New Balance 1080v12
 
31 sierpnia 2014 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Dlaczego (jeszcze) warto biegać boso?


Teorii dotyczących bosego biegania jest wiele i znajdzie się tyle samo ich stanowczych przeciwników, jak i zagorzałych fanów. W naszych warunkach kulturowo-klimatycznych bieganie w butach stanowi swoistą oczywistość i rzadko kiedy przychodzi nam do głowy, że mogłoby być inaczej. Zwykle biegową przygodę rozpoczynamy od kupna butów (podstawowych lub niezwykle profesjonalnych, zależnie od fantazji, ambicji i stanu portfela); większość zapaleńców posiada kilka lub nawet kilkanaście par i używa ich zależnie od długości szlaku, twardości podłoża czy pogody. Uprzedzając okrzyki niezadowolenia zaznaczę tutaj, że nie mam nic przeciwko butom, sama w owych nierzadko biegam i akceptuję punkt widzenia akcentujący konieczność amortyzacji. 

4.jpg

 

Cóż, dyskusja o tym, czy amortyzować się mocno, trochę czy wcale; czy korygować pronację, czy pozwolić stopie na naturalny ruch prawdopodobnie nigdy nie zostanie ucięta, skrajne opinie podzielają biegacze, trenerzy, fizjoterapeuci i ortopedzi. Jednak nawet, jeśli jesteśmy zwolennikami klasycznych butów z amortyzacją, spróbujmy bosego biegania – nawet, jeśli nie stanie się naszym motywem przewodnim, mamy szansę zyskać wiele – i nie chodzi tu o lepszy czas w zawodach. Buty w kąt, ruszamy.

Gdzie stopy poniosą

Warto pobiegać na boso. Bardzo szybko odkryjemy, jak dużą przyjemność daje taki trening. Oczywiście musimy zdroworozsądkowo ocenić bilans korzyści i zagrożeń, bowiem długi bieg na boso po twardej powierzchni, jeśli się doń stopniowo nie przygotujemy, najpewniej skończy się kontuzją. Generalnie boso biegać należy po naturalnych nawierzchniach, bo to dla nich stopa nasza została skonstruowana przez naturę; asfalt  bynajmniej do nich nie należy. Na chodnikach czy parkowych alejkach łatwo też o szkło i mało przyjemne psie niespodzianki, które trzeba skrzętnie omijać, bose bieganie w mieście nie jest więc najłatwiejsze, choć ja osobiście od asfaltu nie stronię i nie tylko po nim boso biegam, ale i chodzę bez obuwia tak często jak się da. Kto powiedział, że po pomidory do sklepu trzeba iść w klapkach? Rzecz jasna, duże znaczenie ma klimat w jakim żyjemy; gdy mieszka się w Ameryce Środkowej, sprawa jest nieco ułatwiona – jest ciepło i zwykle sucho. W Polsce bosy sezon zaczyna się zwykle koło kwietnia i kończy brutalnie w październiku wraz w pierwszymi przymrozkami. Nie dla każdego wszakże, bo najgorętsi (dosłownie) zwolennicy barefoot-runningu biegają i po śniegu, zbierając, poza pełnymi politowania spojrzeniami, szereg zdrowotnych korzyści. 

W ślad za znaczeniem

Stopa ludzka to konstrukcja niezwykle ciekawa. Jest nie tylko perfekcyjną maszyną stworzoną do ruchu i łącznikiem z ziemią; gdy przyjrzymy się jej w kontekście kultury i psychologii społecznej, zaskoczy nas ile znaczeń i treści ze sobą niesie. W starożytnej Grecji wierzono, że w stopie mieści się dusza ludzka; w średniowieczu w Europie duża stopa była symbolem męskiej siły, stąd wzięły się ciżmy z groteskowo długimi nosami; przeciwnie w przypadku pań – pamiętacie Kopciuszka, który miał tak maleńką stopę, że jej pantofelek nie pasował na żadną inną niewiastę? To nie tylko fantazja braci Grimm, bo o zwyczajach podwiązywania stóp w Chinach słyszał chyba każdy. W kulturze arabskiej pokazanie spodu stopy jest wyrazem braku szacunku i najwyższej pogardy. Warto wiedzieć, że za pomocą stóp komunikujemy się niewerbalnie – kierujemy je automatycznie w stronę lidera, osoby, którą postrzegamy jako atrakcyjną lub… w stronę drzwi, jeśli pragniemy umknąć z nudnego wykładu. Wokół stopy ludzkiej kręci się potężny biznes obuwniczy, sportowy, medyczny i modowy; stopy są też bardzo częstym obiektem… seksualnej fascynacji. Mnogość znaczeń kulturowych jest tylko potwierdzeniem ważności stopy i jej niezwykle odpowiedzialnej funkcji – w końcu przez większość doby dźwiga cały nasz ciężar i stanowi jedyny punkt kontaktu z podłożem. Uwolnijmy ją więc z zamknięcia w bucie i posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia.

Co z techniką?

Zapewne wszyscy znamy historię ikony bosego biegania – Bosonogiego Teda, którego postać przybliżył Michael Dougal w „Born to run”; dla tych jednak, którym postać ta jest jeszcze obca, przytoczę jego skróconą i jakże inspirującą biegową biografię. Otóż Ted, oryginał o duszy artysty, postanowił uczcić swoje czterdzieste urodziny ukończeniem pełnego Ironmana i wówczas odkrył, że bieganie sprawia mu autentyczny, fizyczny ból – ból w dolnej części kręgosłupa. Rozpoczął intensywne poszukiwanie rozwiązania problemu, tak, by móc ukończyć maraton; za sprawą doradców – ortopedów i lekarzy, którzy składali przyczynę bólu na barki za słabej amortyzacji wstrząsów podczas biegania – wyposażał się w coraz to bardziej zaawansowane technologicznie buty o niebywałych właściwościach uelastyczniających krok; doszedł nawet do tych groteskowych „kangoo shoes”, czyli krzyżówki nart i sprężyn. I nic, jak bolało, tak bolało, a nawet – bolało coraz bardziej. I wtedy, zupełnie przypadkiem, Ted odkrył, że gdy maszeruje boso, ból ustępuje. Zwrócił więc się o 180 stopni i stał się pionierem, misjonarzem i piewcą bosego biegania.

1.jpg

Pionierzy bosego biegania głosili jedną ideę: ból i kontuzje wywoływane są przez nienaturalne ustawienie stóp w stosunku do miednicy i kręgosłupa podczas biegu oraz niezgodne z konstrukcją nogi sztuczne wydłużenie kroku w butach z amortyzowaną piętą. Wspomagając pracę stóp na najróżniejsze sposoby, pozbawiamy ją możliwości naturalnej pracy; „wyłączamy czujnik dymu w mieszkaniu”, narażając się na kontuzje. Im bardziej zaawansowane buty pojawiały się na rynku od mniej więcej lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, tym bardziej drastycznie wzrastała liczba kontuzji. Naukowcy z uniwersytetu Harvarda zauważyli przy tym, że większość kontuzji i kłopotów ze stopami (czy to halluksy, czy palce młotkowate, czy płaskostopie, czy szpotawość, czy wreszcie wrastające paznokcie) nie istnieje praktycznie u przedstawicieli tych kultur, w których wciąż dominuje chodzenie na boso. To odkrycie sprawiło, że Ted zamienił się w Bosonogiego Teda, zakwalifikował się do maratonu bostońskiego, a następnie został ultra maratończykiem pokonującym boso lub w Five-Fingersach dystanse rzędu 160km. Stał się gwiazdą w biegowym świecie i autorytetem; zrzucając buty, zmienił radykalnie swoje życie.

Mędrcy, Indianie i… dzieci

Wśród grafik i genialnych szkiców Leonarda Da Vinci można znaleźć fascynującą analizę mechanizmu pracy ludzkiej stopy; geniusz renesansu uznał ją za absolutny majstersztyk natury. O tym, że najlepszym obuwiem jest brak obuwia, mówił już Hipokrates. Prawdopodobnie żaden z Indian Tarahumara, „urodzonych biegaczy” z Miedzianego Kanionu, nie słyszał o powyższych mędrcach; fakt, że po drugiej stronie globu, gdzieś z dala od ludzkich siedzib, prastare plemię od zawsze biega boso lub w ręcznie skonstruowanych sandałach o cienkiej gumowej podeszwie, jest doskonałym potwierdzeniem mądrości. Rodzimy się bez butów i przez pierwszy rok życia praktycznie ich nie potrzebujemy. Większość dzieci bardzo chętnie chodzi i biega boso lub w skarpetkach; automatycznie i ku zmartwieniu rodziców zrzucając buty gdzie popadnie. Naturalny instynkt, który każe maluchom pozbywać się niepotrzebnej bariery na linii ciało-podłoga, to nic innego jak zwiększona potrzeba utrzymywania lepszej równowagi i stabilizacji, dopóki układ przedsionkowy (czyli, najprościej mówiąc, błędnik i jego funkcje) nie osiągnie pełnej dojrzałości.

Bądź tu i teraz!

O znaczeniu uważności, czyli koncentracji na danym momencie bez wychodzenia myślami w przyszłość ani cofania się do przeszłości, mówią nie tylko współczesny zachodni coaching i psychologia zdrowia, ale i prastare systemy filozoficzne. Bijąca rekordy popularności joga – w każdej formie, od hatha, przez kundalini, po vinyasę i ashtangę – opiera się na umiejętnym zastosowaniu koncentracji dla rozwoju ciała i ducha. Ku jodze i innym technikom (np. tai chi) zwraca się coraz więcej z nas, podchodząc doń dwojako – jako uzupełnienie treningu (rozciąganie, wzmacnianie, uelastycznianie) i jako chwila oddechu, relaksu, mentalnego odpoczynku. Nie bez powodu ćwiczymy boso: dzięki kontaktowi z podłożem odczuwamy więcej i dokładniej. Chodząc i biegając boso uczymy się uważności i celowości każdego kroku, z czasem zaczynamy używać stóp jako kolejnego organu zmysłowego. Dzięki bezpośredniemu kontaktowi ciała z ziemią (a przecież przez większość czasu stopy są jedyną płaszczyzną stykającą się z podłożem) osiągamy większą świadomość własnego ciała, lepszą równowagę i poczucie stabilności zarówno fizycznej, jak i mentalnej. Takie wyposażenie przyda się i biegaczowi. „Osoba chodząca boso odbiera nieustanny strumień informacji o podłożu, po którym stąpa, monitoruje też interakcję pomiędzy własnym ciałem a powierzchnią ziemi”, argumentuje doktor Paul W. Brand. Stopa potrzebuje wyzwań, a nie zamknięcia w niezmiennym środowisku, jakim jest but. Będąc boso, lepiej „czytamy” podłoże, używając całej powierzchni stopy, uruchamiając palce, i dzięki temu zmniejszając ryzyko potknięć i upadków, a w szczególności – poślizgnięć na gładkiej powierzchni. I tu kryje się sedno pierwszej wielkiej korzyści z bosego biegania – lepsza równowaga!

2.jpg

Złap balans!

Albert Einstein zwykł mawiać, że równowaga jest podstawą wszelkiego ruchu; trudno się z nim nie zgodzić obserwując pierwsze wysiłki małego dziecka, by utrzymać ją w pozycji siedzącej, na czworakach i wreszcie na dwóch nogach. Bose stopy ułatwiają utrzymanie balansu, nie tylko dzięki konstrukcji mięśniowo-kostnej ich samych, ale i biomechanizmowi całego ciała – gdy zrzucamy buty, środek ciężkości powraca na swoje naturalne miejsce, a zmaltretowane współczesnym trybem życia miednica i kręgosłup ustawiają się zgodnie z ich pierwotnym położeniem. Dzieje się to niejako poza naszą kontrolą, ale automatycznie zdejmuje z naszego centralnego układu nerwowego „obowiązek” dbania o równowagę, pozwalając ciału na efektywniejsze działanie – w tym płynniejszy, lżejszy i szybszy ruch podczas biegu. Często biegamy, by uporać się z jakimś problemem, stresem; po intensywnym treningu wszystko „wraca na swoje miejsce” – znamy to uczucie, prawda? Zostawianie  za sobą kłopotów wraz z kilometrami będzie łatwiejsze, gdy pozwolimy stopom i całemu ciału powrócić do naturalnej równowagi. Warto spróbować poczuć się znów jak dziecko, które, parafrazując słowa Forresta Gumpa, zawsze, gdy dokądś idzie – biegnie. Uczmy się bosego biegania powoli, kilometr po kilometrze, tak jak dziecko uczy się stawiania pierwszych kroków. I słuchajmy, co nam stopy nasze powiedzą, bo dzięki swej wrażliwości są bardzo dobrym doradcą.

Poczuj to!

Stopy są niezwykle wrażliwym i jednocześnie zaniedbanym środkiem komunikacji ze światem zewnętrznym. Znów cofnijmy się do dzieciństwa – ciepły piasek, błoto, trawa, kałuże, płytka woda to wszystko teren radosnej eksploracji bosych stóp (oczywiście, o ile rodzice na to pozwolą, co dzieje się niestety coraz rzadziej). W stopach znajduje się 72 tys. zakończeń nerwowych, które wedle założeń akupresury i refleksologii przewodzą bodźce pomiędzy nimi a wszystkimi organami wewnętrznymi ciała, łącznie z centralnym układem nerwowym i mózgiem. Znamy efekt „euforii biegacza” – będzie zdwojony, gdy dostarczymy naszemu układowi nerwowemu dodatkowej stymulacji obwodowej. Gdy biegamy na boso, nasze stopy przezywają prawdziwy festiwal stymulacji końcówek nerwowych: ciężar całego ciała plus siła nacisku wywołana biegiem uciskają poszczególne partie i punkty na stopach jest to intensywne oddziaływanie, które z początku może zaowocować dziwnymi objawami ze strony organizmu, podobnie jak intensywny masaż stóp lub terapia igłami – możemy, na przykład, zacząć odczuwać zwiększoną potrzebę oddawania moczu, zmianę ciśnienia lub rytmu serca, odmienne reakcje sensoryczne (wrażliwość na smak, zapach itd.). W ten sposób ciało komunikuje nam, które z narządów były lub są zblokowane, a które wykazują nadczynność. Nasze stopy są tak wrażliwe nie bez powodu – uchronią nas przed przetrenowaniem, popełnianiem głupot i zbyt forsownym początkiem. Jeśli na poważnie zainteresuje nas refleksologia i wciągniemy się w barefoot running, znajdźmy eksperta w tej dziedzinie i umówmy się na konsultację, by prawidłowo odczytać reakcje naszego organizmu i odpowiednio się nimi pokierować.

A co ze skórą?

Nie obawiajmy się o estetyczne aspekty – stan naszej skóry nie powinien ulec pogorszeniu. Przeciwnie; dzięki lepszemu ukrwieniu i dotlenieniu nasza skóra ożyje i nabierze kolorytu, a ciągłe złuszczanie naskórka będzie sprzyjało odbudowywaniu się zdrowych, nowych komórek. W razie czego do dyspozycji mamy cały arsenał kosmetyków, a także gabinety podologiczne, zyskujące coraz więcej klienteli (każdy biegacz powinien odwiedzić takie miejsce, nawet gdy pozostaje wiernym zwolennikiem obuwia). Dodatkową korzyścią z bosego biegania będzie zapobieganie halluksom i wrastającym paznokciom, za które winą obarczamy jednomyślnie nic innego, jak tylko buty. Aspekt higieniczny (jeśli obawiamy się grzybicy czyhającej na brudnych chodnikach) pomogą załatwić dostępne w aptekach i drogeriach antybakteryjne i odświeżające spraye. Możemy czuć, że stopy po biegu są zmęczone (lekko opuchnięte, rozgrzane); zafundujmy im wówczas kąpiel w wodzie z odrobiną soli morskiej, olejku lawendowego lub najlepiej poprośmy partnera o masaż przy użyciu rozgrzewającego lub chłodzącego kremu, zależnie od potrzeb. Gdy partnera akurat pod ręką nie mamy, wykonajmy automasaż, uciskając poduszki i miękkie części stóp, lekko wykręcając stawy na wszystkie strony i lekko pociągając za każdy z palców. Stopy będą nam za tę chwilę uwagi niezwykle wdzięczne.

Uodpornij się!

Wedle niekonwencjonalnej medycyny chodzenie boso może być remedium na wiele współczesnych problemów; założenie takie wydaje się być bardzo słusznym, gdy uświadomimy sobie jak daleko odeszliśmy od naszych naturalnych zachowań. Holistyczna koncepcja ludzkiego ciała, na której opiera się współczesna medycyna naturalna, to rzecz prastara i wcale nie jest kaprysem naszych czasów; zaryzykuję twierdzenie, że to klasyczna zachodnia medycyna jest swoistą ekstrawagancją stojącą w opozycji do odwiecznych metod leczenia i zapobiegania chorobom. Wedle niejednego naturopaty chodzenie boso pomoże nam uporać się nie tylko z chorobami krążenia i ukrwienia („syndrom zimnych stóp” to zmora co drugiej Polki i co trzeciego Polaka), ale i nękającymi nas nerwicami i lękami i odczuwanymi na ich tle kłopotami trawiennymi, migrenami i wieloma innymi bolączkami współczesności. Powszechnym problemem jest brak odporności; sezon w sezon przeziębiamy się i łapiemy grypy, kaszle i katary. Według naczelnego (choć kontrowersyjnego w niektórych swych ideach) polskiego specjalisty od medycyny naturalnej dra Tombaka chodzenie boso po mokrych, zimnych nawierzchniach (szronie lub śniegu, mokrej trawie) działa doskonale hartująco i błyskawicznie poprawia odporność. Nie namawiam do dwugodzinnych przebieżek po śniegu – przynajmniej na początku bosej przygody – ale do eksperymentów jak najbardziej. Wykorzystajmy paskudną pogodę do pracy nad odpornością; połączenie treningu biegowego z intensywnym hartowaniem wydaje się doskonałą drogą do lepszego zdrowia. Obserwujmy przy tym nasze reakcje; bądźmy czujni i uważni, i przede wszystkim nie zakładajmy z góry (jak to czyni wielu rodziców), że z pewnością się przeziębimy. Może właśnie uda nam się przerwać błędne koło?

3.jpg

Zapuść korzenie!

Często mówimy o „ładowaniu akumulatorów” w kontekście czerpania energii z kontaktu z przyrodą. Nie bez powodu – człowiek jest swoistą „baterią”, którą – pozwolę sobie na plastyczne porównanie – podłączamy do ziemskiego kontaktu za pomocą wtyczki, którą stanowią stopy. Jeśli więc czujemy się znakomicie i doświadczamy skoku energii po biegu, możemy zwielokrotnić ten efekt przez ową „ładowarkę”. Nie bez powodu w naszej polszczyźnie mawiamy, że ktoś nie stoi mocno na ziemi lub że tracimy grunt pod nogami. A. Lowen, prekursor psychosomatyki i psychologii ciała, zwykł głosić teorię o konieczności uziemienia naszego „obwodu”, dwubiegunowego akumulatora. Inżynierów ucieszy porównanie do obwodu elektrycznego – jeśli nie jest on w ogóle uziemiony, istnieje spore ryzyko, że jakiś szczególnie silny ładunek „przeciąży i spali system. W podobny sposób jednostki nieuziemione ryzykują, że zostaną pokonane przez silne uczucia”. Lowen w swoich pracach o bioenergetyce porównuje człowieka do drzewa, a stopy do korzeni – im są one zdrowsze, lepiej ugruntowane i efektywniej pracujące, tym lepiej zasilają „pień” i „koronę”, czyli nasze ciało i mózg. Najprostszym sposobem, by się uziemić, jest oczywiście bezpośredni kontakt ciała z podłożem – kto wie, czy wylegiwanie się na miękkiej i ciepłej plaży nie jest tym samym i może właśnie dlatego dla tak wielu osób jest najlepszym sposobem relaksu? Nam, biegaczom, raczej trudno będzie wyleżeć nad Bałtykiem, więc spróbujmy uziemiać się i czerpać energię z gleby przez bose stopy. Nie będąc (ręczę!) oszalałym hippisem, zdecydowanie polecam tę metodę. Działa.

Obudź swoje centrum!

Dzięki mniejszej amortyzacji przy bosym bieganiu rdzeń kręgowy otrzymuje więcej pobudzających bodźców. Mało kto wie, że posiadamy siedem, a nie pięć zmysłów – dwa podstawowe to zmysł równowagi oraz czucie głębokie, zwane propriocepcją. Wraz z trzecim bazalnym zmysłem – dotykiem – kształtują się jako pierwsze w rozwoju ontogenetycznym i stanowią bazę do jakiegokolwiek rozwoju psychoruchowego. Intensywna stymulacja centralnego układu nerwowego, która odbywa się podczas nieamortyzowanego biegu, powoduje zwiększenie napięcia mięśniowego (większość z nas ma wbrew potocznej opinii obniżone napięcie mięśniowe, a spięte barki lub zaciśnięte szczęki są najlepszym na to dowodem, dokonujemy bowiem automatycznej kompensacji). Gdy nasze napięcie mięśniowe osiąga poziom optymalny, jesteśmy najskuteczniejsi, czujemy się najlepiej i doświadczamy maksimum energetycznego. Wyobraźmy sobie, że nasz organizm jest butelką keczupu, z której chcemy wycisnąć resztki sosu. Co robimy? Walimy nią kilkukrotnie o stół. Podobnie zadziała bieganie bez amortyzacji, jeśli czujemy, że nasz osobisty wewnętrzny sos pomidorowy rozlał się gdzieś po ściankach i ciężko wydobyć go na kanapkę. Porównanie ciała ludzkiego to butelki Hellmanns’a nie jest może nazbyt wdzięczne, ale dobrze oddaje naturę rzeczy: czasem warto potrząsnąć mocniej tym, co wymyka nam się spod kontroli, a nasze życie emocjonalne lubi to czynić wyjątkowo często, prawda?

A na koniec – uśmiechnij się

Bieganie boso jest przyjemne. Jeśli nie znajdujemy żadnych innych argumentów przemawiających za zrzuceniem butów, wypróbujmy ten – bose bieganie daje więcej frajdy! To właśnie ten aspekt akcentuje szczególnie Ken Bob Saxton, bosonoga ikona, założyciel legendarnej już strony runningbarefoot.org. Ukończywszy ponad siedemdziesiąt maratonów bez butów Ken podkreśla, że w całej idei gołych stóp nie chodzi o wyczynowy sport, a o satysfakcję i radość, płynącą z ruchu i doświadczania drogi pod stopami. Bieganie boso może być radą dla tych, którzy nabawili się rozmaitych kontuzji i przestali cieszyć się lub zwyczajnie znudzili bieganiem.

 

I jeszcze tylko ostrzeżenie: zdejmujesz buty na własną odpowiedzialność. Bo bieganie boso uzależnia!

 

ZAPRASZAMY NA BLOG AUTORKI:

8.jpg