13 lutego 2011 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Jak się robi maraton w Houston? – mówi Steve Karpas, Dyrektor Maratonu


Maraton w Houston nie należy do pierwszej maratońskiej światowej ligi,
choć ta przynależność jest umowna. Chevron Houston Marathon to
konglomerat kilku biegów: Maraton, Półmaraton, 5km, dzień wcześniej
odbywały się Mistrzostwa USA w Półmaratonie. Łącznie wszystkie biegi
ukończyło ponad 19 tys osób, z czego maraton ponad 6 tys. Czyli nie jest
to wcale już tak daleko od warunków Polskich. Poniżej ogólne statystyki
biegów.


Steve Karpas (lat 45) jest Dyrektorem Zarządzającym „Chevron Houston Marathon”. Karpas urodził się w Południowej Afryce. Jego rodzice wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych w 1981 roku. Karpas wychował się i mieszka w Houston. Uczęszczał do lokalnej szkoły średniej. Studiował na Uniwersytecie w Houston.

karpas 540
Steve Karpas przed Chevron Houston Marathon 2011 (foto: David Monti).
Zapisani Na starcie Ukończyło
Procent
kończących
Maraton
    wszyscy 9416 7341 6863 93.5%
    mężczyźni 5836 4576 4321 94.4%
    kobiety 3580 2765 2542 91.9%

Zapisani Na starcie Ukończyło
Procent
kończących
Półmaraton
    wszyscy 11884 9492 9348 98.5%
    mężczyźni 5173 4150 4099 98.8%
    kobiety 6711 5342 5249 98.3%

Zapisani Na starcie Ukończyło Procent
kończących
5km
    wszyscy 3944 2994 2980 99.5%
    mężczyźni 1662 1277 1270 99.5%
    kobiety 2282 1717 1710 99.6%

Pomyśleliśmy, że dla polskich czytelników, polskich organizatorów biegów może być to ciekawa rozmowa.

RRW: Jak rozpoczęła się twoja przygoda z „Houston Marathon”?

Steve Karpas: Na początku brałem udział w lokalnych biegach – 5K i 10K. Pierwszy maraton jaki przebiegłem to Maraton w Nowym Jorku. Później był Maraton w Houston i tak to wszystko się zaczęło. Pod koniec boomu na firmy typu dotcom (firmy, które w latach 90tych rozpoczęły działalność w Internecie; słowo dotcom pochodzi od nazw tych firm, których większość zawierała .com [dot – kropka]), pracowałem w branży finansowej. Gdy „bańka internetowa” pękła, postanowiłem zmienić branżę. Jeden ze znajomych członków zarządu „Houston Marathon” uznał, że świetnie nadaję się na nowe stanowisko. Poszedłem na  rozmowę o pracę. Tak wyglądały moje początki w „Houston Marathon” 11 lat temu.

RRW: Tak więc, byłeś w zarządzie maratonu w 2001 roku?

SK: Mój pierwszy maraton to 2002 rok. Zatrudnili mnie w 2001 roku.

RRW: Na stanowisku dyrektora zarządzającego?

SK: Zgadza się.

RRW: Co należało do twoich obowiązków w tym czasie?

SK: Wszystko. Oprócz mnie, jedyną osobą zatrudnioną była 17-letnia recepcjonistka. Byłem odpowiedzialny dosłownie za wszystko – za pozyskiwanie funduszy, kreowanie marki, i wynoszenie śmieci. Patrząc wstecz, nie mieliśmy sponsorów aby móc promować i rozwijać imprezę. Moim zadaniem było znalezienie źródeł sponsorowania . Wciąż pamiętam słowa jednego z członków zarządu “wóz albo przewóz”. Od razu  znaleźliśmy kilka dużych marek, poważnych sponsorów. I tak sponsoring zaczął się rozkręcać. Kiedy teraz patrzę wstecz na początek 2000 roku, na to jak daleko zaszliśmy – nie mogę wyjść z podziwu. Zaczynaliśmy od dwóch osób, teraz mamy pełnoetatową grupę dziewięciu pracowników, kilku pracowników zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin, oraz kilku płatnych konsultantów. To niesamowite, jak bardzo się rozwinęliśmy.

RRW: Na początku, gdy zaczynałeś – ilu uczestników startowało w imprezie i na ile konkurencji była ona podzielona?

SK: Mieliśmy maraton oraz bieg na dystansie czterech mil. W maratonie brało udział około 5500-5000 osób, natomiast w biegu na cztery mile – około 3000 zawodników. Rok 2011 to nasza największa impreza biegowa – około 9500 uczestników maratonu, 11,500 uczestników półmaratonu, oraz około 5000 uczestników 5-K. Dzień wcześniej odbędzie się też bieg dla dzieci –  około 5000 uczestników.

RRW: Biorąc po uwagę początek kariery, kiedy odpowiadałeś praktycznie za wszystko – jak bardzo zmienił się charakter twojej pracy na dzień dzisiejszy?

SK: Przede wszystkim, Carly – recepcjonistka o której wspominałem – wciąż tutaj pracuje. Nasze obowiązki zdecydowanie uległy zmianie. Carly nie odbiera już telefonów jak kiedyś. Teraz jest odpowiedzialna za nadzór nad działaniami w Centrum Kongresowym George’a R. Brown’a (punkt etapowy) – zapewnia opiekę zawodnikom przed i po biegu. Ja wciąż jestem odpowiedzialny za sprawy sponsoringu. Moje główne obowiązki, oprócz kwestii związanych ze sponsoringiem,  to kreowanie marki, marketing oraz budowanie relacji z otoczeniem. Mamy grupę osób odpowiedzialnych za wolontariuszy, grupę odpowiedzialną za handel, grupę zajmującą się przebiegiem zawodów, oraz grupę odpowiedzialna za sprawy rejestracyjne. Wszystkie te kwestie kiedyś należały do moich obowiązków. Teraz zajmują się nimi zatrudnieni pracownicy. Jeśli chodzi o mnie, wycofałem się z tych zadań na rzecz spraw związanych ze sponsoringiem.

RRW: Jak znalazłeś pierwszego sponsora? Pamiętasz może?

SK: Tak. Wyczucie czasu to kluczowa sprawa. Niedaleko od biura, pojawiła się nowa inwestycja deweloperska – coś w rodzaju pasażu handlowego – w europejskim stylu , niezwykle elegancki, z Starbucks’em, itp. Właśnie go otwierano. Deweloperem był człowiek kompletnie nie zainteresowany bieganiem. Któregoś dnia, będąc w Starbucks’ie spotkałem go. Zaczęliśmy rozmawiać o jego nowej inwestycji. W którymś momencie, zagadnąłem o reklamie dla jego nowopowstałej inwestycji poprzez sponsoring. I tak zdobyliśmy pierwszego  sponsora tytułowego biegu 5-K.  Szybko pojawili się kolejni. Pamiętam to jak dziś. Pierwsze przypadkowe spotkanie w Starbucks zaowocowało zdobyciem sponsora. Następnie,  sieć klubów fitness “24 Hour Fitness”. Sprawy ułatwił też boom na biegi uliczne – Houston było pełne korporacji chętnych na wsparcie dobrze zorganizowanych imprez społecznych. Miałem w czym wybierać.

RRW: Jak wygląda twój typowy dzień w biurze w okresie poza sezonem?

SK: Czy jest coś takiego jak czas poza sezonem? Myślę, że nie i mówię całkiem poważnie. Jak dobrze wiesz, jesteśmy gospodarzem Kwalifikacji Olimpijskich 2012 (Olympic Trials 2012) zarówno dla kobiet jak i mężczyzn. Prace nad planami rozpoczęliśmy już kilka miesięcy temu. W najbliższy weekend czeka nas „Houston Marathon”. Całorocznym zajęciem jest dbanie o sprawy związane ze sponsorami, na przykład o raporty, których wymagają. Ponadto, kreowanie marki imprezy, umieszczanie reklam w magazynach na wiele miesięcy wstecz – to też kwestie, o których muszę myśleć cały rok. Dodatkowo, czas pochłaniają mi prace związane z planowaniem kolejnego roku – szatą graficzna imprezy, oraz sposób realizacji działań z nią związanych. Co roku zmieniamy szatę graficzną. Tak więc, jak sam widzisz, ciężko o luźny dzień. Każdy dzień to dzień pełen obowiązków. Jestem wielkim szczęściarzem. Nie będę kłamać – kocham to co robię i dlatego sprawia mi to tyle przyjemności.
 
RRW: Jaką największą klęskę poniosłeś będąc na stanowisku dyrektora zarządzającego? Czego nauczyłeś się piastując to stanowisko?

SK: Nauczyłem się, że nie można okazywać innym swojego zdenerwowania i niepokoju. Każdy problem można zawsze jakoś rozwiązać. Oczywiście mieliśmy kilka sytuacji podbramkowych, że tak powiem. Pamiętam lej krasowy (zapadlisko w ziemi) na bieżni. Szeroki na sześć metrów lej rozwierający się o 5 po południu w sobotę na bieżni, na której za chwilę miały odbyć się zawody. Wpadliśmy w panikę. Na szczęście, w ciągu godziny pojawiły się odpowiednie służby i problem został rozwiązany. Patrząc wstecz, mogę stwierdzić, że ilekroć pojawił się jakiś problem, zawsze znajdowaliśmy logiczne rozwiązanie. W ten weekend, pogada będzie dla nas wyzwaniem (według prognoz, czekają nas burze z niebezpiecznymi wyładowaniami  atmosferycznymi).

RRW: Z jakich swoich osiągnięć jesteś najbardziej dumny?

SK: Sponsorzy, rozwój organizacji której jestem częścią, historie z życia wzięte, które widziałem, w których uczestniczyłem. Uwielbiam bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem. Jestem dumny z tego, że odmieniłem życie niektórych napotkanych osób. Dla przykładu, kiedyś zorganizowaliśmy zbiórkę charytatywną na szkołę, do której uczęszczał mój syn. Zebraliśmy 30,000 dolarów. Któregoś dnia, jadłem śniadanie z synem kiedy podeszła do nas nieznajoma kobieta z dzieckiem – nie miałem wtedy nawet na sobie koszulki z logiem maratonu, więc nie mogła wiedzieć kim jestem. Zapytała, „Steve Karpas?”. Odpowiedziałem, “Tak”. Usłyszałem, „Dziękuję panu za wszystko co zrobił pan dla szkoły”. Mój syn nie chodzi już do tej szkoły. My wciąż co roku zbieramy pieniądze na rzecz szkoły (30, 000 dolarów). Ta szkoła to tylko jeden z wielu przykładów naszych akcji charytatywnych. Obecnie bierzemy czynny udział w 50 akcjach na cele dobroczynne. Jestem szczęśliwy, że mogę w tym uczestniczyć.  

STRONA MARATONU

FORUM DYSKUSYJNE