New Balance 1080v12
 
14 października 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Biegowy przewodnik po USA – eksplorując Dziki Zachód


„Miałem sen, biegowy sen” – tak mogłoby się wydawać, ale to była jawa. Szczypali mnie, ale nie mogłem się obudzić, bo nie spałem. Mogłem poczuć się niczym mustang biegnący przez prerię, zostawiając za sobą ślady w czerwonej ziemi. Zapraszam w biegową podróż do magicznych miejsc Stanów Zjednoczonych.
Nie będzie tu zbyt wiele o kadencji kroków, międzyczasach, tygodniowym kilometrażu. Będzie o bieganiu dla biegania w pięknej scenerii, bez patrzenia na zegarek. Bieganie to w końcu podróż, nasze nogi są środkiem transportu, a rozkład jazdy zależy wyłącznie od nas. Czysta przyjemność, a dodatkowo niesamowita oszczędność czasu. Jadąc na urlop nigdy nie planuję biegania, ale wypoczynek musi być aktywny, aby okres roztrenowania przebiegał prawidłowo. I tak było z wyjazdem na Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Dużo gór, kanionów, wędrówek, marszobiegów, czasem także przebieżek. Każdego dnia byłem karmiony pięknem krajobrazów i ochoczo wyruszałem na kolejne wyprawy, na których moje płuca były z kolei karmione… rozrzedzonym powietrzem. Jeśli urzeka Cię przyroda i kochasz biegać wyłącznie dla biegania, albo chciałbyś wyrwać się z treningowego marazmu i doświadczyć czegoś nowego z czystym sumieniem polecam objazdowo-biegową wycieczkę po parkach narodowych USA oraz rezerwatach Indian. W takich miejscach człowiek powraca do korzeni, jest bliżej natury, czasem jest sam – zupełnie sam. Słyszy bicie własnego serca, oddech a przemieszczanie się biegiem sprawia mu nieopisaną radość, euforię, uniesienie. Zrzuca z siebie ciężar codzienności i cieszy się wolnością.

wstep1

wstep2

Początek jak u Hitchcocka

Właśnie z takimi miejscami kojarzy się reklamę z jednego z czekoladowych batoników, i choć nie był to Delicate Arch, to dech w piersiach zapierało niczym podczas przeżywania maratońskiej ściany.  Mowa o malowniczym i niezwykle trudno dostępnym rezerwacie Havasupai w Arizonie. W promieniu niemal 150 kilometrów nie ma żadnej cywilizacji, najbliższą miejscowością noclegową jest Seligman i właśnie z tego miejsca zaczęliśmy swoją wyprawę. O 3 w nocy byliśmy już w aucie, aby dojechać na skraj urwiska, gdzie znajdował się parking oraz „brama” do odnogi Kanionu Kolorado. O 4:45 byliśmy na szlaku, w plecakach, suszone banany, jakaś słodka bułka, trochę żeli oraz sporo izotoników. Z duszą na ramieniu zaczęliśmy schodzić, struchtywać w dół ciemnego kanionu, źródłem światła były wyłącznie nasze latarki oraz niezliczona ilość gwiazd. Niebo było tak piękne, że aż kręciło się w głowie, gdy spoglądało się w górę, jednak rozsądek kazał patrzeć pod nogi. Droga usiana była luźnymi kamyczkami i nierównościami a należało zejść w dół wyschniętego koryta okresowej rzeki ponad 500 metrów na odcinku 2000. Kiedy znaleźliśmy się na dole, okoliczne skały zaczynały majaczyć na horyzoncie. Grunt przypominał roztapiający się śnieg, stopa grzęzła nieco w drobnych kamyczkach, ale dzięki endorfinom parliśmy dalej naprzód w nieznane. Kiedy niebo zaczynało się już rozjaśniać naszym oczom ukazał się wreszcie wszechobecny czerwony piaskowiec górujący nad głowami i przytłaczający swoją wielkością ze wszystkich stron. Droga wiodła zakrętami, czasem głazowiskami, to znów „kamyczkowym śniegiem”. W końcu ukazał się napis „Supai You are alomost here”.  Zaczęliśmy napotykać pierwsze osoby, które wracały, bowiem nikt nie wybiera się tam jednego dnia. Biorąc pod uwagę rzeźbę terenu, wysokość, temperaturę, oddalenie od cywilizacji oraz dystans niemal 25 mil (ok. 40 km) turyści nie decydują się na jednodniową eskapadę.  Nie wliczając horrendalnie drogiego i rzadkiego transportu helikopterami w wiosce nocują wszyscy i rankiem wyruszają na mozolny spacer i finałową wspinaczkę na górę. Zdecydowana większość spędza tam nawet dwie noce, stąd zdziwienie malujące się na twarzach wędrowców… małe plecaki, 6 rano a oni tutaj??? Myśleli, że wyszliśmy przed północą, ale takie są właśnie zalety biegania. 

Zdj cie0

Indianie w rezerwatach mają swoje zasady i swoje prawa. Aby wejść na teren Havasupai należy mieć rezerwację na blisko rok naprzód, bez tego można obejść się smakiem a to, co czeka za wioską przyprawia podobno o zawrót głowy. Chcieliśmy, zatem czmychnąć w nadziei, że zostaniemy niezauważeni, ale mimo teoretycznego braku cywilizacji w wiosce mają kamery i pan Indianin zaprosił do swojego „biura turystycznego”. Udawaliśmy, że nie rozumiemy nic, na migi pokazując, że nie będziemy tu nocować. Wypisał bilety po 44$ i mogliśmy ruszać dalej. Napięcie rosło z każdym krokiem stawianym w tym czerwonym piaskowym pyle. Wszędzie wokół pustynia, ale przez rezerwat płynie turkusowa rzeka tworząc cudowną oazę oraz… WODOSPADY. Navajo Falls, Havasu, Mooney oraz Beaver Falls. Navajo składa się z dwóch poziomów jest dość mały, ale malowniczy z turkusowymi basenami. To tylko przygrywka. Jakąś milę dalej jest Havasu. Komentarz jest zbędny. 

Zdj cie1

Zdj cie 2

Dalej szlak wiedzie w dół rzeczki i prowadzi do wykutej w skałach jaskini, potem po łańcuchach i drabinkach pokonuje się 60-metrową, pokrytą kropelkami wody, śliską skałę, aby potem zamilknąć i oczyścić myśli w wodach Mooney Fall.

Zdjecie3

Zdjecie5

Zdjecie6

Zdjecie7

To nie koniec wyprawy. Można, a nawet trzeba zagłębić się jeszcze dalej w kanion. Bo tam czeka kaskadowy Beaver Falls. 

Zdjecie8

Szlak jest dość łatwy na początku, malownicza ścieżka wśród zarośli na dnie majestatycznego kanionu sprawia, że człowiek nawet nie odczuwa głodu. Niestety przebieżkę przerywają 4 przeprawy przez rzekę oraz wspinaczki po drabinkach i skałkach – sprawność ogólna się przydaje. Dodatkowo zaczyna mocno prażyć słońce, ale wysiłek jest tego warty, kiedy wracamy do w kierunku Mooney, mijamy ludzi, których wcześniej wyprzedzaliśmy. Niesieni pięknem przyrody postanawiamy przedzierać się przez rzekę w butach i skarpetach, aby nie tracić czasu. 

Zdjecie9

Zdjecie10

Żałujemy tego godzinę później, kiedy już rozstajemy się z wodospadami i rozpoczynamy 8-kilometrowy powrót na parking. Jedliśmy niewiele, nie mieliśmy już nic do picia a w indiańskiej wiosce jest tylko jeden sklep… puszka fanty, woda mineralna i litrowy izotonie kosztuje 10 dolarów. Cena przerażająca, ale to nie jest miejsce ani chwila na targowanie, to paliwo na powrót. Z każdym krokiem jest coraz gorzej, ale nie przez zmęczenie, ale ból stóp. Kiedy atakujemy szczyt wzniesienia (1570 m.n.m.p.) przypominam sobie tekst z filmu Forrest Gump, kiedy główny bohater ląduje w Wietnamie. „Pamiętaj, suche skarpetki, zawsze musisz mieć suche skarpetki”. My mieliśmy mokre, stopy, buty i skarpetki, ale „fajnie” było biegać przez rzekę. Odciski, odgniotki wydawało się, że nie mamy stóp, ale ból minął a wspomnienia pozostały. Wszystko udało się zrobić w jeden dzień, bez mułów, koni, namiotów, ani helikoptera. Oczywiście taką trasę można pokonać znacznie szybciej, ale robienie rekordów na tym wyjątkowym szlaku to grzech. O 18.00 wyruszyliśmy do oddalonej o 180 km miejscowości Ash Fork, w której mieliśmy nocleg oraz gdzie czekał na nas pierwszy tego dnia ciepły posiłek.

Zdjecie11

Śladami Adama Kszczota

Doskonałym miejscem, aby poczuć bliskość przyrody jest tzw. Małe Hollywood, czyli Sedona. Zaciszne i jednocześnie ekskluzywne miejsce na terenie Red Rock State Park. Jest malowniczo, czerwono, majestatycznie, a okolica usiana jest mało wymagającymi szlakami pieszymi, można podejść pod Bell Rock, czy monumentalny Cathedral Rock, zobaczyć także Devil’s Bridge. Stojąc na nim, czuć jakąś mistyczną energię, nogi lekko drżą i ma się wrażenie, że wytwór natury za moment runie, a wraz z nim także i my. Trochę podejść i płaskich odcinków na wysokości przekraczającej 1600 m.n.p.m. i zapierające dech w piersiach widoki i przestrzenie ucieszą oko nawet najbardziej pochłoniętego życiem w miejskim zgiełku człowieka. Można tam siedzieć na jednej z czerwonych skał i po prostu patrzeć, ale jest tyle innych miejsc… 

Zdjecie12

Zdjecie13

Pozostaje tylko westchnąć i ruszać dalej, na północ do miejscowości Flagstaff. Olbrzymia baza tanich noclegów w 50-tysięcznym mieście położonym na wysokości 2150 m.n.p.m sprawia, że jest to godne uwagi lokum na obóz sportowy. Płaskowyż, na którym już samo truchtanie sprawia lekkie trudności nadaje się idealnie do przygotowań maratońskich. Przed ME w Zurychu trenował tam Adam Kszczot, późniejszy mistrz Starego Kontynentu. Wybrał jednak niefortunny termin – kwiecień. Wówczas w tamtych okolicach często wieją silne wiatry, a to przeszkadza w efektywnym treningu. Zaletą tego miejsca jest stosunkowo jak na realia amerykańskie bliska odległość do Monument Valley, Natural Bridge, Antylope Canyon. Pobiegać możemy wyłącznie w dwóch pierwszych miejscach. To w Monument Valley zatrzymał się Forrest Gump twierdząc, że jest zmęczony. Można wkroczyć do kolejnego z rezerwatów Indian i pobiegać w scenerii skalnych kolosów. Z kolei przebieżka pod jeden z naturalnych skalnych mostów (wielkością dorównującym niejednej przeprawie na Wiśle) znacznie skraca czas wędrówki a warto, bowiem z punktów widokowych mosty nie robią aż takiego wrażenia. 

Zdjecie15

Po Antylope można wyłącznie chodzić z przewodnikiem, jest bardzo, ale to bardzo wąsko, w niektórych miejscach trzeba się przeciskać i nie wolno się odłączać od grupy. Nieopodal Flagstaff są także ślady… innych biegaczy, znacznie szybszych niż my, ludzie. Termin „grzebnięcie” wzięliśmy chyba od nich.

Zdjecie14

Następnie przyszedł czas na króla Dzikiego Zachód, na największego z największych – Kanion Kolorado. Zwiedzać można go zarówno od południowej jak i północnej strony. South Rim jest bardziej komercyjny nastawiony na turystów, ma liczne punkty widokowe i trasę autobusową, natomiast północny jest dziki, zaciszny i znacznie wyższy, w niektórych miejscach nawet o 800 metrów niż druga strona. Najwyższy punkt ma 2680 m.n.p.m. Do szlaków dojeżdża się wyłącznie na własną rękę, nie są zatłoczone i prowadzą zarówno do miejsc widokowych jak również na samą rzekę. Należy jednak pamiętać, że to wyprawa całodniowa dla wytrawnego biegacza, temperatura podnosi się z każdym krokiem, na dnie jest niemiłosiernie gorąco, a nie ma tam schronisk, wszystko trzeba mieć ze sobą i być gotowym na nocleg, bo może nie udać się pokonać 1000-1500 metrów przewyższenia w powrotną stronę, bowiem odległości w Kanionie Kolorado są gigantyczne, a wysokość nad poziomem morza utrudnia oddychanie. Możliwości jest mnóstwo – jeżeli chcemy zwiedzić większość zakamarków możemy zapisać się na 7-dniowy ultramaraton Grand to Grand Ultra, który odbywa się w ostatni tydzień września. Jest rozgrywany w podobnej formule, co Maraton Piasków. 6 etapów, 270 km i cały dobytek na własnych plecach. Organizator zapewnia tylko wodę i namioty oraz zapierające dech w piersiach widoki, niestety o zawrót głowy przyprawi nas także cena startowego – 3200$. Znacznie taniej biegać na własną rękę.

Zdjecie16

Zdjecie17

Zion&Bryce

Nieco dalej na północ, w stanie Utah znajduje się malowniczy park narodowy Zion, składający się z dwóch części. Pierwsza, jak w nazwie wyżej jest bardziej komercyjna i przystosowana dla turystów. Autobusy rozwożą nas po przystankach, z których rozpoczynają się szlaki. Można wdrapać się na Angels Landing, z którego widać cały kanion, jednak będzie sporo wspinaczki i miejsc z łańcuchami. Jeżeli ktoś ma lęk wysokości, może sobie nie poradzić. Jest także mnóstwo mniej wymagających szlaków prowadzących do stawów, wodospadów oraz do podnóża gigantycznych skał, które okalają kanion. Znajdzie się także, coś dla tych, którzy lubią lodowate strumienie i mokre buty, wędrówka w górę rzeki jest niemożliwa bez obuwia (próbowaliśmy). Stopy tak bolą od kamieni, że po 1-2 km musieliśmy się wycofać, jednak trasa prowadząca do The Narrows, jest niezwykle malownicza i nie będziecie żałować żadnego kroku, za każdym zakrętem rzeki, kryją się fantastyczne twory skalne oraz barwy wytworzone przez przyrodę.

Zdjecie18

Zdjecie19

Mniej zatłoczona i dzika jest druga część parku – Kolob Canyons. Tam do szlaków dojeżdża się własnym autem. Można wspinać się na szczyty lub wybrać wycieczkę dolinami. Niech to was nie zmyli, doliny znajdują się na wysokości 1700-1850 m.n.p.m. i oddycha się dość ciężko. Wybraliśmy 8-kilometrowy szlak do Double Arch Alcove. Biegnie się nieustannie w kamienisto-piaszczystym terenie a drogę kilkanaście razy przecina strumień. Skakanie po kamyczkach, odpychanie się od czerwonego pyłu, przeskakiwanie nad korzeniami, gałęziami, a nad głowami 500-metrowe, pionowe, rude skały… Treningi core stability procentowały na tym szlaku, a wysiłek został nagrodzony pięknym widokiem na mecie. Człowiek miał ochotę przebiec się wszystkimi szlakami, zostać tam tydzień, albo nawet miesiąc, bo natura naprawdę w tych miejscach hipnotyzuje, sprawia, że czas na zegarku nie odgrywa żadnej roli, że w płucach gwiżdże, pot leje się po twarzy, oczy łzawią od soli, a i tak odczuwa się wyłącznie euforię i uniesienie. 

Zdjecie20

Ostatnim miejscem, które chciałbym polecić jest Bryce Canyon. Różni się znacznie od innych krajobrazów, jest kameralny z mniejszą liczbą szlaków, które spacerem można przemierzyć w jeden dzień. Przypominające zastygłych Indian skaliste posągi o różnych odcieniach czerwieni, różu i bieli doskonale prezentują się z kilku punktów widokowych. Można pomiędzy nimi biegać ścieżką asfaltową. Wysokość trasy waha się pomiędzy 2400, a 2550 m.n.p.m – zatem trucht będzie nas męczył podobnie jak nieco żywsze 10 km na nizinie. Można też biegać wśród tych malowniczych i niespotykanych nigdzie indziej skał, co zajmie nam około godziny z przystankami na zdjęcia. Szutrowa, utwardzona droga, żadnych trudnych technicznie odcinków, a wysokość 2200-2300 m.n.p.m to dodatkowy plus aktywnego zwiedzania parku.

Zdjecie21

Żywieniowe dylematy

Idealne do treningu wysokości, sprzyjający klimat, różne skale trudności szlaków, urozmaicenie terenu i widoki, które odciągają naszą uwagę od wysiłku – to wszystko oferuje nam Dziki Zachód. Żeby nie było jednak tak różowo należy dorzucić do tego szczyptę goryczy. Problemem w USA jest jedzenie. Wcale nie jest łatwo zdrowo i tanio coś zjeść. Jeżeli ciągle się przemieszczasz, masz mało czasu na szukanie sklepów ze zdrowym jedzeniem, nie mówiąc już o gotowaniu. To nie wchodzi w grę. Można chodzić do droższych restauracji, w których normalny obiad kosztuje około 12-15 dolarów lub też wybierać o połowę tańsze opcje fastfoodowe. Wyrzuty sumienia nie dają spokojnie jeść, to fakt, ale istnieje możliwość wybierania mniejszego zła.  Będą to sieciówki kuchni chińskiej Panda Express lub też meksykańskiej Chipotle. Otrzymamy ryż lub makaron, solidną porcje warzyw oraz kurczaka, który wcale nie musi być obtoczony w ociekającej tłuszczem panierce. Dość zbilansowany posiłek o wartości 700-1000 kcal za 6-7 dolarów. Pić najlepiej zwykłą wodę. Wszystko inne jest zdecydowanie bardziej słodkie niż w Europie, różnicę czuć także w izotonikach, warto dolewać do nich trochę wody, aby je rozcieńczyć i zachować rozsądek w przyjmowaniu cukrów. Unikajcie także sosów, są tak kwaśne, że aż człowieka wykręca, tak słone jak Morze Martwe i tak słodkie, że aż mdli… Statystyczny Amerykanin ma chyba coś z kubkami smakowymi.

Incydent w Camarillo 

Kiedy jeździliśmy od miejsca do miejsca w pewnej mieścinie rozgrywano bieg i zapragnęliśmy też w jakimś wystartować. Przewertowaliśmy sieć w poszukiwaniu jakiegoś półmaratonu i udało się, na przedmieściach Los Angeles, nieopodal słynnego Malibu odbywał się Harvest Half Marathon (http://www.harvesthalf.com/). Płaska trasa w miejscowości Camarillo, kameralny bieg i termin, który nam pasował. To miało być zwieńczenie naszej amerykańskiej wyprawy. Doskonałe porównanie jak organizuje się niewielkie biegi w Polsce i Kalifornii, czy jesteśmy w tyle, z atmosferą i organizacją, a może nie jest tak źle. Wpłaciliśmy startowe wynoszące 53$ i już byliśmy nakręceni, nocleg okazał się najdroższy z całego wyjazdu, ale nie miało to już znaczenia. Będzie medal z USA, będzie pamiątkowa koszulka. Otrzymaliśmy maila potwierdzającego, do zawodów został tydzień. Kiedy dzień przed biegiem, pojechaliśmy do biura zawodów… nie było tam nic, choć znaki drogowe informowały o jutrzejszym zamknięciu drogi. Gdy złapaliśmy WiFi okazało się, że… bieg odwołano bez podania przyczyny a informację dostaliśmy na pocztę w piątek popołudniu (bieg miał odbyć się w niedzielę). Cóż, ponad 200 km drogi na marne, nocleg bez potrzeby rezerwowany, a odwołać się już nie dało, a siedzibą organizatora okazała się skrytka pocztowa w UPSie… Dyrektor Mr Bill Escobar odebrał telefon i zapewnił, że pieniądze zostaną zwrócone, bo oficjalny mail mówił o przekierowaniu pieniędzy na inny event sportowy w Kalifornii (świetnie zwłaszcza, gdy się wylatuje). Dyrektor prosił o mail, dostał kilka, raz odpisał zdawkowo, po czym kontakt się urwał i minął już miesiąc, a pieniędzy tak jak biegu… nie ma.