NB 1080v12
 
1 sierpnia 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Badwater 2015. Czy to upadek mitu Człowieka z Żelaza?


Za nami Badwater 135, czyli jeden z najtrudniejszych ultramaratonów świata rozgrywanych na asfalcie. Morderczy upał Doliny Śmierci najlepiej zniósł Amerykanin Pete Kostelnick, który 217-kilometrową trasę pokonał  w czasie 23 godzin i 27 minut. Jedyny z Polaków – Piotr Kuryło wycofał się z wyścigu już po 80 kilometrach. Czy pochodzący z Augustowa biegacz faktycznie jest jeszcze „Człowiekiem z Żelaza”?

Badwater Ultramarathon w tym roku powrócił na swoją starą trasę. W poprzednim sezonie z uwagi na zakaz wydany przez władzę Parku Narodowego Doliny Śmierci organizatorzy musieli całkowicie zmienić jej bieg. 28 lipca od godziny 20 do 23 czasu kalifornijskiego w trzech falach startowych niemal 100 śmiałków wyruszyło z najniższego punktu Ameryki Północnej  (dno wyschniętego stawu Badwater 86 m.p.p.m.), aby przebiec przez całą Dolinę Śmierci, aż do Mt. Whitney. Meta jest na wysokości 2500 metrów n.p.m. w Whitney Portal a szczyt masywu wznosi się na 4421 m.n.p.m (najwyższa góra kontynentalnych USA).

badwater start

Zawodnicy na starcie tegorocznego Badwater

Bez wątpienia to morderczy bieg, a świadczy o tym fakt, że limit ukończenia tej trasy to aż 48 godzin. Największą jego trudnością, nie jest ani różnica poziomów, ani też dystans, lecz niewyobrażalny upał. Dolina Śmierci uznawana jest bowiem za najgorętsze miejsce świata. Zanotowano tam najwyższą temperaturę powietrza w cieniu – 56,7 stopnia Celsjusza, a średnia w miesiącu lipcu wynosi aż 48 stopni Celsjusza. Temperatura asfaltu w słoneczne dni, a bywają lata, że w ogóle tam nie pada – dochodzi nawet do 80 stopni, tak wynika z obrazu zdjęć satelitarnych mierzących temperaturę powierzchni ziemi w tym rejonie. Ale dosyć o aurze, czas przejść do rywalizacji.

kostelnickpeteW stawce zawodników przeważali Amerykanie lub biegacze z amerykańskim paszportem. Był też rekordzista trasy 51-letni Brazylijczyk Valmir Nunes, zwycięzca poprzedniej edycji Harvey Sweetland Lewis oraz nasz Piotr Kuryło, który już tradycyjnie zapowiadał zwycięstwo. Dość szybko grupa faworytów objęła czołowe pozycje uwzględniając nawet godziny startów.   Amerykanie Pete Kostelnik (na zdjęciu), Oswaldo Lopez oraz  Australijczyk Mick Thwaites narzucili dość mocne tempo oscylujące w granicach 5 minut na kilometr.  Ta trójka również najlepiej zniosła panujący w ciągu dnia upał i w takiej kolejności zameldowała się nieopodal szczytu Mt. Whitney. 27-letni Kostelnik zwyciężył z bardzo dobrym czasem 23:27, Lopez potrzebował na dotarcie do mety 25 godzin i 28 minut, a Thwaites 26 godzin i 23 minut. Wśród pań zwyciężyła Australijka Nikki Wynd z drugim kobiecym czasem w historii – 27:23 (Nikki była czwarta w rywalizacji open). Na podium stanęły jeszcze Amerykanki Pam Reed oraz Jill Andersen.

Piotr Kuryło

Nas interesowały losy Piotra Kuryło, jednak szybko okazało się, że wycofał się z rywalizacji. Nie przynosi to ujmy, bowiem to jest Badwater, a nie jakiś maraton, jednak pewne fakty sprawiają, że obraz biegacza-pustelnika może budzić niesmak.

Drugie miejsce w Spartathlonie 2007 i obecność w książce Scotta Jurka – z tym większość osób kojarzy Kuryłę. Pielgrzym biegający do Watykanu ciągnąć za sobą wózek lub też w niekonwencjonalny sposób trenujący do ultramaratonu w Atenach, biegnąc tam aż z Augustowa. Wielu kojarzy go też z „Biegu dla Pokoju” lub książki „Ostatni maraton”, w której opisuje swój bieg dookoła kuli ziemskiej. Bez wątpienie wobec tych wyczynów uniesposób przejść obojętnie – jednak w zawodach od 2007 roku Piotr Kuryło nic znaczącego nie osiągnął.

kurylo4
foto: facebook.com/biegdlapokoju

Tym razem miało być inaczej. Efektowny trailer krążący w sieci wywoływał gęsią skórkę. Piękna muzyka, prezentacja treningu, ciągnięta opona gdzieś w lesie, błocie, kałużach, śniegu… bieganie po bieżni w piwnicy, gdzie nieustannie w piecu płonie ogień, podciąganie, brzuszki, boksowanie  w worek – krew, pot i łzy. Wszystko po to, aby zebrać pieniądze na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. W sieci również pojawiały się zdjęcia, ciągle z oponą, która była wielokrotnie przecierana i wymieniana, czasem też bez opony – ilustrujące wyżyłowane ciało biegacza. Naprawdę katorżnicza praca była widoczna na tym ciele i zbiórka pieniędzy się udała. Były konferencje, partnerzy lokalni, samorządowi oraz projekt Polak Potrafi. W efekcie Piotr Kuryło pojechał do Stanów Zjednoczonych już 2 miesiące przed biegiem, aby w upale i na wysokościach ćwiczyć w pocie czoła do najtrudniejszego biegu świata.

kurylo3
foto: facebook.com/biegdlapokoju

Już po 12 milach jego serwisant napisał na Facebooku, że Piotr miał krwotok z nosa, jednak wciąż trzyma się czołówki. Nieco później napisał, że będą „oklejane” kolana… potem relacja się urwała, a na kolejnym punkcie kontrolnym Kuryły już nie było. Czołówka odjeżdżała i było jasne, że człowiek, który w 2011 roku obiegł świat, będzie walczył wyłącznie o ukończenie. Niestety takiej walki nie podjął. Do złudzenia przypominało to scenariusz z tegorocznego biegu Wings For Life, gdzie pochodzący z Augustowa biegacz przewodził stawce w świetle jupiterów, aby po…11 km zejść z trasy z powodu bólu żylaków.

kurylo7
Piotr Kuryło podczas tegorocznego Badwater: foto: facebook.com/biegdlapokoju

Mit „Człowieka z Żelaza”

Kiedy wieczorem wciąż nie było żadnych wieści z Doliny Śmierci na portalu społecznościowym pojawił się wpis… Pawła Kuryło, brata bliźniaka Piotra. Jego treść brzmiała:” Jak zwykle głupio wystartował. Nie powinien marnować swego czasu i cudzych pieniędzy.(Ja jestem przekonany że będzie gorzej niż ostatni).” Słowa okazały się prorocze. Mocny początek sprawił, że o wschodzie słońca „Człowiek z Żelaza” miał już dość. Mocny jak się okazało dla niego, bowiem reszta czołówki nie miała problemów, aby dalej pokonywać kilometry, rzecz jasna w nieco wolniejszym tempie, ale jednak w okolicach 6 min/km. Chciałoby się rzec, mierz siły na zamiary. Skoro nie jesteś tak mocny, walcz o to, aby z biegu nie zejść, zajmij 15., 20., 50. miejsce. W tym miejscu chciałbym przytoczyć przykład Piotra Sawickiego, byłego rekordzisty Polski w biegu 24-godzinnym. Biegnąc w ubiegłorocznym Spartathlonie realnie mierzył w TOP10, ale po 170 km opadł z sił, przemarzł i niczym pokutnik w cierpieniach dotarł do mety na 30. miejscu. Miał niedosyt, ale jest ultrasem i może powiedzieć – zrobiłem to, wygrałem z własnymi słabościami, przebiegłem Spartathlon. Tymczasem Kuryło zdaje się próbować podtrzymać mit „Człowieka z Żelaza”, boi się zaszufladkowania na dalszych pozycjach i w efekcie schodzi z trasy, bo lepiej zejść niż dobiec do mety daleko z tyłu, po szumnych zapowiedziach. Poza tym lepiej być zauważonym przez chwilę, jak na Spartathlonie 2014 (3h10 na pierwszych 42 kilometrach) niż zacząć gdzieś z tyłu i niepostrzeżenie awansować w trakcie biegu oraz uzyskać faktyczną odpowiedź, na co tak naprawdę mnie stać? Wielu z nas może zapewne otworzyć pierwszy kilometr maratonu szybciej od Henryka Szosta, nieliczni mogą nawet wytrzymać kilka kilometrów, po czym zejść z trasy i stwierdzić, że złapała ich taka kolka, że po prostu nie dało się biec dalej. Nie wiemy kim faktycznie
Kuryło jest. Czy ultrasem z realnym wielkim potencjałem, czy zdolnym biegowym
iluzjonistą, który potrafi roztaczać czar człowieka, przy którym
wszystkie inne osiągnięcia bledną.

kurylo1
Piotr Kuryło podczas tegorocznego Badwater: foto: facebook.com/biegdlapokoju

Wracając do postu Pawła Kuryły. Po chwili pojawiły się pod nim dziesiątki komentarzy, których treści nie warto przytaczać, wszyscy jednak ostro krytykowali pana Pawła, który może do końca nie trafił w sedno, jednak miał sporo racji. Prowadził nierówną walkę z fantastami, ostatecznie jednak wyszło na to, że jego brat znalazł się w gronie 17 osób, które biegu nie ukończyły. Żeby była jasność rano post został usunięty, a pojawił się inny:” Po 8 godzinach biegu i 80 km zszedłem z trasy Badwater. Dalszy bieg grozić mógł nagłą wizytą w szpitalu lub w chłodniejszym miejscu. Zaczęło się zaraz po starcie od krwotoku z nosa a następnie układ pokarmowy zupełnie odmówił posłuszeństwa, co w konsekwencji  pociągnęło za sobą całkowite osłabienie i odwodnienie organizmu. Dziękuje Kochani za gorące kibicowanie i przepraszam, że nie było jak zaplanowałem, widocznie sport jest nie przewidywalny” – napisał Piotr.

Czy ultramaratończyk z takim bagażem doświadczeń, po tak katorżniczych treningach na amerykańskiej pustyni, w augustowskiej puszczy, tajdze Syberii (miejsc można wymieniać mnóstwo, bowiem człowiek ten był niemal na całym świecie) powinien odpuszczać tak szybko? Wszyscy walczą tam z podobnymi problemami, wygrać może tylko jeden – stąd aż 48-godzinny limit. Mając taki zapas czasu można było spać przez dobrych kilka godzin, aby się zregenerować i spokojnym tempem pokonywać kolejne kilometry walcząc dalej. Na Badwater jest niewiele punktów kontrolnych i nie trzeba się aż tak bardzo spieszyć, aby zaliczyć kolejny z nich.  Poza tym na takich biegach zawodników dopada, co najmniej kilka kryzysów – to w końcu ultra. Inaczej przecież, gdzie leżałaby trudność tak długiego biegu? Dlaczego niepełnosprawny Darek Strychalski mógł ukończyć ten bieg w zeszłym roku? Przecież równie dobrze mógł zrobić sobie wycieczkę do Las Vegas na koszt innych.

Tu dochodzimy do kolejnego aspektu, na który niewielu zwraca uwagę. Ciąganie za sobą opony, robienie milionów pompek w strumieniu, „targanie” belek z drewnem jest efektowne. Działa na wyobraźnię fanów. Podobnie jak niezwykle umięśnione i wyżyłowane ciało, jednak widać jak na dłoni, że takie katowanie się jest nieefektywne. Mówiąc potocznie – para idzie w gwizdek. Na nieco ponad tydzień przed startem biegacz pochwalił się, że przebiegł 280 km w tygodniu z czego 80 z oponą… Gdzie się podziała regeneracja, zejście z obciążeń, uzupełnienie minerałów, a nie ich nieustanne wypacanie? To kulturyści odwadniają się przed zawodami, aby wyglądać lepiej na wybiegu. Ultramaratończycy raczej powinni zaczynać bieg wypoczęci i na pełnym baku… Chyba można nazwać taką postawę sportową głupotą. Szkoda pracy, potencjału, który niewątpliwie jest, bowiem niewiele osób poddałoby się takiemu treningowi i nie skończyło w szpitalu. Wszystko poszło w próżne, choć w sumie nie do końca, bowiem wycieczka opłacona przez fanów jednak się odbyła.

Kuryło sam wielokrotnie przyznawał, że zbiera pieniądze po parafiach, pomocy udziela mu także bardzo życzliwa amerykańska polonia. Porównując go z innymi polskimi ultrasami, żyje bardziej jak zawodowiec, bowiem pracuje niewiele. Kto bowiem mógłby sobie pozwolić na 2 miesiące wyjazdu do USA? Kuryło ma bez wątpienia umiejętność przyciągania uwagi, a wyniki schodzą na drugi plan – większe wrażenie robi trailer, od którego włos jeży się na głowie niż suchy fakt, że ktoś zdobył medal mistrzostw świata i nic specjalnego z tego nie ma, bo musi jeszcze solidnie dokładać do interesu ciężko pracując. A mowa, że reprezentuje Polskę również jest bardzo wątpliwa, bowiem od dawna nie startował dla kadry w biegu 24-godzinnym, ani na żadnych mistrzostwach Polski, które takową kadrę wyłaniają. Stare skandaliczne sprawy, że ktoś kogoś pobił, awantury, niesnaski, że ktoś chciał kogoś otruć podczas biegu… – prawda pewnie leży gdzieś po środku, jednak Kuryło jest skonfliktowany, z większością starej gwardii polskiego ultra i to fakt nie do podważenia. Nikt inny takich problemów nie ma, bo choć to środowisko szalone, to tak samo życzliwe i przyjazne.

Scena

Zatem czy warto jeszcze nabierać się na te wszystkie hasła o zwycięstwach, o tym, że to już ostatni raz, o tym, że jest forma… Na polskiej scenie ultra stoją skromne postacie z opuszczonymi głowami nawet po wielkich sukcesach. Wystarczy spojrzeć na naszych turyńczyków, którzy wrócili do Polski obwieszeni medalami mistrzostw Europy i mistrzostw świata. Mowa o Pawle Szynalu, Patrycji Bereznowskiej, Aleksandrze Niwińskiej czy Agacie Matejczuk. Czy ktoś obsypuje ich pieniędzmi, aby mogli wyjeżdżać na drugi kraniec globu na 80-kilometrowe rozbieganie? Czy ktoś poza rodziną i najbliższymi wspiera ich w trudach dnia codziennego? Żyją w kieracie – „tyrają”, aby zarobić na wyjazdy i starty. Czy coś po mistrzostwach w biegu 24-godzinnym się zmieniło? Po mistrzostwach najlepszych w historii Polski? Klasa sportowa przyznana przez PZLA, bo na strój reprezentacyjny już nie starczyło. Tyle się zmieniło. Pragnę tylko uświadomić, że w tym kraju żyją i trenują światowej klasy ultra maratończycy amatorzy, którzy faktycznie startują, mierzą się z własnymi słabościami z problemami żołądkowymi, ze skurczami, z bólami, z otarciami i kończą biegi w lepszych, bądź gorszych nastrojach.

Po drugiej stronie sceny stoi „Człowiek z Żelaza”. I tu cytat z książki „Ostatni maraton” wydanej w 2012 roku:” Już nikt nie zobaczy mnie biegnącego, bo człowiek jest wart tyle, ile jego słowo. Ja dałem słowo rodzinie, że to już koniec z moim bieganiem i zamierzam tego słowa dotrzymać”.  Minęły trzy lata, ale muzyka wciąż gra: „25 września pobiegnę po raz ostatni i będzie to Spartathlon w Grecji. W zeszłym roku byłem ósmy, kiedyś drugi, tym razem chcę się pożegnać z ultramaratonami i Grecją. Od 15 sierpnia będę trenował w Zakopanem. Tradycyjnie dam z siebie wszystko, ale tym razem nie powiem, który chciałbym dobiec do Sparty. Wszystko ma swój początek i koniec” – koniec cytatu z Facebooka… Bez komentarza.

kurylo2

foto: facebook.com/biegdlapokoju

Tym, którzy nie znają historii Piotra Kuryły polecamy przeczytanie: O człowieku, który się nie cofał

Marzy mi się 20 godzin – Wywiad z Piotrem Kuryło przed wyjazdem do Arizony

Redakcja Bieganie
Redakcja Bieganie.pl