new balance 880
 
20 grudnia 2012 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Emocje większe niż wynik


Był sobie biegacz. Trenował już dobre parę lat, ale nigdy nie osiągał żadnych sukcesów. Bieganie traktował jako hobby i znakomity sposób na ubarwienie szarej codzienności. Był amatorem, ale bardzo się starał by ciągle poprawiać wyniki. Miał to szczęście, że zdrowie i możliwości fizyczne pozwalały mu plasować się zawsze w górnej części tabeli wyników. Nieustanna progresja była jego źródłem motywacji, napełniała optymizmem i wyznaczała cele. A o czym marzył? Marzeń miał wiele, ale chyba największym i najbardziej upragnionym było stanąć na podium w maratonie. Szedł więc, a raczej biegł obraną przez siebie drogą, pokonywał swoją słabość do hot-dogów, lenistwo, brak czasu. Trenował zarówno wtedy gdy było upalnie, jak i w zimowe, największe mrozy. Nie poddawał się nigdy i konsekwentnie realizował swój treningowy plan.
Pewnego jesiennego dnia, jak to miał już w zwyczaju, wystartował w maratonie. Były to dosyć kameralne zawody, w których brało udział tylko kilka setek biegaczy. Pobiegł najlepiej jak potrafił, wkładając w to bardzo dużo wysiłku i serca. Ukończył z czasem 2:50 i ku swemu zaskoczeniu wygrał. Pierwszy raz w życiu stanął na podium, a trzymając w swych dłoniach okazały puchar, łzy wzruszenia cisnęły mu się do oczu. Był głęboko poruszony, że lata treningów i niemałych wyrzeczeń pozwoliły mu wreszcie poczuć się jak prawdziwy, zawodowy sportowiec. Gdzieś w podświadomości czaiła się oczywiście myśl, że przecież to tak naprawdę nie wiele zmienia, że nadal jest tym samym amatorem, którym był biegając 3:15, 3:30 czy nawet 4h, gdy zaczynał swą przygodę z długimi dystansami. Teraz jednak czuł dumę i sportowe spełnienie, którego nikt nie mógł mu odebrać.

podium 540

Co ciekawe tego samego dnia odbywał się słynny i o wiele większy maraton w Berlinie, w którym zwyciężył Haile Gebrselassie bijąc przy okazji rekord świata. On również stał na najwyższym stopniu podium, również trzymał w dłoniach puchar i oczy szkliły mu się z emocji i wzruszenia. Tyle, że tutaj miało to zupełnie inną otoczkę: błyski fleszy, relacja na żywo w telewizji, tysiące kibiców, wrzawa i owacje będące wyrazem podziwu i uznania.

Dwa diametralnie różne biegi, dystans wprawdzie ten sam, ale atmosfera zupełnie inna. Różnice widoczne niemal na każdym kroku i ta jedna rzecz, wspólna dla obu biegów – emocje i wzruszenie zwycięzców. Zaraz, zaraz, a ktoś powie: „Jak porównać zwycięzcę podrzędnego, małego maratonu w „śmiesznym” czasie 2:50 z kimś kto wygrał jeden z najbardziej prestiżowych biegów na świecie, bijąc dodatkowo rekord globu?”. To bardzo ciekawy przykład sportowego paradoksu, który jednak nie każdy jest w stanie zrozumieć. Oczywiście rozmaite porównania od razu wysuwają się na czoło wszelkich dywagacji, jednak jeśli popatrzy się z perspektywy samych emocji, jakie przeżywali obaj zawodnicy to zauważymy spore podobieństwo. Rzecz jasna przykładowy Haile nie czuł tylko wzruszenia z racji osiągnięcia najwyższego stopnia podium, czy rekordu. On czuł emocje z powodu kolejnego potwierdzenia swej światowej klasy, tego iż znowu nie zawiódł kibiców, że po prostu poradził sobie z kolejnym wyzwaniem. A kolega amator, no cóż, bez setek dziennikarzy i bez ławic kibiców w spokojniejszej atmosferze dotarł na swój własny szczyt, na który wspinał się latami, niekoniecznie łatwiejszą drogą niż etiopski cesarz.
Te duże różnice w poziomie pomiędzy zwycięzcami wielkich maratonów, a maratonów lokalnych są często powodem burzliwych dyskusji i niesprawiedliwych dewaluacji wyników i osiągnięć tzw. „amatorów ścigaczy”. Ktoś ostatnio stwierdził, że zwycięstwo w małym biegu to tylko zwycięstwo w małym biegu i nic więcej. To bardzo błędne rozumowanie, ponieważ amatorowi często o wiele trudniej przychodzi trenowanie, dochodzą bowiem obowiązki rodzinne, praca zawodowa i ograniczenia psychofizyczne. On nie może liczyć na pomoc profesjonalnych trenerów, fizjologów czy nawet psychologów. On musi zazwyczaj liczyć sam na siebie i sam pracuje na swój wynik. Może dlatego też moment, w którym uda mu się osiągnąć choćby najmniejszy sukces jest dla niego przeżyciem równie wzruszającym co zwycięstwo w prestiżowym maratonie lub na Igrzyskach. Wprawdzie zawiść niektórych ludzi jest tak silna, że siłą rzeczy degradowanie takiego biegacza będzie nieodłącznym elementem jego sukcesów, myślę jednak, że w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem jest po prostu konsekwentna kontynuacja treningów i wyczekiwanie być może na kolejne sukcesy.
Nieco kontrowersji budzić mogą jedynie pewne fantasmagoryczne osiągnięcia biegaczy, którzy krótko mówiąc, niezbyt się do trenowania garną, a jedynie czasami, przypadkowo stają na podium w rozmaitych kategoriach. A to najlepszy mieszkaniec powiatu, to najszybszy w Polsce prawnik czy najładniej przebrany biegacz. W tym przypadku powiedzmy sobie szczerze, porównanie emocji do tych panujących w świecie zawodowego sportu jest niezbyt na miejscu, bo przecież nie można powiedzieć, że ktoś latami pracował specjalnie na to aby być najszybszym biegaczem w jakiejś dziwnej kategorii. Samo tworzenie ich w obrębie danych zawodów to oczywiście znakomita idea, stwarzająca dodatkowe możliwości i cele współzawodnictwa. Podobnie jak kategorie wiekowe, z tą różnicą, że tutaj konkurencja bywa czasami tak zażarta jakby toczyła się o najwyższą stawkę.

5 643920037

Ostatnim aspektem jaki należałoby poruszyć w obrębie tej tematyki jest kwestia wyboru startu przez naszego amatora ścigacza. To temat, który również budzi sporo kontrowersji i ma swoje dwie strony w podejściu do niego. Jedna grupa uważa, iż biegacz który reprezentuje już przyzwoity poziom, powinien nie skupiać się na startach i zajmowaniu wysokich miejsc w mniejszych biegach, tylko dokonywać nieustannej konfrontacji z lepszymi zawodnikami w celu dalszego samorozwoju i progresji czasowej. Druga grupa nie wyklucza takich startów, jednak uważa, iż skoro biegacz prezentuje już poziom, pozwalający mu stawać na podium, to powinien to wykorzystywać, powiększając swoją kolekcję trofeów, budując niezapomniane wspomnienia oraz umacniając tym samym wiarę w siebie i swoją sportową tożsamość. To drugie podejście jest zdecydowanie bliższe moim poglądom i nie sądzę by ktoś, kto biega np. 2:50 w maratonie i startuje w małych maratonach by je wygrywać wykazywał się pazernością na nagrody i brakiem honoru. Jeśli obiera taką strategię, ponieważ wypracował sobie taki wynik ciężką pracą i dążąc do poprawy wyników, korzysta ze swych możliwości by przy okazji wygrać jakieś zawody – to nie ma w tym niczego złego. Zgoła inna sytuacja ma miejsce, gdyby biegacz z życiówką np. 2:30 zaczął jeździć po małych, lokalnych maratonach tylko po to aby odbierać szansę na nagrody innym zawodnikom. Na szczęście takie przypadki mają charakter iście incydentalny, a ogólna tendencja ma charakter zdrowej rywalizacji, gdzie zawsze znajdzie się czołowa grupa, zaciekle walczących o podium amatorów.

Podsumowując chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę na fakt, że nie ma granicy wynikowej, która określa kiedy zawodnik może być dumny ze swej wygranej, a kiedy nie. Człowiek będący tylko obserwatorem nie jest w stanie wykazać się tak silną empatią by zrozumieć jakimi emocjami jest właśnie owładnięty zawodnik, który zajmuje miejsce na podium. Nie jest też w stanie określić czy łzy jakie napływają mu do oczu są łzami szczęścia z zarobionych właśnie 100 tysięcy Euro czy też łzami wzruszenia, że sport, dla którego tak wiele poświęcił teraz go nagradza i stawia w miejscu, o którym kiedyś mógł tylko pomarzyć.