new balance 880
 
11 sierpnia 2012 Redakcja Bieganie.pl Sport

Afera łazienkowa


Emocje wokół polskiej sztafety 4x400m już od dawna nie były takie gorące. Nie powodują je jednak, jak byśmy sobie tego życzyli, szybkie biegi naszych reprezentantów, ale to, co wydarzyło się w olimpijskiej wiosce. Haniebna bójka dwóch członków sztafety sprawiła, że IO w Londynie, podobnie jak te w Pekinie, naznaczone są polską aferą. Tym razem nie "trawnikową", ale aferą "łazienkową".

Przypomnijmy, członek sztafety 4x400m Kamil Budziejewski został dyscyplinarnie usunięty z kadry i zespołu po tym jak wdał się w potyczkę z kolegą z zespołu Patrykiem Dobkiem. Potem, na własną prośbę, sprinter wrócił szybciej do domu.

budziejewsi_dobek.jpg
Kamil Budziejewski i Patryk Dobek podczas składania przysięgi olimpijskiej (źródło fot. Facebook/PZLA)

-To moje piąte Igrzyska i liczyłem, że nigdy w życiu takie problemy wychowawcze mi się nie przydarzą.- komentował zajście bardzo zmartwiony trener Józef Lisowski

Jak wynika z relacji Budziejewskiego, atmosfera w ekipie była napięta  już od ostatniego obozu przygotowawczego do IO w Spale.

-Nikt jeszcze dokładnie nie wiedział kto pobiegnie i na jakiej zmianie. Trener informację o tym kto pobiegnie w podstawowym składzie utrzymywał do samego końca. Każdy z nas chciał wystartować. Patryk Dobek często podkreślał, że jest wicemistrzem świata juniorów i jemu należy się automatyczny start w sztafecie. Ja jak zawsze podkreślałem, że zależy to od decyzji trenera – mówi Budziejewski.

-Zachowania Patryka stawały się coraz bardziej prowokacyjne – ciągnie wytrącony z równowagi przez juniora senior. -Po samym przylocie czekał nas sprawdzian na londyńskim stadionie rozgrzewkowym, gdzie pokazałem się z dobrej strony, bo zająłem drugie miejsce, a mój młodszy kolega był ostatni. Gdy byliśmy już w wiosce olimpijskiej sytuacja się zaostrzała, było więcej nerwów i niewiadomych. Nie dość, że trzeba było poradzić sobie ze startem, musieliśmy również podołać atmosferze jaka panowała w ekipie – żali się sprinter.

O tym, co wydarzyło się później, krążą dwie wersje.

Pierwsza, przytaczana przez trenera Patryka Dobka, Krzystofa Szałacha, mówi, że Dobek został zaatakowany przez Budziejewskiego, kiedy chciał skorzystać z jego łazienki.

-U Patryka nie było wody. Chciał się wykąpać, ale do łazienki wpadł Budziejewski i kazał mu… Nie będę używał brzydkich słów, ale kazał mu opuścić łazienkę. Patryk coś odpowiedział i wtedy Budziejewski się na niego rzucił. Zaczął go nawet dusić-
relacjonował po rozmowie z podopiecznym Szałach.

Budziejewski w swojej wersji zdarzeń stanowczo zaprzecza, że dusił młodszego "kolegę":

-Była już noc, stałem w pokoju gdy Patryk wszedł do łazienki, która należała do mojego pokoju. Dlatego zwróciłem mu uwagę na to, że w zasadzie mógłby się zapytać, czy może skorzystać z mojej. Patryk odpowiedział coś, czego nie zrozumiałem, więc stanowczo poprosiłem by powtórzył. Wtedy dużo wyższy ode mnie Patryk stanął naprzeciw mnie, pochylił się i oparł swoje czoło o moje i cóż… doszło do szarpaniny. Po dosłownie kilku sekundach opuścił mój pokój. Z tego co przeczytałem w mediach wynika, że powinien leżeć w szpitalu – ironizuje Budziejewski.

Ze strony Patryka Dobka nie padło jeszcze żadne słowo "przepraszam" i jakiekolwiek inne słowa skruchy. Utalentowany junior dostąpił niesamowitego wyróżnienia, znajdując się w kadrze olimpijskiej i swoim zachowaniem, podobnie jak Budziejewski, zaprzeczył olimpijskiej przysiędze. Starszy ze sprinterów potrafił jednak wykazać skruchę:

-Jeszcze raz podkreślam, że żałuję całego zdarzenia. To ja powinienem zapanować nad nerwami. Nasze zachowanie nie było właściwe-
mówi. Sprinter przyznaje także, że liczył na wsparcie kolegów w rozwiązaniu konfliktu.

Najbardziej doświadczony członek sztafety, Marcin Marciniszyn przypuszcza, że zachowanie biegaczy było spowodowane presją.

-Może to sprawiła presja igrzysk? Znam relację obydwu zawodników, ale nie byłem przy tym zdarzeniu i nie do mnie należy wydawanie wyroku, zajmie się tym odpowiednia komisja Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Mieszkałem w pokoju z Tomkiem Majewskim, mistrzem olimpijskim w pchnięciu kulą, gdy Patryk przyszedł do mnie, najstarszego czterystumetrowca w kadrze, i poinformował mnie o incydencie – powiedział Marciniszyn.

Naszej sztafecie w eliminacjach zabrakło jedynie 24 setnych, aby wystąpić w olimpijskim finale. Czy z Budziejewskim w składzie i w lepszej atmosferze w drużynie, Polacy pobiegliby w czołowej ósemce?

-Myślę, że mógłbym być wsparciem dla zespołu, gdyby trener zdecydował o moim występie – twierdzi Budziejewski.

Tezę tę potwierdza Marciniszyn:  

-Na ostatnim sprawdzianie Kamil przegrał tylko z Michałem Pietrzakiem i było raczej pewne, że wystąpi. Za nimi na treningu uplasowali się Piotr Wiaderek, Kacper Kozłowski i Dobek. Jeśli Pietrzak w oficjalnym biegu uzyskał 45,19, to Budziejewski mógł mieć podobny czas. To oznacza, że zeszlibyśmy poniżej 3.02 i awansowalibyśmy do finału. Teraz, to tylko gdybanie, jednak tak mogło być – uważa wicemistrz Polski.

Niezależnie od afery "łazienkowej" wydaje się, że "Lisowczycy" mogliby powalczyć w londyńskim finale co najwyżej o miejsca 6-8. Po złoto 4×400 m sięgnęli z nieosiągalnym dla Polaków wynikiem 2:56.72 reprezentanci Wysp Bahama. Srebro przypadło Amerykanom (2:57.05), a brąz dawał wynik, nie jak przypuszczał trener Lisowski 3.01, ale 2:59.40 (Trinidad i Tobago).

Przykre, że kibice zapamiętają występ polskiej sztafety pod znakiem afery łazienkowej, a nie jak, w przypadku Amerykanów – walki. Przypomnijmy, wicemistrzowie olimpijscy wywalczyli awans do finału, mimo że jeden z członków sztafety biegł ze złamaną nogą…

 Jeśli nasza długa sztafeta przełoży walkę między sobą na tę sportową z przeciwnikami, to w przyszłym sezonie z pewnością pokaże się z lepszej strony.  Znając historię drużyny 4x400m, bogatą w waleczne postawy, można wierzyć, że na pewno ją na to stać.