19 grudnia 2011 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Mitologia biegowa – ad vocem Jurka Skarżyńskiego


Internet jest wspaniały! Nie trzeba specjalnych umiejętności informatycznych, by wrzucić tam to, co nam tylko przyjdzie do głowy. Jedno kliknięcie na „Wyślij” i za moment cały świat może czytać/oglądać nasz materiał. Każdy może to zrobić – i ten, kto pisząc zna dobrze temat, i ten, kto tylko myśli, że zna dobrze temat, i ten, kto nie wie co pisze, a myśli, że wie!

mitologia 5401


Nic strasznego, gdy materiał tego ostatniego pojawia się na jakimś „jajcarskim” portalu, gdy każdy wie, że to żarty, albo „ściema”. Gorzej, gdy jest to na portalu, w którym zalogowani są ludzie szukający wiedzy, oczekujący rzetelnych porad, a czeka na nich „jajcarski” materiał, który na głowie stawia ich dotychczasowe wyobrażenie o temacie. Nie każdy pozna się na tym, że to co czyta jest materiałem fachowca, człowieka doświadczonego na tyle, by mierzyć się z „dogmatami” branży, a nie „jajcarza”.

Historia pokazuje, że „rewolucyjne” podejście do dogmatów nie raz – często po dłuuugich latach – obalało „standardy”, wyznaczało nowe widzenie rzeczywistości. Byle „rewolucjonista” miał wiedzę w temacie – był wykształcony i doświadczony, a przy tym potrafił odnieść się do tego, czego się dotąd nauczył. Chyba najbardziej znany przykład takiego „rewolucjonisty” to nasz Kopernik, który „wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię”. Miał chłop odwagę, bo przecież był także biskupem katolickim, którzy bronili kościelnych dogmatów jak niepodległości.

Niedawno na portalu maratonypolskie.pl trafiłem na post z blogu jednego z zalogowanych tam biegaczy. Dostępność ułatwiał fakt, że post długo „wisiał” na pierwszej stronie portalu. Do zajrzenia zachęcał też tytuł: 10 największych mitów biegowych. Nie mogłem oprzeć się ciekawości i rzecz jasna też to otworzyłem. Wprawdzie nazwisko Autora – Rafał Kowalczyk – nic mi nie mówiło, ale przecież czasami „rewolucjoniści” zostają docenieni po wielu latach.

Szybko okazało się, że z rewolucją materiał nie ma nic wspólnego. 100 procent „jaj”! Fakt, sam Autor uprzedza na wstępie, że jego internetowy pamiętnik to  „poalkoholowe bełkotliwe mądrości”, więc zostawiłbym go swemu losowi, gdyby nie to, że komentarze (tylko Przyjaciół Autora, innym wara od komentowania) nie dowodziły tego, że czytelnicy biorą sobie ten materiał do serca, że to nie „jaja”, ale rewolucja w podejściu do znanych tematów.

Pal licho, czy pisząc to Autor faktycznie tylko „bełkotał” po alkoholu, czy może jednak wierzy w to, co napisał, ale przecież inni czytelnicy mogli nie poznać się na tym, wierząc w „rewolucyjność” podejścia do przedstawionych mitów. Część komentarzy tego właśnie dowodzi. Zresztą – przeczytajcie to sami

Za długo działam jako propagator mądrego podejścia do wszelkich detali związanych z bieganiem i treningiem biegowym, bym nie musiał tu – na stronach portalu bieganie.pl – zająć stanowisko w sprawie tego „rewolucyjnego” podejścia do poruszonych w tym pamiętniku mitów.

W kolejnych postach przedstawię, jak ja to widzę. Wprawdzie czytelnicy moich książek dobrze znają moje „poglądy” na te tematy, ale przecież nie każdy ma lub czytał moje książki.
Kto to jest Rafał Kowalczyk? Autorskie dane są w jego wizytówce. Kto mnie nie zna – przedstawiam się:

Jerzy Skarżyński, ur. w 1956 roku,
– w latach 80. członek kadry narodowej maratonu, reprezentant Polski, z rekordami życiowymi 2:11:42 (1986) w maratonie i 28:33,36 (1984) na 10 000 m;
– 3-krotny medalista MP w maratonie;
– trener, którego wychowankowie zdobywali medale MP na dystansach od 800 m do półmaratonu;
– dotychczasowy przebieg ponad 150 000 km, ciągle biegający, od lat w kategoriach weteranów. Wcześniej medale ME na bieżni (M 45, 2002 – Poczdam, brąz na 10 000 m, M 50, 2006 – Poznań, srebro na 10 000 m), a w tym roku w M 55 brąz w półmaratonie (1:17:21);
– autor poradników dla biegaczy: „Biegiem przez życie” (już trzy wydania) i (najnowsza) „Maraton i ultramaratony”.

Zapraszam do lektury. Zanim ocenisz, czy Rafał Kowalczyk ma rację, poznaj moje opinie. Uprzedzam – to będzie moje spojrzenie na te zagadnienia. Mam nadzieję, że po tej lekturze nie będziesz klaskać czytając zamieszczone pod postem opinie np. tygrisosa czy Truskawki.

Czytajmy więc, co napisał Rafał:

MIT PIERWSZY: izotonik to zdrowy napój, bo stworzony specjalnie dla sportowców

Cytat: "Powtórzcie sobie na głos jedno z haseł reklamowych opisujące tego typu wytwór:… nawadnia lepiej niż woda…
…nawadnia lepiej niż woda…?
…naWADNIA lepiej niż woda…
Nawadnia lepiej niż woda, bo jest niebieski i zawiera cukier, słodzik i szczyptę soli.
Pomyślmy, kto produkuje dwa z trzech najczęściej kupowanych izotoników na świecie…hmm… koncern Pepsi (Gatorade) i Coca Cola (Powerade). Czy znamy jakieś zdrowe produkty tych koncernów?
Cóż, oprócz tego, swoje izotoniki produkuje każdy jeden sieciowiec od Biedronki począwszy. Prosty przepis: kranówa, cukier, czasem syrop glukozowo-fruktozowy i maltodekstyna, dekstroza, barwnik, konserwant, słodzik, dodatek witaminizowany.
Jami, zdrowo od kich po sufit, aż wlezie”

Mój komentarz:

Izotonik to zdrowy napój, bo stworzony specjalnie dla sportowców. Dla mnie hasło to jest w 100% prawdziwe! Izotoniki powstały po to, by wspomóc trening sportowca, pomóc mu w osiągnięciu optymalnych wyników na zawodach. Mało tego – mogą być bardzo pomocne tym wszystkim, nie tylko sportowcom, którzy intensywnie pocą się podczas pracy, np. pracownikom fizycznym, ale też działkowiczom, łopatami przekopującymi swoje działki, itd. Jest pot – przyda się izotonik! Bo pocenie się, chroniące nasz organizm przed przegrzaniem, wiąże się z utratą z organizmu płynów fizjologicznych. A to grozi bardzo niebezpiecznym odwodnieniem. Z potem tracimy też wiele składników mineralnych, z których kilka jest bardzo potrzebnych do tego, żeby zrealizować trening z wymaganą intensywnością i w założonej objętości, żeby organizm zdrowo i skutecznie funkcjonował w biegowych warunkach. Najważniejsze z nich to magnez, potas, sód i wapń. Nie chcę tu przytaczać który służy do czego, ale zapewniam, że ich niedobory utrudnią, albo wręcz uniemożliwią zrealizowanie zadań treningowych (intensywnych lub bardzo długich) albo startowych (np. na trasie maratonu).

Bardzo ważną rolą izotoników jest też to, że zawierają cukry proste, które szybko wchłaniane do organizmu (dzięki izotoniczności właśnie!) stanowią źródło energii, której ubywa podczas treningu lub zawodów z każdym kilometrem. A ilość tej „szybkiej” energii (glikogen + tłuszcz) jest ograniczona, gdyż wyczerpuje się glikogen. Cukry zawarte w izotonikach nam go dostarczają. Bez izotonika na trasie maratonu na każdego na 30 km czeka… ściana – totalna niemoc! Na niektórych nawet wcześniej, bo glikogenu w organizmie ubywa tym szybciej, im szybciej biegniemy.

Izotonik „nawadnia lepiej niż woda”, gdyż woda tylko nawadnia, dosłownie – nie ma cukrów (energii) i nie ma pożądanej ilości ważnych składników mineralnych. Mało która jest mineralizowana, czyli zawiera wystarczające ich ilości. „Na” wodzie długo i z pożądaną prędkością nie pobiegniemy. Dlatego nie ona, ale izotoniki (i szybko wchłaniane węglowodany – żelki, batony energetyczne, banany, itp.) powinny być na punktach odżywiania na trasie maratonu. Woda tylko nawodni i odświeży, ale nie dożywi węglowodanami i minerałami. A izotonik owszem!

Izotoniki nie są zdrowe? To poważne nadużycie wobec firm Coca Cola i Pepsi Cola, producentów Powerade i Gatorade, których nazwy padają w materiale. Co to znaczy, że ich produkty są niezdrowe? Który jest niezdrowy? Powerade? Sprite? 7 up? To manipulacja! O tym, że izotoniki pomagają biegaczom realizować biegowe marzenia wiem od lat. I to m.in. dzięki Powerade od lat jestem zdrowy i ciągle skutecznie realizuję swoje biegowe marzenia. Kiedyś, za studenckiego biegania, gdy nie znałem jeszcze izotoników, wypiłem wieczorem po długim treningu trzy półlitrowe szklanki herbaty. Bardzo zdrowe, bo wspomagane cytryną. Nie spałem po tym do rana! Czy Powerade jest niezdrowe? Wszystko jest niezdrowe – decyduje ilość! Najlepsze, najzdrowsze, najskuteczniejsze lekarstwo przedawkowane „może być przyczyną wielu groźnych chorób”, nawet śmierci.

Niczego nie można przedawkować, izotoników także. Używa się ich wyłącznie przed treningiem (gdy w planie jest dłuższy lub intensywniejszy trening), podczas (w przerwach intensywnego treningu lub podczas długiego) i po wysiłku, żeby uzupełnić straty płynu i przyśpieszyć regenerację, powrót organizmu do stanu równowagi czynnościowej. W jakiej ilości? Zależnej od ilości wydalonego potu. Izotonik nie zastąpi herbaty, soków, wody i innych napojów, które trzeba pić „po cywilnemu”, ale gdy jest pot – sięgamy po zdrowy izotonik, który nam pomoże w realizacji planu i w zachowaniu zdrowia. Jeżeli izotonik będzie nadużywany, stosowany w każdej sytuacji, gdy chcemy „coś” wypić… – nie ma płynu zdrowego stosowanego w nadmiarze. O tym trzeba wiedzieć!

Wiem – zarzuci się mi, że jestem ambasadorem marki Powerade, od lat,
więc… bla, bla, bla, że piszę tak, bo mi za to płacą? Zapewniam, że nie
jestem ambasadorem żadnej „kitowej” marki. Ba – reklamuję tylko produkty
z najwyższej półki – skuteczne i sprawdzone
.

Piję teraz codziennie jedną-dwie kawy. To zdrowe, czy nie? Lubię wypić piwo, lub kieliszek wina do obiadu. Dla zdrowia! Ale i kawa, i piwo, i wino w nadmiarze – szkodzą. Lubię też 7 up (firmy Pepsi Cola), który piję zawsze, gdy zamawiam zestaw pikantnych skrzydełek w KFC, wyzywanych „od czci i wiary” przez zwolenników zdrowego żywienia. Są pyszne! Zdrowe? Nie ma problemu, gdyż nie jestem codziennym bywalcem KFC. A Sprite (firmy Coca Cola) kupuję, gdy wsiadam do samochodu na dłuższą jazdę. Kilka łyków co kilkadziesiąt kilometrów pozwala mi utrzymać niezbędną koncentrację („szybka” glukoza odżywia mózg). To zdecydowanie lepsze niż tak reklamowane teraz napoje energetyzujące, chociaż i one – stosowane w odpowiednich ilościach – pomagają. Byle wiedzieć, jaka ilość jest przydatna, a gdzie zaczyna się nadmiar.

Rafał pisze: „Prosty przepis: kranówa, cukier, czasem syrop glukozowo-fruktozowy i maltodekstyna, dekstroza, barwnik, konserwant, słodzik, dodatek witaminizowany”. Czy z tego wyjdzie napój izotoniczny? Ilości i proporcje składników są bardzo ważne, bo z tego faktycznie może wyjść taki „kit”, że – jak pisze ironicznie: „Jami, zdrowo od kich po sufit, aż wlezie”. W Powerade wszystko jest w optymalnych proporcjach. Jest zdrowy, skutecznie spełnia swoje zadania (spożywany w zalecanych ilościach!), a przy tym… smaczny. Czy trzeba czegoś więcej?

Wiem – zarzuci się mi, że jestem ambasadorem marki Powerade, od lat, więc… bla, bla, bla, że piszę tak, bo mi za to płacą? Zapewniam, że nie jestem ambasadorem żadnej „kitowej” marki. Ba – reklamuję tylko produkty z najwyższej półki – skuteczne i sprawdzone. Czasami drogie, ale jakość zwykle jest w cenie. Za żadne pieniądze nie reklamowałbym czegoś, co może zaszkodzić. Tyle, że moją rolą jako ambasadora jest właśnie uświadamiać biegaczy, uczyć ich, jak trzeba dany produkt używać, stosować, by nam służył, a nie szkodził.

I co? Łab-daba-duba-duga-daba-dada-dabą! Czy jakoś tak – jak śpiewają Nalepa i Czaczyk.

MIT DRUGI: rozciąganie jako skuteczny środek zapobiegania kontuzjom

Cytat: "Dwa brytyjskie, dobrze zaprojektowane badania jasno wykazały, że rozciąganie nie ma najmniejszego wpływu na skłonność organizmu na kontuzje. Przebadano dwie różnorodne grupy biegaczy: rozciągające się solidnie przed i po treningu i tożsamą grupę zupełnie unikającą streczingu. Wynik: obie grupy popadły w równą ilość różnorakich kontuzji w obserwacji na przestrzeni kilku tygodni. Sam Galloway twierdzi, że jeśli nie czujesz rozciągania jako stymulanta rozwoju na plus, to go nie rób. Kenijczycy ponoć robią kilka wygibasów po parę sekund po treningu, i to na tyle."

Mój komentarz:

Mówią, że „zając się nie rozciąga, a jak biega!” Nie wiem, czy zając się nie rozciąga, ale codziennie widzę mego Jokera – owczarka niemieckiego, który po okresie leniwego leżenia zawsze wstając zaczyna rozciągać swoje tylne łapy. Ma taki nawyk, choć go tego nie uczyłem. A jak potem potrafi biegać – i szybko, i bez kontuzji 😉

Z praktyki zawodniczej i trenerskiej wiem jedno – rozciąganie jest
bezwzględnie koniecznym elementem każdego treningu tych biegaczy, którzy
marzą o rozwoju i sukcesach

Ale do tematu: nie znam dokładnie metodologii tych badań, ale mam istotną uwagę. Jedna grupa rozciągała się solidnie przed i po treningu. Błąd w założeniach! Rozciąganie się przed treningiem jest – w mojej ocenie – zabronione! Część kontuzji tych rozciągających się wynikała z „błędów w sztuce”. Bo zimny, nie rozgrzany mięsień bardzo łatwo nadwerężyć, naderwać lub nawet zerwać. Jeżeli ktoś rozciąga się przed treningiem i ma kontuzję niech nie zwala winy na rozciąganie, ale na swoją niewiedzę. Lepiej byłoby, gdyby się nie rozciągał. O tym można przeczytać na stronach moich książek.

Z praktyki zawodniczej i trenerskiej wiem jedno – rozciąganie jest bezwzględnie koniecznym elementem każdego treningu tych biegaczy, którzy marzą o rozwoju i sukcesach, bo rozciąganie uelastycznia mięśnie, stanowiąc profilaktykę przed urazami i zwiększa ich możliwości motoryczne. Tyle, że rozciąganie – nie tylko w mojej ocenie – wchodzi w rachubę tylko po wstępnej rozgrzewce biegowej (minimum 10-15 minut) przed mocnym treningiem lub przed zawodami, albo po odcinku dłuższego biegu, gdy w planie jest jakiś dynamiczny akcent (przebieżki, siła biegowa), albo po zakończeniu dłuższego odcinka biegowego, by przywrócić „zaczłapanym” mięśniom ich elastyczność i długość. Nigdy przed treningiem!

Kenijczycy robią tylko kilka wygibasów i jest OK? Rafał pisze „ponoć”, bo pewnie nigdy ich nie obserwował. Ja miałem okazję wielokrotnie ich „podglądać”. Rozciągali się jak biali – i po treningach i przed zawodami. Na pewno!

I co? Łab-daba-duba-duga-daba-dada-dabą!

CDN…