new balance 880
 
10 kwietnia 2015 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

„Uwielbiam rozśmieszać ludzi” – autorka „Piosenki o bieganiu”


Gwiazdą biegowego Internetu można się stać nie tylko za sprawą świetnych wyników sportowych. Można nagrać zabawną piosenkę, którą potem udostępni Henryk Szost i zyskuje się rzesze fanów. To właśnie przydarzyło się Sylwii Lasok z Lublina, na co dzień, wokalistce zespołu Miss Papima, żonie i mamie dwóch córek i jak sama o sobie mówi „leniwej biegaczce”. Poznajcie tę niezwykle energetyczną i radosną osobę oraz jej humorystyczną twórczość, która polubili biegacze.

3.jpg

fot. Erwin Jasiński


Wygooglowałam, że jest pani artystką i śpiewa w zespole Miss Papima.

Tak, to jest mój zespół, który ujawnił się na początku tego roku. Wraz z moją koleżanka Martyną jesteśmy wokalistkami, grają z nami super chłopaki. Gramy muzykę, którą bardzo trudno jest zdiagnozować i zaszufladkować. Oczywiście robimy karierę, tylko niestety jak na razie większe sukcesy odnoszę na komediowym polu. Jak na przykład teraz – zaskoczyła mnie popularność mojej „Piosenki o bieganiu”.

Skąd się wziął pomysł na jej nagranie?

Piosenka, a raczej żartobliwy cover, powstał już jakiś czas temu. Po pierwsze  –  mam dwie córki, które ciągle słuchają oryginału, czyli kawałka „Mam tę moc” z filmu „Kraina Lodu”, więc piosenka była na tapecie już od dłuższego czasu. Zadedykowałam ją mojej koleżance Dorotce, którą poznałam dzięki bieganiu. Ona należy do bardzo ambitnych i ułożonych biegaczek, przywiązuje dużą uwagę do treningu, stosuje się do wskazówek, natomiast ja jestem totalnym leniem. Gdy biegłyśmy razem maraton, nie wytrzymała ze mną długo. Z niewinnym wyrazem twarzy powiedziała, że poczeka na mnie na mecie, no i ruszyła do przodu, a ja zostałam w tyle, sama na trasie. Któregoś dnia postanowiłam się po prostu za to "zemścić" i nagrać dla niej piosenkę.


Czym jest „syndrom kiszonego ogóra”, o którym Pani śpiewa w utworze?

Mam swój prywatny slang, w którym "syndrom kiszonego ogóra" oznacza niesamowite parcie na osiągnięcie celu. Chęć zrobienia czegoś za wszelką cenę. Takie "zastaw się, a postaw się" (śmiech). Tak właśnie nazwałam parcie Doroty na wynik, „życiówkę”, tę jej niesamowitą ambicję. Wiem oczywiście, że to trochę niepoprawne, bo tak naprawdę zwrot  "syndrom kiszonego ogóra" ma konotacje z alkoholem, bądź seksem, które nota bene też lubię. (śmiech).

20140823_084728.jpg

fot. archiwum prywatne Sylwii Lasok

Czy tekst powstawał długo?

Z godzinę. Podczas nagrania „teledysku” ustawiłam migającą kulę i zagrałam na ukulele, na którym gram na co dzień, czyli 4-strunowej, małej hawajskiej gitarce. Kiedy ją śpiewałam byłam  lekko chora, zachrypnięta. Gdybym wiedziała, że będzie taki rozgłos to zaśpiewałabym lepiej…

A co po jej odsłuchaniu powiedziała Dorota?

Śmiała się bardzo. Pamiętam, że ze śmiechu krztusiła się przez telefon. Odsłuchali ją także znajomi biegacze w Lublinie, więc było to małe grono osób. I nagle od wczoraj, dowiaduję się, że udostępniają ją portale biegowe i sam Henryk Szost!

No właśnie, dlaczego wybrała pani akurat Henryka Szosta?

Po pierwsze, ma piękne, rymujące się nazwisko, a po drugie jest naszą biegową ikoną, naszą chlubą! Rok temu grałam na bębnach podczas ORLEN Warsaw Marathon i dopingowałam biegaczy na trasie.  Mam nawet nagranie, jak widzę Henryka i dopinguję go wrzeszcząc! Przez kilka dni mój głos dochodził do siebie. Gdy wracałam po maratonie z Warszawy do Lublina, słuchałam wywiadu z Henrykiem, mówił o maratońskim bólu, że jemu to także towarzyszy na trasie. Zaimponował mi. Jest dla mnie numerem jeden wśród biegaczy.

Jest pani maratonką, jakie emocje towarzyszą pani podczas biegu?

Mam za sobą dwa Maratony Lubelskie, jak dotąd były dwie edycje. Teraz, 26 kwietnia, pobiegnę w Orlen Warsaw Marathonie, a w maju w Maratonie Lubelskim. Ja jestem takim człowiekiem, który startuje będąc osobą totalnie nieprzygotowaną do tego wysiłku. Na trasie cierpię, odpadają mi potem paznokcie, ale dla mnie bieganie to przede wszystkim są ludzie. Ja tak kocham tę otoczkę, uwielbiam patrzeć jak znajomi przeżywają te kilka ostatnich dni przed startem, to jak się zachowują na mecie… Pamiętam, że kiedy pierwszy raz w życiu zobaczyłam start maratonu, rozpłakałam się ze wzruszenia. W tym momencie wiem, że nie jestem jeszcze odpowiednio przygotowana do maratonu.  To będzie naprawdę bardzo duży ból, że zabiorę ze sobą trochę tabletek przeciwbólowych, ale wiem, że go ukończę. 

II_maraton_lub.jpg

Drugi Maraton Lubelski. (fot. archiwum prywatne Sylwii Lasok)


Czyli biega pani maraton tak „z marszu”?!

Aż tak to nie jest. Trenuję, a właściwie biegam. Biegam "kompulsywnie", jak to określa mój kolega biegacz, mający dobre wyniki. Jak mnie poniesie, wychodzę na 10 km wybiegania, innym razem na 6 km, ale dłuższe odcinki nie są w moim stylu. Nie lubię też biegać sama. Ja muszę "kłapać", odzywać się, po prostu gadać. Na zawodach jednak potrafię się spiąć i biec długi dystans. Nie wyobrażam sobie nie ukończyć biegu maratonu. Muszę być na mecie. O to mi w tym wszystkim chodzi.

A jakie ma pani rekordy życiowe w maratonie?

Trudno to nazwać rekordem! (śmiech) W Maratonie Lubelskim złamałam pięć godzin – 4:43, ale to najtrudniejszy maraton w Polsce! W ostatnim półmaratonie  w Puławach 1:58. Oczywiście, gdy jadę na kolejny maraton, jestem przekonana, że złamię 4 godziny, że pobiegnie się samo, że "jakoś to będzie". Kolejne kilometry weryfikują jednak moje możliwości. Aż nadchodzi moment, że chcę po prostu znaleźć się na mecie. Wtedy pełznę…

Ma pani także zdolności aktorskie. Widać to w „skeczu” „Wizaż maratoński”. Co panią zainspirowało do tego filmiku?

Pamiętam, że powstał dzień przed moim startem  w Maratonie Lubelskim, który bardzo przeżywałam. Wiedziałam, że będzie trudno. Ten filmik powstał całkowicie spontanicznie, mąż włączył mi kamerę, odwrócił się plecami i wyszedł, a ja "popłynęłam "… Nie miałam przygotowanego scenariusza, więc filmik  jest trochę przydługi. Była to forma odstresowania przed maratonem. Wiedziałam, że oprócz mnie swój start przeżywają także moi znajomi, więc chciałam ich rozśmieszyć. Strasznie lubię rozweselać ludzi! Wszyscy w koło mówią mi, że ja się ciągle śmieję, coś w tym jest. Śmieję się z rzeczy śmiesznych i mniej śmiesznych. Staram się łączyć to moje bieganie z innymi pasjami: muzyką, dowcipkowaniem.

Czy możemy spodziewać się jakiejś kontynuacji przed skeczów przed pani kolejnym startem?

Na pewno! Mam w planach nagranie poradnika z „Wizażem maratońskim” dla panów. Znajomi zachęcają mnie, abym teraz wzięła się za wystylizowanie biegacza.

Jak rozmawiamy, tryska pani energią. To był chyba dla pani dobry dzień!

Dziękuję bardzo, że pani do mnie zadzwoniła. Tak, to jest dla mnie taki miły dzień! Usłyszałam dzisiaj tyle dobrych, ciepłych fajnych słów, że po prostu w to nie dowierzam. Autentycznie jestem wzruszona i chcę podziękować tym wszystkim ludziom i samemu Henrykowi Szostowi. Zapamiętam ten dzień do końca życia, bo jest naprawdę wyjątkowy. Mimo że mam dziś za sobą chyba najgorsze wybieganie w życiu. Naprawdę! Biegłam, a właściwie bardziej szłam po lesie, aż mi było głupio. I nagle po treningu ludzie do mnie piszą: „Sylwia, Ty gwiazdo” (śmiech).

Ale przed maratonem nie będzie pani cierpieć na „Syndrom Kiszonego Ogóra”?

(śmiech) Nie, na pewno nie! Chciałam serdecznie pozdrowić wszystkich biegaczy. A całusy przesyłam Biegowej Braci z Lublina!