New Balance 1080v12
 
11 grudnia 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Biegowe miejsca roku 2015. This world is run limited!


Styczeń: sinusoida (San Cristobal del Las Casas, Chiapas, Meksyk)
Nasiona chia, szałwia hiszpańska, żabi skrzek. Jeszcze niedawno w Polsce zupełnie nieznane, podbiły już serca sportowców i jako niezastąpiony superfood pęcznieją w bidonach niczym naturalny redbull. Mało kto wie, że w Meksyku są znane od pradawnych czasów, a Aztekowie czcili je jako źródło bojowego animuszu. Jeszcze mniej osób zwiedzających piękny, górzysty i zielony stan Chiapas zdaje sobie sprawę z faktu, że region podczas podboju hiszpańskiego dostał nazwę na cześć tej właśnie rośliny. Zaopatrzyć się w nasiona chia w Meksyku jest niezwykle łatwo, przeto z solidnym zapasem ziarna będę przekraczać później granicę z Gwatemalą. Ale na razie jestem w sercu Chiapas, w San Cristobal, mieście schodów i wzniesień, mieście kolonialnym i przepięknym, gdzie dobre południowoamerykańskie wino można wypić na ulicy, otulając się indiańskim wełnianym kocem, nabytym kilka dni wcześniej od kruczowłosej Indianki. Uciekłam z upalnego Jukatanu i rozkoszuję się tym przemiłym klimatem. Czuje się tu dobrobyt żyznego regionu, wspomaganego też przez strumień turystów. Są dobre książki w antykwariatach, są piękne religijne tradycje, oszałamiające pohiszpańskie kościoły i pałace. To taki Meksyk, o jakim nawet nie śnisz.

Przytłukłam się tu na stopa z dalekiego Cancun. Po drodze zatrzymałam się w cudnym Tulum, gdzie poza aztecką piramidą obleczoną mrowiem turystów znajdziemy boską, długą plażę o wielkim potencjale biegowym. Meksyk daje wszystko, czego potrzebuję do szczęścia. Od pierwszego momentu, gdy wypłynęłam ponad sześć miesięcy wcześniej z labiryntu metra w Mexico City (patrz: //bieganie.pl/?cat=50&id=7348&show=1), pokochałam tę przestrzeń, ludzi i klimat, arcybogatą tradycję i mającą prastare korzenie kulturę; pokochałam świeżość i energię, którą produkuje ten ogromny kraj. Pokochałam stolicę za jej różnorodność i tętno; pokochałam północne pustkowia i legendarny Miedziany Kanion; pokochałam dziką plażę w Mazunte i jadalne kaktusy w Oaxaca. Teraz zakochuję się w Chiapas pełnym możliwości, i chce mi się Meksyku więcej i więcej.

DSC 4223 2

DSC 4193 2

DSC 3020 001

DSC 3028

DSC 3093

Słońce wstaje wcześnie, choć mamy połowę grudnia. W kuchni krząta się okutana w tkaną chustę Sophie, jedna z tych niespokojnych dusz, co przyjechały tu na trzy dni, a zostały na trzy lata. Budzi mnie brzęk naczyń i przyjemny dźwięk płomienia pod czajnikiem. Z wielką rozkoszą zasiądę do kubka z kawą i książki, leniwie przeciągając się w wiklinowym fotelu – ale dopiero w nagrodę za porządny trening. Oczywiście nie znam miasta na tyle, by natychmiast się weń nie zgubić, zadanie ułatwiają widoczne z każdego punktu w miasteczku schody na (północy i południu). Jedne i drugie wiodą do kościołów, kolonialnie biało-błękitnych, ale całych udekorowanych w iście meksykańskim stylu: chorągiewki, malowane figurki, kicz, pstrokatość niebywała. Jedne i drugie schody to prawdziwe podbiegowe wyzwanie, ale postanawiam się z nim zmierzyć. Widoki z góry na miasteczko i otaczające je zielone, łagodne pagórki po jasny, rozpływający się w białym niebie horyzont rekompensują pot na czole i przerywany oddech. No tak, ostatnie dni nie były szczególnie obfitujące w zdrowe nawyki, trudno więc się dziwić że forma jakaś dziwnie wątła. Dla zabicia poczucia winy zbiegam w dół, a potem jeszcze pokonuję kilka stromych jak sam czort uliczek wybrukowanych kamieniem, który pamięta jeszcze konkwistadorów. San Cristobal powoli zaczyna się budzić, robi się bardzo ciepło. Wracając do domu, przypadkowo wbiegam w gęstwinę lokalnego targu. Kupuję za kilka pesos superżarcie: białkowo-węglowodanowe kukurydziane tamales, parujące z przykrytego ściereczką garnka kobitki w kolorowej indiańskiej kiecy, która rozsiadła się na placu. Wokół mnie kipi Meksyk. Kurze głowy, lamie futra, słodkie ziemniaki, naręcza fioletowej bazylii i sterty awokado każą przypominać sobie, dokąd i po co.

Luty: Sen o raju (Anegada, Brytyjskie Wyspy Dziewicze)
Mówisz: Karaiby, myślisz: Anegada. Wyspa – archetyp, pocztówka z wakacji, ucieleśnienie wyobrażeń o raju. Dzięki temu, że jest bezlitośnie odcięta od reszty świata, lotnisko obsługuje tylko awionetki, a mieszkańców jest garstka, Anegada nie jest turystyczną enklawą bogaczy. Jest prawdziwa i prawdziwie dzika, autentycznie zostawiona sama sobie, nienaruszona w swojej leniwej, płaskiej, słonecznej naturze. Zaskakuje. Najpierw długo, długo nic, bo Anegady nie widać z sąsiednich wysp. Dopiero, gdy podżeglujesz wystarczająco blisko, zobaczysz cieniutką kreskę białego lądu, którą łatwo pomylić z morską pianą. Wyspa jest płaska jak prześcieradło, zatem jeśli jesteś miłośnikiem podbiegów, zbiegów i rycia w ostrej skale, pamiętaj że najwyższe wzniesienie ma tutaj całe osiem (sic!) metrów. To wymarzony teren dla biegacza kontemplującego, takiego, co to uwielbia być sam z własnymi myślami i własnym potem, no i oczywiście takiego co lubi bieganie boso. Wyspę otacza jedna, wielka, nieskończona plaża, zrobiona przez matkę naturę z piasku tak białego, że nie sposób obejść się bez słonecznych okularów. I dobrego filtra, bo słońce operuje tu bardzo zdecydowanie.

Dla żeglarzy Anegada jest większym wyzwaniem, bo cała uszyta jest z koralowca (jako jedyna w całym archipelagu Wysp Dziewiczych) i otoczona piękną rafą, na której życie zakończyła niejedna łajba niefortunnego szypra. Dziś wraki stanowią gratkę dla nurków, zaś nieliczni turyści chętnie odwiedzają rezerwat flamingów. Jeszcze w XIX wieku żyły ich tu tysiące, ale wytrzebione przez kłusowników zniknęły tuż po II wojnie światowej z i tak ubogiej mapy przyrodniczej wyspy. Teraz przywraca się ich populację w dwóch płytkich, ciepłych jeziorach. 

DSC 2900

DSC 2927 2

DSC 2944 2

DSC 5708 2

Rzucamy kotwicę blisko „Osady”, czyli głównego…hmm, miasteczka? (żyje tu około 150 osób). Kilka sennych sklepów z melonami, windexem i rumem i podobnie śniętymi obfitych kształtów ciemnoskórymi kobitkami, które kołyszą biodrami i żują gumę w taki sposób, jakby się w tym kołysaniu i żuciu wprawiały od pokoleń, kołysząc się i żując się rodziły i zamierzały umierać. Ruszam sobie lekko wzdłuż południowej linii brzegowej, zostawiając Osadę i kilka nabrzeżnych openbarów za plecami. Oczywiście boso, w ograniczonym do minimum odzieniu, z klasyką światowego rocka w słuchawkach, pod wiatr. Już za pierwszym zakrętem plaży tracę z oczu zatokę z zacumowanymi jachtami; rozciąga się teraz przede mną niczym niezmącona przestrzeń. Linia wody jak lustro zlewa się na horyzoncie z niebem, które podobnie jak nitka piasku przede mną jest dziś zupełnie białe. Senne wysokie trawy i gdzieniegdzie wyrzucone przez fale, wypłukane z życia kłody drewna, kilka palm – i koniec. To właśnie jest Anegada. 
Dobrze jest pobiegać w miejscu, w którym mamy pewność, że nie spotkamy żywej duszy. Piękne to uczucie tak biec sobie przed siebie, niezmiennym tempem, wyznaczając stopami wyraźny ślad na mokrym piasku. Dobry czas, gdy można pogadać z samym sobą, nawet na głos, albo śpiewać ulubione ballady nie martwiąc się, że okrutnie fałszujemy. Dobry czas, gdy uświadomisz sobie, że właśnie jest poniedziałek, dziesiąta rano, ósmy lutego, i mógłbyś równie dobrze siedzieć teraz nad jakimś projektem albo użerać się z męczącym szefem. Pot na czole szybko chłodzi oceaniczna bryza. Równo, płasko, gładko, porządkując myśli. Po to chyba wymyślono takie wyspy.
Marzec: dolor no esiste (Barcelona, Hiszpania, maraton)
Wszyscy kochają to miasto, wszyscy doń jeżdżą. Niektórzy piszczą już, że przereklamowana i pełna turystów, i mają rację. Inni mówią, że wciąż żyje swoim niepowtarzalnym klimatem i genius loci kryjącym się po nieodkrytych zaułkach. Też mają rację. Ja kocham Barcelonę za jej tapas bary i w ogólę sztukę kulinarną, ale tej wiosny pokochałam ją również za wywleczenie ze mnie wszystkiego co najlepsze i najgorsze zarazem. Wdałam się z tym miastem w niebezpieczny romans, z którego nie wyszłam bez szwanku, a wszystko za sprawą brawury i 42 kilometrów jednego z najbardziej popularnych europejskich maratonów. Musiałam zmierzyć się ze słabością i bólem w stopniu, jakiego nie znałam z wcześniejszych mych dokonań. Prawda jest taka, że przygotowanie moje było beznadziejne i wstyd mi do dziś, że w tak okropnej formie stanęłam na starcie. Do maratonu, najmilsi czytelnicy, naprawdę należy się przygotowywać i nie liczyć na cud. Nawet jeśli się wydarzy, będzie okupiony sporym uczuciem dyskomfortu. Choć i tak na mecie nastąpi wybuch endorfin, więc może warto i tak….?

11051282 990753297609419 121541757 n

11063209 991711370846945 18947164 n

11063284 990753750942707 1858676452 n

Jak pisałam kiedyś, „…maraton w Barcelonie słynie ze swej niezwykłej urody i atmosfery. Fontanny, katedry, kamienice kolorowe, tłumy radosne hiszpańskokrzyczące, pomarańcze słoneczne, wolontariuszy mrowie, expo znakomite.Jeśli ma się szczęście i trafi na idealną pogodę, czyli piękne słońce, zero wiatru i trzynaście stopni, kwestie motywacyjne naprawdę nie będą stanowić problemu. Tu po prostu chce się biec, tym bardziej że trasa wiedzie pomiędzy najbardziej znanymi punktami programu każdej szanującej się  grupy turystów. Kolumb na swej kolumnie cierpliwie strzeże portu, tak jak go zostawiłam osiem lat temu, gdy odwiedzałam Barcelonę po raz ostatni; Sagrada Familia nadal rozczarowuje spod kościotrupa rusztowań, Łuk Triumfalny pięknie spina brzegi zielonej Passeig Companys, duch Gaudiego macha z balkonu jednej z jego powyginanych kamienic, wieże Tibidado dumnie prężą szyje na horyzoncie, a Torre Agbar swym dwuznacznym kształtem wyznacza koniec trudnego odcinka trasy – męczącej agrafki między 28 a 32 kilometrem. Nie sposób się nudzić. Pomagała mi też zabawna playlista, skomponowana zupełnie przypadkiem z utworów które towarzyszyły mi przez ostatnie niemal dziesięć lat. Było więc dużo wspomnień, emocji, uśmiechów i łez nawet. Łzy maratońskie to rzecz potrzebna…”

Rzeczywiście bez muzyki byłoby dużo, dużo trudniej. Dobrze poświęcić trochę czasu na ułożenie takiego tracku, który doda nam energii i przywoła przyjemne, radosne wspomnienia wtedy, gdy będzie akurat brakować sił na zrobienie kolejnego kroku. Ból pojawił się szybko – za szybko, poważnie wystraszyłam się, że uniemożliwi mi ukończenie trasy, ale poddałam go analizie filozoficznej i gdy dotarło do mnie, że to tylko (tylko!) ból i mogę go oddzielić od swego umysłu, byłam już do końca spokojna. Po raz pierwszy startowałam w maratonie w minimalach bez amortyzacji i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Było mi lekko i wygodnie, stopa pracowała poprawnie i nic mnie nie odgniotło ani nic się nie naciągnęło. Wyraźnie ponad rok biegania boso lub w five-fingersach zgodnie z mymi oczekiwaniami sprawił, że moje całe ciało nareszcie ustawiło się należycie w stosunku do kąta stawiania stopy i jedyny ból, który mi dokuczał, płynął z przeciążonych mięśni, nie zaś z ścięgien lub stawów. Cichaczem przybijałam piątkę samej sobie, że moja intuicja nie zawiodła i teoria naturalnego biegania sprawdziła się nie tylko na plażach i łąkach, ale też na bezlitosnym asfalcie (więcej o pożytkach z biegania boso pisałam dawno temu tutaj: //bieganie.pl/?show=1&cat=137&id=6951). W dodatku dzień po maratonie nie było już śladu po zmęczeniu mięśni. To chyba dobry znak.

Było ciężko i pięknie zarazem. Było zaciskanie zębów i liczenie metrów do kolejnego zakrętu, do kolejnego punktu z wodą, wreszcie do mety, gdzie czekał stary dobry, niezastąpiony G. Ale było i to cholerne, zagadkowe uczucie, że ta wielka gromada ludzi wyciska z siebie siódme poty po coś dużo większego, niż tylko satysfakcja czy fejm wśród kolegów z pracy. W każdym maratonie, w każdym masowym zmęczeniu, kryje się gdzieś ten pierwotny fizjologiczny sens i ta nieprawdopodobna motywacja. Jestem przekonana, że nie biorą się z nikąd i nie są dziełem przypadku. Miłość do biegania, nawet gdy pot, krew, łzy i jedno wielkie zniechęcenie gdzieś w pół trasy, to chyba esencja miłości do życia w ogóle. Lubię tak myśleć, gdy kręci się w głowie, a oddech staje się nierówny. Animo, do przodu. Kiedy już raz zaczniemy, nie przestaniemy przeć. Przez mararon i przez życie w ogóle. 
Maj: jedz, nie biegaj (Kopenhaga, Dania)

Do pięknego duńskiego miasta wybrałam się w zgoła innym celu, niż bieganie. Po ponad rocznej tułaczce po zakamarkach świata wymyśliłam sobie królewskie świętowanie urodzin. Najlepsza restauracja świata, kopenhaska Noma, niestety zamknęła przede mną swe podwoje (chcecie tam zjeść? Rezerwujcie pół roku wcześniej!), ale i tak rowerowa kilkudniowa eksploracja jednego z najbardziej przyjaznych obywatelom miast świata sprawiła mi radość niebywałą. Nie sposób jednak wywinąć się swojej naturze, zwłaszcza gdy towarzyszy nam najbardziej uparty biegacz Rzeczypospolitej. Więc ruszyliśmy zgodnym truchtem wzdłuż alei i kanałów, by nawdychać się szlachetnego klimatu i zobaczyć, co kryje w sobie Kopenhaga z dala od utartych szlaków. Ucieszeni byliśmy wkrótce ogromnie, bo zaskakiwała co krok.

DSC 6387 2

DSC 6399 2

Ponieważ miasto słynie ze swych kulinarnych cudów, zacznę od śniadania. Przy wyjątkowo przyjemnej uliczce Jægersborggade mieści się miejsce, które pokocha każdy biegacz i w ogóle każdy, którego sercu bliskie jest odżywianie się w zgodzie w potrzebami organizmu, z porą roku i naturą. Grod to maleństwo; wewnątrz dwa drewniane stoły, bielone ściany, zero dekoracji. Wymarzone miejsce do kojenia rozdygotanego serca, roztrzęsionych emocji lub podniesionego ciśnienia. Cisza, spokój i ciepły klimat. W menu to, co węglowodanowe tygrysy lubią najbardziej: owsianka, risotto, kasza i komosa. Mimo że stronię od węgli i zdecydowanie lepiej mi służy czerpanie energii z tłuszczy, niż z płatków, tu nie miałam wyrzutów sumienia. Wszystko do bólu organiczne i czyste od chemii i wyzysku; w ogóle Duńczycy podchodzą do jakości pożywienia bardzo poważnie i zjedzenie czegoś naprawdę zdrowego i smacznego w ich stolicy jest generalnie całkiem łatwym zadaniem, w przeciwieństwie do wielu innych miast europejskich, o Ameryce Centralnej (gdzie, jak pamiętacie, przyszło mi żyć dość długo) nie wspominając. O rany, jak nam te ciepłe, pachnące i kremowe pyszności smakowały po długim biegu w wietrze, chłodzie i męczącej mżawce. Warto więc tak zaplanować swą poranną biegową trasę tak, by wylądować w Grodzie. Weźcie tylko ze sobą sporo koron, to miasto jest nieprzyzwoicie drogie. Dobrze, że bieganie wciąż jeszcze jest darmowe.

Naładowani nową energią ruszyliśmy dalej, wzdłuż pięknych starych budynków portowych aż do Christianii. Chcieliśmy zobaczyć legendarne wolne miasto, enklawę hippisów, samostanowiący się fenomen. Oto w 1971 roku gromada squatersów zajmuje opustoszałe koszary wojskowe, proklamując niezależność na łamach anarchistycznej prasy. Błyskawicznie inicjatywa spotyka się z entuzjastycznym odzewem środowisk alternatywnych, sprowadzają się całe rodziny, zakładają szkoły, galerie, księgarnie. Christiania szybko staje się znanym na cały świat ośrodkiem kultury niezależnej. W latach świetności w wolnym mieście mieszkało kilka tysięcy osób, nieraz we własnoręcznie skonstruowanych (do dziś zadziwiających) domach. Christiania rządzi się własnymi prawami, nie ma weń miejsca dla samochodów, ciężkich narkotyków, broni i… biegania. Tak, to nie pomyłka. W wolnym mieście ten, który biegnie, postrzegany jest jako złodziej lub jeszcze gorzej: policjant. Niechętnie widuje się tu przedstawicieli tych profesji, zatem stop: nie biegnij. Sorry, no run. Grzecznie dostosowujemy się do reguły i zwiedzamy Christianię łagodnym spacerem. O rany, jest się czemu dziwować. Mieszkańcy enklawy nie życzą sobie być fotografowani ani filmowani i trudno im się dziwić; przyłazi tu mnóstwo ciekawskich i turystów, którzy traktują Christianię jak skansen. Dzięki hippie-ekologicznej filozofii miejsca znów znajdujemy się w kulinarnym siódmym niebie – organiczne, z drzewek zerwane jabłuszka, z grządek wykopane marchewki, fermentująca na zapleczu kombucha, wegańskie brownie, chleb z ziaren, naturalny hummus – do wyboru, do koloru, a i ceny rozsądniejsze niż w mieście. I znowu jemy zamiast biegać, łagodząc wyrzuty sumienia syropem z agawy i surowym kakao.

No i znalazłam w Kopenhadze pierwszą na me oczy widzianą knajpę paleo. Nic, tylko jeść i spalać, i jeść znowu.

Sierpień: człowiek i morze (Bonifaccio, Korsyka, Francja)

W błogosławieństwie burz na morzu się ocknąłem
Dziesięć nocy jak korek tańczyłem na fali
Którą zowią odwiecznym ludzkich ofiar kołem,
I nie dbałem, czy głupia latarnia się pali! (A.Rimbaud)

Piąta trzydzieści. Świt, wszyscy śpią. Na palcach, by nie zbudzić śpiących po nocnych hulankach współpasażerów, przemykam po pokładzie i zeskakuję na betonowe nabrzeże. Dzisiaj może być ostro, więc zamiast five’ów wybieram bardziej zabudowane minimale. Jest ciepło, choć pora wczesna. To najlepszy i jedyny moment na trening: za kilka godzin będzie już nieznośnie gorąco, a ja będę w wirze parzenia kaw i krojenia owoców. Więc tylko poranki, najpiękniejsze, świeże, moje osobiste. Niebywale lubię biegać o świcie. Światło jest piękne, powietrze lekkie, chce się oddychać. O tej godzinie można zobaczyć prawdziwe życie starego jak sam świat, urokliwego Bonifaccio. W Górnym Mieście, nad uśpioną mariną, życie już się rozpoczęło i można spotkać wszystkich tych, którzy razem z otwarciem kawiarni i wysokim słońcem znikają gdzieś między chłodnymi murami. Tych, do których należy noc, profanum, czysta fizyczność, przed którą chroni się turystów – bogaczy, oczekujących . Oryginały, żebracy, imigranci legalni bądź nie, sprzątający, wywożący śmieci, przywożący owoce, turkoczący wózkami. Przez te krótkie poranne godziny królowie włóczęgów, niebieskie ptaki rządzą tym słodkim turystycznym światem. Za kilka godzin uliczki będą już pełne smętnych wycieczek z selfie-stickami, ale na razie stare miasto na klifie tętni swoją prawdziwą naturą. 

DSC 8529 2

DSC 8535 2

Przez średniowieczną bramę wydostaję się z plątaniny uliczek i schodów i ruszam w stronę klifów. Już za chwilę zawieszone kilkadziesiąt metrów nad wodą kamienice zostawię za plecami i pobiegnę wąską, nierówną i wymagającą uważności kamienistą ścieżyną wzdłuż najbardziej niesamowitego wybrzeża, jakie przyszło mi oglądać na europejskiej ziemi. W dali przede mną latarnia, o tej porze już odpoczywająca po wytrwałej nocnej wachcie. Zza gór po lewej mojej ręce powoli wynurza się czerwona kula, oświetlając białe kamienie i skały klifów światłem tak niebywałym, że aż przystaję i robię kilka jogicznych powitań słońca. Nigdy chyba nie były tak adekwatne jak tamtego poranka, gdy poniżej mnie morze jarzyło się białoszarym światłem, równy cichy szum fal rozprasowywał chaotyczne myśli, a ścieżka prowadziła przed siebie ku światłom – temu, które właśnie zgasło i temu, które miało towarzyszyć nam przez kolejny długi dzień na śródziemnych wodach. Wracam, gdy słońce już mocno operuje na moim karku. Wiem doskonale, gdzie zatrzymam się po drodze: Café Niçois to miejsce, gdzie czas stoi, a na ścianach te same sztuczne kwiaty i poroża zbierają kurz od wielu lat. Za to kawa jest najlepsza pod całym korsykańskim słońcem, może za sprawą historii, która się tu cały czas pisze i nie podlega naciskom nowoczesności.

Ci, co wstaną o dziewiątej, zobaczą hałaśliwe ciężarówki, turystów w lodziarniach, rojne kawiarnie i pomykające w tę i z powrotem motorówki. W Bonifacio w najbardziej romantyczny sposób spotyka się niebo z ziemią, skała z morzem, człowiek z przyrodą, a stare z nowym. Ale żeby to zobaczyć, trzeba wstać wcześnie. Magia nie jest pisana śpiochom. 
Listopad: długie cienie (Playa Giron, Kuba)

Zapadam w ciężki sen. Za oknem w ciemnościach głosy, dźwięki, zwiastujące jakiś koniec i początek. Czasem ostry hałas motocyklowego silnika, nad ranem koguty. Jednostajny szum wiatraka. Gdy zbudzę się o szóstej rano, zajmie mi chwilę zanim przypomnę sobie gdzie się znalazłam tym razem, w jakim łóżku się budzę i czy te cienie za żółtą firanką są groźne, czy przyjazne. Zaraz zacznie wschodzić słońce i łagodne różowe światło przypomni, że oto kolejny koniec świata, na który przybyłam czystym przypadkiem i w poszukiwaniu czegoś, co nie ma nazwy, ale czego jeszcze nie odnalazłam. Oto jestem na południowym wybrzeżu zaczarowanej wyspy, dla której mariaż tropikalnego klimatu, karaibskiej duszy i twardego komunizmu okazał się zabójczym. Kuba dziś zbiera się do kupy, staje powoli na nogi, choć ostatnie sześćdziesiąt lat historii odcisnęły się brutalnym piętnem na jej naturalnym pięknie i w sercach niegdyś radosnego, prosperującego narodu. 

DSC 8157 2

DSC 8520 2

DSC 8523 2

Już jutro wsiądę do samolotu, który zabierze mnie do starej dobrej Gwatemali. Czeka mnie jeszcze długa droga z Playa Giron, gdzie właśnie piszę te słowa nad filiżanką mocnej kawy, do miasta nie z tej ziemi – Hawany. O rany, w Hawanie to za rok koniecznie trzeba pobiec w maratonie, bo to miasto jest zbyt niesamowite, by doń nie wrócić.

Malecon, nadmorski bulwar Hawany, to właściwie całkiem smutna sprawa. Musiał kwitnąć przed 59 rokiem, to widać jak na dłoni. Od razu wyobraźnia podpowiada tych spacerujących Latynosów pod rękę z Amerykankami, z parasolkami, w białych kapeluszach i ciemnych okularach, sączących rum na balkonach kolonialnych budynków, zdobionych pięknie. Lub zasiadających wygodnie na białych kanapach lśniących amerykańskich kabrioletów. Dziś został z tego popękany szeroki chodnik, niski mur, za którym najbiedniejsi dokonują porannych ablucji w słonej wodzie; chylące się ku ruinie rezydencje i dużo spalin. Wieczorami przesiaduje tu młodzież, w dzień kręcą się pojedynczy senni obcokrajowcy. Wczesnym rankiem jednak Malecon żyje, żyje naprawdę – ci, co tu spali, powoli znikają, pojawiają się ci, którzy wśród spalin pokonują kilometry. I ja wśród nich, dziwiąc się wszystkiemu i niczemu zarazem.

Ale tutaj, w Playa Giron, jest zupełnie inaczej. Cicho. Całe wybrzeże pokryte jest ostrą rafą, wybieram zatem opcję asfaltową. Przyglądam się czule spracowanym Inov-8-om, w których przebiegłam cały ubiegły rok. Tak, cały 2015 rok pokonały razem ze mną i zostawiały swoje ślady wytrwale i uparcie. Nosek prawego jest już mocno zmacerowany, musiałam wpaść gdzieś w ostry żwir, ale poza tym trzymają się bardzo dzielnie. Były ze mną na 42 kilometrowej przeprawie przez własną słabość tej wiosny w Barcelonie; były na wyspach i na morzach, były pod azteckimi piramidami i na trzystuletnim bruku, były na bezdrożach i pastwiskach, były na eleganckich promenadach miast. Kochane, ciekawe dokąd dobiegną, gdzie skończy się ich wielka przygoda. Bo w końcu musi mieć gdzieś swój kres i ostatecznie gdzieś zostaną, gdzieś ich ślad się urwie, może znajdą innego właściciela lub skończą żywot w morskich falach? Dziś nie chcę o tym myśleć, dzisiaj trzeba mi ciągłości i pewności każdego kolejnego kroku. Ruszam więc powoli w moich ulubionych (właściwie: jedynych) fioletowych gatkach które przeżyły jeszcze więcej, na ten przykład pierwsze kroki kitesurfingu i nurkowanie w rafach. Niby bez znaczenia dla mnie wszystkie te przedmioty, szmatki, ale jakoś lubię myśl że ten kawałek tkaniny czy gumy, ten koralik czy ta bransoletka, przebyły ze mną wszystkie te kilometry. Lubię też myśl, że te fragmenty materialnej rzeczywistości gromadzą jakąś energię i dobrze jest przekazać ją dalej. Dlatego mój malutki blaszany gwatemalski paw został na plaży w Guardalavaca, setki kilometrów stąd, na wschodzie Kuby. Kolejny właściciel może go zgubi, a może wyruszy z nim w swoją własną podróż – kto wie? Raz nadana energia w przyrodzie nie zginie; lawina wymiany ruszy. Lubię myśleć magicznie i magia mi się odwzajemnia. 

Droga z Playa Giron do La Caleta jest płaska, szeroka i przyjemna, równy, jeszcze odbijający chłód nocy asfalt. Jestem znów zupełnie sama i tak bardzo potrzebuję tej samotności. Kawałek od wsi mija mnie staruszek na rowerze w wielkim słomianym kapeluszu; obok niego drepcze wychudzona łaciata psina. Potem spotkam jeszcze trzech jegomości i psa na wozie zaprzężonym w melancholijną szkapę i nikogo więcej na przestrzeni dwunastu kilometrów. Na kamienistych wąskich półwyspach wcinających się ostro w morze spacerują chude, białe ptaszyska na długich nogach. Droga wije się łagodnymi zakolami, bez niespodzianek, bez zaskoczeń. Wreszcie znad gęstego tropikalnego lasu wyłazi słońce; wylewa się jaskrawą zupą na drogę przede mną, oślepia na moment, pozbawia cienia. Słońce tutaj, na Karaibach, ma zupełnie inną moc niż słońce europejskie. Ono nie daje prostego zastrzyku jak energożel; ono tę energię pochłania i oddaje w zupełnie odmienionej formie; bardziej przetworzonej, skupionej wewnątrz ciał i dusz. Rozleniwia w swej bezlitosności, jednocześnie kumulując się w ludzkich organizmach by potem, po zmroku, znaleźć ujście w tym blasku w oku, w hipnotyzujących ruchach bioder, w głośnym śmiechu, w muzyce. To słońce nie jest łatwe w odbiorze, jak pierwsze wiosenne promienie nad Polską po wrednej zimie. To jest przeznaczeniem, wyrokiem, błogosławieństwem i przekleństwem, czystą naturą tych ludzi. Daleko mi do nich, choć skóra moja przybrała już rdzawy kolor. Jak kiedyś na półmaratonie w Coban czuję strużki potu płynące po dekolcie i myślę, że ta droga nigdy się nie skończy, nigdy nie zawrócę, że to słońce upiorne w końcu wciągnie mnie raz a dobrze i przepali do kości. Biegnę, bo co innego mi pozostaje. 


Kola__ae1.jpg

Zapraszamy na fanpage autorki: facebook.com/becausethisworldisrunlimited