2 sierpnia 2014 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Tenzing – Hillary Everest Marathon 2014 – reportaż


Tenzing-Hillary Everest Marathon w Nepalu – prawdopodobnie jeden z najtrudniejszych maratonów na świecie, a już na pewno bieg na „królewskim dystansie”, na największej wysokości n.p.m.  Start odbywa się zawsze 29 maja, w rocznicę pierwszego wejścia na Everest dokonanego przez Sir Edmunda Hillary’ego i Sherpę Tenzinga Norgaya. W 2014 roku Polskę reprezentowało 2 biegaczy: Robert Celiński (Lotto Extreme) oraz Radek Serwiński (EDC Runners). Polacy spisali się świetnie zajmując odpowiednio pierwszą i drugą pozycję w kategorii obcokrajowców. Radek podzielił się z nami jego wrażeniami z przygotowań i z samego startu. Zapraszamy do lektury!

 

Bieganie powyżej 5000 npm?

Biegam od 4 lat, moja przygoda biegowa na poważnie zaczęła się 2 lata temu, kiedy wstąpiłem do klubu biegowego. Zacząłem systematycznie trenować, biegać, startować, złamałem magiczne 3h w maratonie ulicznym, a w 2013 roku wystartowałem w Bajkał Ice Marathon, zajmując 4 miejsce (za 3 Rosjanami). Wtedy załapałem bakcyla na bieganie trochę bardziej ekstremalne. Kolega z pracy i naszego firmowego klubu „EDC Runners” Bartek Matczak w 2012 roku przebiegł Tenzing-Hillary Marathon w Nepalu – i wtedy pierwszy raz o tym biegu usłyszałem. W tamtym momencie trochę szalone wydawało mi się bieganie na wysokości powyżej 5000 m. Z pomocą firmy, w której pracuję „EDC Polska” udało mi się zorganizować wyjazd do Nepalu. Opłata za pakiet startowy była bardzo wysoka, ale w tym zawierało się 14 dni pobytu i pełna, profesjonalna opieka organizatora. Pozostała kwestia przygotowań do samego startu, bo już na miejscu nie mogło być mowy o regularnym bieganiu. Mój trener Jacek Gardener regularnie stawia na siłę biegową, tak że przez ostatnie miesiące wykonywałem dużo podbiegów, pokonywałem ok. 80 km tygodniowo. Można powiedzieć, że czułem się wystarczająco mocny by pewnie stanąć na starcie. Głównymi niewiadomymi były: aklimatyzacja i to, jak moje ciało zachowa się na tak znacznej wysokości. O tym  mogłem przekonać się dopiero na miejscu. Z drugiej strony – o to właśnie chodziło, żeby się zmierzyć z samym sobą.


Nepal – inny świat

Kathmandu – stolica zupełnie niepodobna do naszej Warszawy. Na lotnisku nikt się nie śpieszy. Jak dowieziono pasażerów autobusem do terminalu, trzeba było uiścić opłatę 40 USD za wizę. Potem ustawić się do kolejki po wydanie wklejki do paszportu. Osobne kolejki są do wizy 15- dniowej, 30- dniowej i 90- dniowej. Oczywiście kolejka  największa jest do 30- dniowej (czyli mojej), ale pozostali panowie z obsługi nie pomogą jej rozładować, tylko oglądają zawody lekkoatletyczne na YT. Bagaż odebrany, a pod terminalem stał Pan z tabliczką „Everest Marathon”. Oprócz mnie tym samym samolotem przylecieli na maraton Brazylijczyk oraz Anglik. Jechaliśmy przez centrum Kathmandu, same skuterki naokoło i wszyscy trąbią. Ale nie po to, żeby kogoś uświadomić, że jedzie źle, tylko żeby dać wszystkim znać „uwaga jadę!”. W międzyczasie dowiedziałem się, że obóz pod Everestem jest praktycznie opustoszały przez lawinę, która niedawno zeszła i zginęło 16 Szerpów. Przyjechaliśmy do hotelu „Shanker”, kolejnego dnia organizator zapewnił wycieczkę po mieście, m.in do „Małpiej Świątyni”. Spotkaliśmy tam kobietę – Brytyjkę, którą tydzień temu helikopterem zwieziono z gór z wysokości 5000 m. Mówila, że czuła się  źle już na poziomie 3000 m, jednak szła dalej i było coraz gorzej. Na 5000 m straciła przytomność i wezwano helikopter. Jak przylecieli do Kathmandu – w przeciągu 24 godzin wszystko ustąpiło. Mówi, że biega maratony, czuje się sprawna, ale potwierdza się, że aklimatyzacja to kwestia indywidualna. 

Wieczorem w hotelu na odprawie dostaliśmy pakiety startowe: koszulkę biegową, koszulkę polo, pas do biegania z bidonami, dużą torbę do spakowania się na trekking i jako niespodziankę na mecie mamy dostać dres. Przestrzeżono nas, że istnieje sztywny limit 15 kg. na samolot Kathmandu-Lukla. Tyczy się on razem bagażu podręcznego i głównego. Dlatego mimo tego, że w dzień jest 32 st .C, to muszę nałożyć na siebie najcięższe ubrania (polar, kurtkę i buty górskie). Podobne podejście miała większość startujących. Podano godzinę wylotu: 6:00, czyli z hotelu wyjeżdżamy o 5:00, a zbiórka o 4:45. Dodatkowo zostaliśmy poinformowani, że jeśli pogoda nie pozwoli nam na lot do Lukli przez 2 dni, to na własny koszt będziemy musieli zapłacić za helikopter (500 USD na osobę). Oddadzą nam wtedy 150 USD za opłacony już lot samolotem. Przedstawiono nam Szerpę, który będzie się nami opiekował.  Powiedziano, że spośród młodego pokolenia Nepalczyków (ok. 35 lat) ma największe kwalifikacje, szkolił się  nawet w Anglii i Francji. Później okazało się, że stanął na szczycie Everestu 7 razy. Wzbudziło to nasze zaufanie.


Lot do Lukli i początek trekkingu

Nasz plan pobytu miał wyglądać następująco: lot 30 min. z Kathmandu do Lukli, potem 12- dniowy trekking z aklimatyzacją, aby na końcu pobiec dystans maratonu z obozu bazowego pod Everestem do Namche Bazaar. Następnie zejść do Lukli, by wrócić samolotem do Kathmandu. Wydawało się proste, ale jak się później okazało, aż takie proste nie było.

Zebraliśmy się w hotelowym lobby i o 5:15 autobusem pojechaliśmy na lotnisko. W międzyczasie dowiedziałem się, że start maratonu ma być o godzinie 8:08 i 48 sek. Wynika to z tego, że Mount Everest ma wysokość 8848 m n.p.m. Na lotnisku niesamowity folklor, nie byłbym w stanie ogarnąć tego, co się tam działo samemu. Na szczęście organizatorzy panowali nad wszystkim. Podzielono nas na 4 grupy, na 4 samoloty. Niestety w naszym samolocie (jeszcze przed startem) był problem z prawym silnikiem. Odlecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Lot piękny i wreszcie zobaczyliśmy lotnisko. To słynne lotnisko, jedno z najniebezpieczniejszych na świecie – 2800 m n.p.m., 460 metrów długości pasa startowego, z jednej strony urwisko, a z drugiej ściana góry. Pas jest pochylony pod kątem 12 stopni i są tylko 2 typy samolotów typu STOL, które mogą tam lądować. Wylądowaliśmy bezpiecznie, aczkolwiek twardo. Dano nam 2,5 h. wolnego czasu na przepakowanie się. Poznaliśmy naszych tragarzy. Każdy z nich będzie dźwigał po trzy 15 kg. torby na głowie i plecach.

Przez ostatnie 2 dni biłem się z myślami, czy brać Diuramid (Diamox) – środek, który pomaga w aklimatyzacji. Czytałem artykuły, rozmawiałem z ludźmi i zdania są podzielone. Można wymiotować, czuć się źle, dostać biegunki, mrowienia w palcach, albo w ogóle nie odczuwać skutków ubocznych. Faktem jest, że jak już się pojawiają objawy choroby wysokościowej (kasztel, duszności, obojętność, ból głowy) to środki te nie pomogą. Trzeba jak najszybciej zejść z wysokości. W końcu stwierdziłem – biorę! W Lukli połknąłem pierwszą pigułkę. Ulotka mówi, żeby brać 2 dziennie, chyba że zdobywa się więcej jak 500 m na dobę, to wtedy 4. Zdecydowałem, że biorę jedną rano i jedną wieczorem.

A więc ruszyliśmy na szlak do miejscowości Phakding (3 h. marszu i około 2600 m n.p.m.).

Aklimatyzacja

Od momentu wylądowania w Lukli czułem jakby mi coś siedziało na klatce, oddychało się w miarę normalnie, ale jednak jak się wsiada w Kathmandu na wysokości 1300 m n.p.m., a wysiada w Lukli na 2800 m n.p.m., to tego powietrza jest trochę mniej. W miarę chodzenia zacząłem się czuć normalnie. Diuramid, który wziąłem jest środkiem silnie moczopędnym. Ja nie jestem przyzwyczajony  do picia dużej ilości płynów, a przy Diuramidzie trzeba pić dużo (4-5 litrów). Dobiliśmy do Phakding, gdzie zjedliśmy obiad i nocowaliśmy w „lodży” (schronisku). Następnego dnia wyruszyliśmy na wysokość ponad 3400 m  n.p.m., by na dwie noce zatrzymać się w Namche Bazaar – mecie maratonu. Na podchodzeniu powyżej 3000 m n.p.m. czuć było, że oddycha się trudniej.

Po drodze systematycznie poznaje się osoby z grupy, które przyjechały tu z całego świata. Dla przykładu Chińczyk – w 2006 r. wszedł na Everest razem z bratem od strony tybetańskiej, zdobył w sumie 7 ośmiotysięczników. Buzz z USA przebiegł kilkanaście biegów 50-100 milowych, był drugi w maratonie po Murze Chińskim i ukończył triathlon na dystansie podwójnego Iron Mana (7,6 km. pływania, 360 km. roweru i 84,4 km. biegu). Oprócz tego są osoby, które nigdy maratonu nie przebiegły i ten everestowy będzie ich pierwszym.

Dotarliśmy do Namche Bazaar – celu dzisiejszej wycieczki. Bardzo ładnie położona wioska w formie amfiteatru. Jeszcze nigdy tak wysoko nie byłem i muszę przyznać, że czasami na ostrych podejściach miałem zadyszkę. Generalnie wszyscy dyszeli (oprócz lokalnego przewodnika, który się nawet dobrze nie spocił). Jedna pani (fakt – 74 lata) zemdlała wczoraj kilka razy, ale szła dalej. Niestety z Namche helikopter zabrał ją do szpitala w Kathmandu. Pozostałe osoby twardo się trzymają. Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę aklimatyzacyjną i po raz pierwszy zobaczyłem Everest, Nuptse i Lothse. Fakt, że z odległości 40 km, ale nawet z dystansu góry te robiły wrażenie. Teraz znajdowaliśmy się na trasie maratonu i od tego miejsca w większości szlak naszego trekkingu miał się z nią pokrywać. W drodze powrotnej do Namche kilka osób zdecydowało się potruchtać, w tym ja. Powrót do Namche to ok. 2 km. Głównie chciałem zobaczyć jak się biegnie na wysokości około 3500 m. Zacząłem ostrym tempem, bo najpierw był zbieg, a potem było wypłaszczenie terenu. Dogoniłem grupkę przede mną i zaczął się podbieg. Myślałem, że płuca wypluję. Nie ma porównania do biegania w Beskidach, a czeka nas jeszcze wzrost wysokości o 1900 m. Aktualnie nie wyobrażam sobie biec jeszcze dodatkowo 40 km i to prawie 2000 m wyżej. Będzie mocno…

W górę…

Następnego dnia wyruszyliśmy w krótką, 2 godzinną podróż do miejscowości Khumjung – największej wioski Szerpów, w której mieliśmy nocować (ok. 3600 m n.p.m.). Khumjung oprócz tego, że jest słynne z liczby zamieszkujących ją Szerpów, to  jeszcze znane jest z dwóch rzeczy: szkoły ufundowanej przez Sir Edmunda Hillary’ego, do której chodzą okoliczne dzieci oraz Świątyni, w której znajduje się czaszka… Yeti. Zwiedziliśmy szkołę i udaliśmy się małą grupką zobaczyć Yeti. Przedmiot był zamknięty w metalowej szafie, a miejscowy opiekun czaszki za drobną opłatą otwierał drzwi. I pokazało się coś włochatego, ale całkiem podobnego z kształtu do głów okolicznych jaków. Ale gdyby się ktoś pytał – widziałem czaszkę Yeti. Tego dnia z 4 innymi osobami weszliśmy na pobliskie wzgórze na wysokość ponad 4000 m n.p.m. w myśl zasady „wchodź wysoko, śpij nisko”, celem lepszej aklimatyzacji. Kolejnego dnia mieliśmy spać w Thangbuche, a następnego w Dingboche, jednak już 2 noce. Dingboche to miejsce, w którym ma być punkt żywieniowy na maratonie (zupa), punkt pomiaru czasu oraz miejsce, w którym zaczyna i kończy się wahadło do Bibre. Z tego względu, że dystans z obozu pod Everestem do Namche Bazaar wynosi 36 km, organizatorzy dołożyli wahadło, czyli w Dingboche odbija się ze szlaku do Bibre. Tam dostaje się wstążeczkę na nadgarstek potwierdzającą osiągnięcie punktu, wraca tą samą trasą do Dingboche i dalej już kontynuuje szlakiem. Całość to 6,2 km. Przez to, że w Dingboche zostawaliśmy 2 dni, w 3 osoby zdecydowaliśmy się przebiec po wspomnianym wcześniej wahadle, aby sprawdzić jak się biega na takiej wysokości oraz czy nie ma problemu ze zgubieniem szlaku. Myśleliśmy, że Bibre to miejscowość, okazało się, że to jakiś duży kamień. Oczywiście minęliśmy go i dobiegliśmy do zabudowań kolejnej małej wioski, ale były one po 6 km. W drodze powrotnej zgubiliśmy szlak, wybiegliśmy z zupełnie  innej strony Dingboche i wyszło ponad 12 km, zamiast 6 km. Aby podczas biegu szlaku nie zgubić, po południu drugi raz wybrałem się na drogę do Bibre, aby podpatrzeć punkty charakterystyczne w miejscu, gdzie się pomyliłem. Miejsce znalazłem i zakodowałem, jak trzeba  biec. Miejmy  nadzieję, że  29-go  maja będę to jeszcze pamiętał.

Kolejnego dnia wyruszyliśmy do miejscowości Lobuje na wysokości 4925 m n.p.m., gdzie zostaliśmy na jedną noc. Następnie wyruszyliśmy w drogę do ostatniego schroniska przed Everest Base Camp – Gorakshep. Po drodze spotkaliśmy biegacza, biegł w koszulce „Lotto”. Pomyślałem, że to  Robert Celiński, o którym słyszałem, że również startuje w maratonie. Krzyknąłem „Tylko się nie przetrenuj!” Odpowiedział „O! Polska” i poleciał. Potem spotkaliśmy się w schronisku. Całą grupą zostaliśmy tutaj 2 noce. Do tej pory śnieg nie padał, chodziło się po kamieniach i piachu. Jednak po pierwszej nocy w Gorak przywitała nas śnieżyca za oknem. Śniegu napadało z 20 cm, ale dla chętnych zorganizowana została wycieczka na Kalapatthar (5565 m n.p.m.), z którego podobno widać Everest w całej okazałości. Mimo śniegu zdecydowałem się pójść, w sumie było nas 15 osób plus przewodnik Szerpa. Po drodze 3 osoby zrezygnowały i wróciły do schroniska, a my po godzinie dotarliśmy na szczyt. Niestety widać tylko było to, co w promieniu 3 km. Everestu nie było widać tego dnia, ale siedmiotysięcznik Pumori jak najbardziej. Dla mnie głównym celem była aklimatyzacja. Śnieg padał coraz mocniej i według prognoz nie zapowiadało się na poprawę pogody.

Lawiny i ewakuacja obozu

27 maja po lunchu mieliśmy wyruszyć do Base Campu, 2 godziny marszu. Przez całą noc padał śnieg, napadało go naprawdę dużo i końca nie było widać. Start biegu miał być pojutrze. Rano pojawiły się pomysły, abyśmy jeszcze dzisiaj zostali w Gorakshep i jutro poszli pod Everest. Nie widzieliśmy większego sensu, aby zostawać 2 noce i cały dzień w namiocie, w metrowym śniegu i niezbyt sprzyjającej pogodzie. Organizatorzy stwierdzili, że jedzenie już jest w obozie, namioty porozstawiane i idziemy, więc po południu całą grupą ruszyliśmy. Mało było widać, bo cały czas padało, ale to co było widać trochę przerażało. Szczeliny, jeziora w lodospadzie, odgłosy spadających lawin i urwiska. Dotarliśmy – dwuosobowe namioty przysypane śniegiem. Nie było w nich nawet zimno, tylko wszystko wilgotne. Rozlokowaliśmy się z jednym z uczestników, Brazylijczykiem. Nasz namiot przeciekał w dachu w 2 miejscach. Z Polski przywiozłem „srebrną taśmę”, więc zakleiliśmy co trzeba. Popołudnie spędziliśmy w śpiworach. Co w końcu więcej robić jak zimno i pada? Wieczorem kolacja w namiocie jadalnym. Co jakiś czas Szerpowie chodzili wokół namiotów i otrząsali je ze śniegu, bo co kilka godzin były zupełnie przysypane (trochę pracy mieli, bo namiotów było ponad 50). 

Wstaliśmy o 7-mej rano, śniegu mocno nasypało, naprawdę mocno. Buzz – Amerykanin, który wstał wcześniej zaczął roznosić plotkę, że wracamy do Gorakshep (poprzednie miejsce noclegu), ponieważ śniegu jest za dużo, prognozy pogody przewidują dalsze opady i będzie zbyt niebezpiecznie zacząć maraton z tego miejsca. Poszliśmy na śniadanie, do namiotu przyszedł Pasang (szef Szerpów), który był odpowiedzialny za cały obóz i oznajmił, że się ewakuujemy. Część ludzi i liderów innych grup się nie zgadzała z tą decyzją, ale mieli mało do gadania. Mieliśmy wyruszyć o 10-tej, jeden za drugim, kilkadziesiąt osób. Pasang miał prowadzić i przez zasypane śniegiem pole tworzyć szlak. Minus całej wycieczki był taki, że nie było tragarzy i każdy musiał nieść swój bagaż z powrotem. Oczywiście można było liczyć, że bagaż dotrze do Gorakshep tego samego dnia, jak się pogoda poprawi i Szerpowie podejdą po nasze torby. Ale lepiej było nie ryzykować i braliśmy bagaże, głównie ze sprzętem biegowym ze sobą. W miarę jak schodziliśmy z wysokości, śnieg padał coraz mniej  i zaczęło się robić niesamowicie gorąco. Słońce mocno operowało mimo tego, że było pełne zachmurzenie. Smarowaliśmy się grubo kremem z filtrem 50, a i tak większości z nas skóra z twarzy poschodziła. Mocno się zmęczyłem idąc z takim pakunkiem po śniegu, a miał to być dzień wypoczynku. Nie wiem jak ci tragarze to robią, że niosą kilkadziesiąt kilo przez kilkadziesiąt kilometrów i dają radę. W końcu dokumentnie zmęczeni dotarliśmy po 3 godzinach do schroniska w Gorakshep. Mam niesamowity brak apetytu, co jest ponoć charakterystyczne przy przebywaniu na wysokościach,  ale trzeba coś jeść, szczególnie przed startem. Poszedłem spać wcześniej, żeby dobrze wypocząć. Przez ostatnie 2 dni piłem 2 razy dziennie Vitargo (odżywkę węglowodanową), żeby się dodatkowo doładować. Jutro dzień, który ma być zwieńczeniem 2 tygodni  aklimatyzacji.  Wieczorem przygotowane ciuchy, bidony itp. Pobudka o 6 rano, bo start ma być o 8:08:48 (synonim wysokości Everestu – 8848 m n.p.m.)


Start

Nastał dzień startu. W nocy na szczęście śnieg nie padał i rano niebo było bezchmurne. Już w pełni ubrany do biegu zszedłem na śniadanie (buty Nike Wild Horse, skarpetki, stuptuty, krótka lycra, bielizna termoaktywna, koszulka biegowa organizatora, buff na głowę, okulary , twarz+nogi  grubo wysmarowane kremem z filtrem 30). Wcześniej Garmin naładowany, aby bateria wystarczyła na cały bieg. Na śniadanie podano owsiankę na wodzie – standart od 2 tygodni. Trochę niebezpieczne przed startem, przynajmniej dla mnie, bo to niesprawdzone menu biegowe. Przewidując, że tak będzie, kilka dni temu w Dingboche kupiłem malutki słoik miodu. Udało się dostać 2 tosty i zjadłem sprawdzone śniadanie przedstartowe (białe pieczywo z miodem). O godzinie 7.30 wszyscy mieli zameldować się na linii startu, 38 min. przed strzałem. Na szczęście słońce było już w górze i aż tak zimno nie było. Wyczytywano każdego z imienia, nazwiska i numeru. Miejsce startu wyglądało tak, że na dużej „łące”, pokrytej śniegiem grubym na 30 cm  i zmrożonym po nocy, była linia startu na kilkanaście metrów długa. Do linii startu ze schroniska prowadziła ścieżka, szerokości jednej osoby. Owa ścieżka była również trasą maratonu. Logiczne więc było, że myślący ludzie nie będą chcieli lecieć po 30 cm grubości śniegu, tylko będą się chcieli jak najszybciej wbić na tę ubitą dróżkę. Odliczanie (po nepalsku) i o 8: 08 i 48 sek. wystartowaliśmy do biegu. Na takiej wysokości, z której startowaliśmy nie da rady biec, może ledwo truchtać, a ludzie na pierwszych 400 m zaczęli się przepychać i ścigać. Ja zacząłem  bardzo powoli, w „kolejce” na ścieżce byłem może w pierwszych 25 osobach. Biegło się po zmrożonym śniegu, po kamieniach, w górę i w dół.

Wiedziałem, że nie można za mocno zacząć. Na spokojnie, to jest maraton, a mówi się, że maraton się zaczyna w drugiej połowie (przynajmniej w teorii, bo pierwszej połowy też nie można zawalić). Po 2 kilometrach jak się sytuacja uspokoiła zacząłem wyprzedzać. Od 5km widziałem daleko przed sobą 2 osoby, które później minąłem na ok. 12 km. Miałem ze sobą bidon z izotonikiem, 6 żeli energetycznych. Organizator zapewniał 1 punkt żywieniowy z zupą na ok. 21 km (nie skorzystałem). Punktów z wodą było więcej. Od 12 km śniegu było coraz mniej, ale zaczęło pojawiać się śliskie błoto, na którym raz na tyłku leżałem. Wbiegliśmy do miejscowości Dingboche. Tutaj miało być wspomniane wcześniej wahadło, przedłużone o dystans z Base Campu do Gorakshep. Cały  5km odcinek był pod górę. Nie dało rady biec, prawie wszyscy szli ślimaczym tempem. W momencie, jak ja wchodziłem pod górę Robert już zbiegał. Był chyba 8 jak naliczyłem. Krzyknąłem do niego żeby cisnął, a on odpowiedział „złamałem palce” i poleciał dalej. Jak się później okazało, wywrócił się na początku i mocno uszkodził czy nawet złamał 2 kości dłoni. Nie było oczywiście RTG na mecie ani szpitala, więc w Polsce mu to zobaczą (następnego dnia miał wracać do kraju). W tym momencie, nie miałem pojęcia którym obcokrajowcem jestem. Wiedziałem, że jest przede mną Robert i Nowozelandczyk Anthony, ale przed momentem nawrotu Anthonego wyprzedziłem. Jak zacząłem zbiegać na dół zauważyłem, że jakieś 400 m za mną biegnie Tim z Walii. Za Timem z 2 min. później biegł Australijczyk. Tak, że do dystansu półmaratonu było ciasno, a ja wiedziałem w tym momencie, że jestem 2 obcokrajowcem. Mało prawdopodobne wydawało mi się utrzymanie tej pozycji do końca. Na tej wysokości (ok. 4400 m n.p.m.) oddychało się już zdecydowanie lepiej jak w Gorakshep. Wróciłem do Dingboche i dalej szlak prowadził do Pangboche. Za siebie nie patrzyłem, żeby się nie stresować innymi. Po drodze na szlaku leżał martwy jak (jak ja przebiegałem to tylko leżał, ludzie przebiegający godzinę później mówili, że tubylcy cięli go na części, zdzierali skórę itp., a zawodnicy, którzy biegli jeszcze później widzieli jak resztki jaka zepchnięto do rzeki). Po Pangboche zaczęło się bardzo ostre podejście do Thyangboche. Niesamowicie ciężko się wchodziło, miałem już okropnie zmęczone nogi, naprawdę miałem obawy, jak ja przejdę jeszcze podbieg do Namche Bazaar. Po Thyangboche ostry zbieg i ok. 31 km. Tim mnie dogonił i wyprzedził. Miał dużo świeższe nogi i lepiej skakał po kamieniach. Straciłem go z oczu. Na końcu zbiegu przebiegało się przez wiszący most nad rzeką i zaczynało się najdłuższe na całej trasie podejście, chyba w sumie 4 czy 5 km. Szukałem przy szlaku jakichś kijów, żeby się podeprzeć. Jak na złość nic nie było. W połowie podejścia zacząłem widzieć Tima, który wyraźnie zwolnił. Na samym szczycie podejścia się z nim zrównałem. Zostały 3 km do mety, bardziej płasko z niewielkimi pagórkami i ostro ruszyłem do przodu. Ukazało się Namche, wpadam na metę jako 19 w klasyfikacji ogólnej i 2 obcokrajowiec, przez czerwoną taśmę z czasem 5h 43min 05sek. Niesamowite uczucie. Tim przybiega 2 min za mną. Wszyscy naokoło gratulują – Szerpowie, których poznałem, liderzy grup, Shikhar – manager biegu, na szyję dostałem lnianą szarfę.

Znalazłem Roberta z zabandażowaną ręką. Też jest zadowolony, aczkolwiek pomijając rękę, zgubił szlak 2 razy, co go kosztowało kilka minut. Ostatecznie skończył bieg na 9 pozycji, jako pierwszy obcokrajowiec z czasem 4 h. 39 min. To jak do tej pory najlepszy czas obcokrajowca w historii biegu. Chwilkę potem zostaliśmy z Timem poproszeni do oficjeli, wręczono nam dyplomy i medale. Poszedłem do schroniska się przebrać i wróciłem na metę, aby kibicować znajomym. Po kilku ładnych godzinach wszyscy dobiegli, nikt się nie zgubił. Tylko Ronni z naszej grupy połamał 2 żebra (biegł z jedną dziewczyną, która wymachiwała kijami trekkingowymi na lewo i prawo, podcięła tragarza, który z całym ładunkiem przewrócił się na Ronniego). Wieczorem całą grupą zasiedliśmy w hotelu, Tim otworzył Walijską 18 letnią whiskey. Każdy obolały, ale bardzo szczęśliwy. Gratulowaliśmy sobie nawzajem, a mnie najbardziej podobało się stwierdzenie Michaela (profesora na uniwersytecie w USA): „Bardzo się Cieszę, że tak Ci poszło, ale jak Cię tutaj poznałem, to wiedziałem, że albo wygrasz albo padniesz po drodze”. Każdy spalony słońcem, skóry schodzące z twarzy, pęcherze na ustach od słońca i suchego powietrza. W końcu się wszystko zagoi, a wspomnienia zostaną.

Powrót

Kolejnego dnia w 5 osób zdecydowaliśmy się wrócić bezpośrednio do Lukli, 18 km marszu w 6 h. Reszta grupy szła 2 dni z noclegiem w połowie drogi w Monjo. Na miejscu w Lukli okazało się, że samoloty nie latają ze względu na niesprzyjającą pogodę i prognozy nie zapowiadają poprawy. Następnego dnia zdecydowaliśmy się skorzystać z helikoptera, za dodatkową opłatą, który przetransportował nas do Kathmandu. Organizator odebrał nas z lotniska i zawiózł do tego samego hotelu co na początku – „Shanker”. Pozostał powrót do Polski.

I po maratonie

Cała impreza przerosła moje oczekiwania. Nigdy bym nie pomyślał, że zobaczę słynne ośmiotysięczniki jak Everest czy Lhotse. Długi trekking z Lukli do obozu bazowego pod Everestem był niezbędny, żeby się poprawnie zaaklimatyzować, pozwolił trochę poznać zupełnie odmienny dla mnie świat. Sam bieg był również dużym przeżyciem. Na moje szczęście dobrze się czułem, nie miałem większych problemów oprócz zatrucia pokarmowego, a co najbardziej zadziałało, to podczas trekkingu w górę obmyślałem jak biec, patrzyłem na teren, wiedziałem ile żeli energetycznych ze sobą zabrać i gdzie je najlepiej zjeść. Wiedziałem, że jestem w miarę mocny, nad siłą biegową sporo pracowałem, ale zjechali się na ten bieg ludzie z całego świata, z wyglądu naprawdę sprawni i doświadczeni ultramaratończycy. Tym bardziej się cieszę, że dwóch chłopaków z Polski zajęło dwa  pierwsze miejsca w kategorii obcokrajowców. Tenzig-Hillary Everest Marathon zaliczony, teraz pora na kolejne wyzwania…