szczęście koła nie trzeba było wymieniać powietrze nie uchodziło później w ogóle. Ledwo zdążyliśmy na start, o czym oczywiście nikt nie wiedział. Nie mieliśmy jednak czasu i szybko zabraliśmy się do pracy. Z początku sielanka wszyscy trąbią, biegacze machają – dziecinna igraszka. Na pierwszym punkcie trzech naszych kadrowiczów biegnie zbyt szybko (Andrzej i Piotr Sawicki razem oraz Piotr Kuryło na czele). Piotrek Kuryło podyktował zawrotne tempo i zapłacił za to już po 60 km, kiedy dopadły go problemy żołądkowe. Próbowaliśmy pomagać, ale cola na punktach nie pomagała, a Piotr piwa nie spożywa. Cierpiał, bardzo cierpiał, a bieg dopiero się rozpoczął. 

Andrzej i Piotr również biegli zbyt żwawo mimo naszych wielu prób. Po co przypominać, że to Spartathlon i przed nimi 246,8 km do Sparty i jeszcze dobieg do Leonidasa? Przecież to wiedzą. W rezultacie w gorącej wodzie kąpany Andrzej i wtórujący mu Piotr dotarli na 80 km w czasie o 45 minut za szybkim. Wówczas udało się trochę przemówić do rozsądku, bo tempo po 5:13 w górzystym terenie jest jakimś absurdem. Rywale się wykruszali, czołówka się zmieniała i nasza dwójka pięła się w górę stawki. Kuryło z kolei szedł – to była jego walka na przetrzymanie. Żołądek kontra głowa. Dopiero po jakichś 110-120 km ostatecznie zwyciężyła głowa i za to wielkie brawa i ogromny szacunek. Ultrasi się nie poddają!

22.jpg 

Karawana wbiegła na szuter w malownicze gaje oliwne oraz winnice. Było pięknie, również dla biegaczy. My uwijaliśmy się jak w ukropie, automatyzm ruchu. Gdy Polacy byli na punkcie robiliśmy taki rabat, że nawet grecki naród zachowywał się jak szwajcarski zegarek i to była chyba składowa sukcesu. Wielu rywali bywało na punktach przez 30 sekund, a my dbaliśmy o odnowę biologiczną o wyposażenie, wyżywienie, picie oraz suche przebranie, co procentowało, że po kilku kilometrach za punktem rywale znów tracili… pozorna oszczędność czasu. Mieliśmy jednak poważny kłopot. Obsługiwaliśmy Andrzeja i Piotra a różnica między nimi rosła. Gdy zapadał zmrok musieliśmy podjąć ważną i okrutną decyzję zostajemy wyłącznie z Radzikowskim, chyba, że Sawicki odrobi straty. Zostawiłem Darka Ciećwierza na punkcie na 140 km i jak Kubica (na szczęście nie z takimi samymi efektami) na rajdach popędziłem, aby dostarczyć Piotrowi czołówkę i poinformować, że zostawiamy jego konieczne rzeczy na punkcie i musi liczyć już wyłącznie na same przepaki. Gdy wreszcie go odnalazłem idąc drogą krzyknął: Nawet nie masz pojęcia jak miło cię tutaj widzieć. Zrobiłem, co należało, spełniłem przysłowiowe trzy życzenia i gnam w drugą stronę. Andrzej był już wtedy trzeci i stracił podium właśnie przez długi serwis, ale wiedzieliśmy, że czeka go najcięższe 30 km w życiu. Następny punkt kontrolny był na 148,5 m. Tak szkoda zrobiło się nam Piotra, że stwierdziliśmy, że nie można zostawić go przed najważniejszym punktem. Facet zebrał się w sobie i przyspieszył. Pojawił się 25 minut po Andrzeju… byliśmy na styk. Dostał suche, ciepłe rzeczy porcje jedzenia, witam i minerałów i rzucił: „jeszcze się spotkamy”. Znów włączył się Kubica i teleport na kolejny punkt… Andrzej wbiega, my wjeżdżamy i wymiana opon jak w F1, nawet się nie zorientował, że coś nie jest pod kontrolą… my zorientowaliśmy się już przed największym podejściem, przed zmorą, Spartathlonu, czyli odcinkiem 159 – 171 km. Torba z batonami została przy stoliku na poprzednim punkcie. Straciliśmy cenną rzecz przez pośpiech… BŁĄD NUMER JEDEN.

2_1.jpg 

Andrzej przybiega, jako piąty z 10-minutową stratą do Niemca Floriana i minutową do kolejnego. Ivan Cudin poza zasięgiem, Jon Olsen również… góra dostał trochę obelg, ale mój pseudomasaż i pseudozupa do Darka podobno pomogły, nasz Filipides ruszył do boju na najtrudniejszym odcinku. Bałem się tego, gdy czekaliśmy na niego bardzo długo na zbiegu. Cudin miażdżył, Amerykanie się denerwowali, a tutaj pojawia się Florian…, który nadrobił aż 30 minut!!! Wtedy przeklinałem, że Andrzej nie pobiegł Rzeźnika, bo taki był plan. Piotrek Sawicki był czwarty i wiedzieliśmy, że na tym odcinku sobie poradzi. – Minuty ciągną się jak godziny – powiedziałem do serwisantów Olsena. Zgodzili się i razem się zaśmialiśmy, lecz nie było nam do śmiechu, kiedy zobaczyliśmy jak wyglądają nasi biegacze. Olsen przybiegł dość sporo za Niemcem, co było dla nas szokiem. Był nieziemsko zmęczony, ale „ogarnął się” i Team USA ruszył dalej. My jak na szpilkach… przyjechał serwis Kuryły. Wieści z drugiej strony góry, że Piotrki wpadły razem i dostały pełną obsługę. Bardzo mili i pomocni ludzie i chciałbym na łamach serwisu im serdecznie podziękować. Serwisantka Piotra powiedziała, że aż jej się serce krajało, gdy ten wszedł taki smutny i nieśmiało zapytał czy może liczyć na pomoc, a oni, że Polska to jedna drużyna i jedziemy. Raźniej im było razem na tej górze i jak się później okazało Sawicki rzeczywiście spisał się tam bardzo dobrze. Wtedy pojawił się drugi z Niemców oraz Andrzej. Ja byłem od masażu i ciepła, a Darek od jedzenia i picia. Krzyknąłem tylko „hot potatos” i panie zaczęły się uwijać (jak się okazało, ziemniaki były ostatnim zjadliwym ciepłym posiłkiem na trasie, ale to temat na inny tekst), a my musieliśmy posklejać do kupy zwłoki Andrzeja. Wyglądał fatalnie, czuł się jeszcze gorzej i kładąc się na materacu do masażu wydusił z siebie ten bieg zabiera całe serce, jak to strasznie boli. Reszta to tylko jęki bólu przy masażu i błaganie, żeby jeszcze nie wstawać. Znów pomogli nam złoci ludzie od Piotrka Kuryły, ale najbardziej nieoceniona była pomoc… Niemca, który zastygły na krzesełku wstał i rozległy się brawa. Na Andrzeja zadziałało to najlepiej… kuśtykając wypchnęliśmy go ze łzami z gardle i w oczach patrząc na to naprawdę nadludzkie cierpienie z własnego przecież wyboru, ale jednak nadludzkie… Ostatnie „płaskie” 70 km po asfalcie było szansą Andrzeja, tam jest maszyną, jest specjalistą od krążenia po pętlach i w ciemnym polu szybko dopadł rywala i awansował na czwarte miejsce, mimo że jego mięśnie czworogłowe jeszcze kilkanaście minut wcześniej nadawały się bardziej na jakiś doktorat z medycyny niż bieg poniżej 6 minut na kilometr.

Maszyna ruszyła. Na kolejnym punkcie Andrzej miał 27 minut straty do Olsena… na kolejnym Olsen skończył serwis a na horyzoncie pojawiła się już lampka naszego ultrasa. Wiedzieliśmy, że nie można się spieszyć,  bluza z długim rękawem, herbata, sucharki i mięta na żołądek… bardzo się ucieszył, gdy poczuł jej smak. Solidny, ale krótki masaż i rekin poczuł krew. W oczach pojawił się obłęd i już wiedzieliśmy co się święci. „Podjarani” pognaliśmy sprawdzić, jaka będzie różnica na następnym punkcie i opakowanie z miętą pozostało na poprzednim punkcie odżywczym…BŁĄD NUMER DWA. Wściekłość na 195 kilometrze przy szukaniu mięty i zrzucanie winy na siebie… Andrzej nie dostanie mięty, Andrzej nie może o niej pomyśleć. Tymczasem Amerykanie z niepokojem słuchali wieści, że na punkcie pomiędzy tymi, na którym możemy pomagać chłopaki biegną już praktycznie razem. Plan na poczekaniu. Na punkcie były łóżka do masażu, zatem wiedzieliśmy, że Andrzej natychmiast się położy, ale my chcieliśmy obsłużyć go blisko stolika sędziowskiego na dwóch krzesełkach, aby tego nie widział i tam go chwilę pomasować, aby nie tracił kontaktu z Olsenem, który zawsze wyglądał tam samo… był suchy i świeży i nigdy nie potrzebował masażu ani rozciągania. DOBRY POMYSŁ.

78.jpg

Radzikowski wbiega, jako pierwszy, Olsena nie widać, siadamy i jedziemy z „koksem”, ale sędzia mówi, że tam są łóżka i są dla nas do dyspozycji i wtedy wyrwało mi się niekontrolowanie głośne „NO”. Darek dołożył swoje i zaczęto nam grozić usunięciem z rywalizacji, jednak to Andrzej był najważniejszy, więc szybko na łóżko i pretensje, że przecież jest łóżko! NIEWYPAŁ. Andrzej mówi, że Olsen marznie, że jest po nim… no to trzeba go już tylko dobić. Wypuszczamy, zatem naszego biegacza z punktu w momencie, gdy Amerykanin wbiega, żeby go zdeprymować. BŁĄD NUMER TRZY. Olsen rzeczywiście miał tylko koszulkę na ramiączka i zakładane rękawki „podszyte” wiatrem, ale nasz kochany Andrzejek nie miał na sobie futra, tylko bluzkę z długim rękawem. Wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy, że trans i obłęd w oczach nie będą trwać do samej mety

 

Na punkcie z km 212 przemarzliśmy na kość. Czekamy my, czekają Amerykanie… długie 17 km bez pomocy, a do mety jeszcze ponad maraton! Zacząłem rozmawiać z parą zza Wielkiej Wody:  Jon powiedział, że nie potrzebuje ciepłych ubrań, bo jest gorącym chłopakiem z Kalifornii martwili się. Wtedy ja rozpocząłem wykład o tym, że to dodatkowa utrata kalorii na ogrzanie organizmu, że to fatalny pomysł i teraz musicie go ubrać, bo nie ukończy biegu. My przecież daliśmy Andrzejkowi bluzkę już dużo wcześniej. Wieści były niepokojące… długo nie pojawiali się na punktach kontrolnych, wreszcie dotarła informacja, że nr. 280 jest, ale o Olsenie nic nie wiadomo. Po kilkunastu minutach przyjechało auto sędziego i Amerykanie zawrócili swoje auto… pomachali nam na pożegnanie. Jon Olsen zakończył swój udział w Spartathlonie z powodu wychłodzenia organizmu. Hipotermia. Pod Akropolem zrobiłem Andrzejowi zdjęcie z Jonem… mistrz Polski wykończył mistrza świata. Niesamowite – tak sobie wówczas pomyślałem. Przyjechał serwis Piotrka Kuryły – Andrzej błaga o maść rozgrzewającą i ciepłe ubrania… ledwo się toczy. Musimy mu pomóc – powiedzieli. Wyjęliśmy wszystko, punkt składał się tylko ze stolika przy drodze na otwartej przestrzeni. Nasze rzeczy z bagażnika były nieprzyjemnie zimne, ręczniki do okrycia (kocy oczywiście na punkcie nie było) jakby wilgotne. „Idzie” Andrzej… jeden ze smutniejszych widoków, wyglądał jak siódme nieszczęście… był soplem lodu, z zamarzniętą duszą i przemarzniętym morale. Był obojętny, a to najgorszy z możliwych stanów, gdy walczysz o… życie. Zapadł się w tym wszystkim, czym go okryliśmy, coś tylko mruczał. Zaczęliśmy go masować na rozgrzanie, ale to wciąż było za mało. Zdjąłem, zatem swoje „robocze”, misiowate, wieśniackie, ale ciepłe spodnie dresowe oraz równie ciepłą i mniej wieśniacką bluzę. Pani z opieki medycznej rozmawiała przez krótkofalówkę, podjechała policja… serwisantka Kuryły znała Grecki i odsłuchała rozmowę. Zdejmą go, jeśli zaraz się nie pobudzi, musi wstać – powiedziała. Andrzej miał to gdzieś, ale podnieśliśmy go i drąc się wniebogłosy wypuściliśmy w ciemność, szedł bardzo nieporadnie… cieszyliśmy się z tego wielkiego sukcesu. Nikogo za nim nie ma, będzie trzeci… kolejne 6 km pokonał w godzinę. I okazało się, że ma 1,5 km przewagi nad czwartym. Ubrania jakoś na niego podziałały, bo zmusił się do truchtu, a my mierzyliśmy przewagę jeżdżąc samochodem od jednego do drugiego. 3,3 kilometra… Andrzej złapał rytm. Kolejny punkt, kolejne herbaty i mnóstwo cukru… jeszcze 30 km. Z tyłu nikogo nie widać. Docieramy do zbiegów, Andrzej zdejmuje bluzę i zostawia tylko dres… 20 km i już robi się jasno. Temperatura rośnie, BŁĄD bez konsekwencji. 15 km do mety Andrzej truchta, ekipa medialna Spartathlonu klepie mnie po ramieniu i mówi: – Jesteście najlepszą ekipą serwisową na tym biegu. Byliście niesamowici, jak wpadał wasz człowiek, punkty eksplodowały. Gratulujemy. Miło usłyszeć coś takiego, choć to przecież on to dobiegł, on przezwyciężył wszystkie kryzysy. To jego bieg, jego walka i jego trzecie miejsce. Ale satysfakcje, że się go jakoś do tej mety dopchało mieliśmy niesamowitą.

10492177_10152288687495563_6951991407456099559_n.jpg

Przez Spartę Andrzej szedł, przyznał, że już nie mógł biec, choć chciał. Czekałem na mecie muzyka grała, a już znajomi z mediów klepali po ramieniu. Nie denerwuj się już. Idzie, jest silny, jeszcze 10 minut i tutaj będzie. Gratulujemy, jesteście wspaniali. Łzy cisną się do oczu, Andrzej wbiega na ostatnią prostą otoczony tłumem dzieciaków i młodzieży. Flaga biało-czerwona powiewa, grają „Zorbę”, choć tak się to wcale w Grecji nie nazywa i Andrzej kroczy po schodkach, całuje Leonidasa. Klękamy przed nim, „dawać mordy chłopaki”, tak… było po słowiańsku. Zdobyliśmy Spartę.