NB 1080v12
 
18 lutego 2009 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

„Cośka” w biegu


monikacos_524_2.jpg
Monika Coś na mecie Maratonu Warszawskiego


Rozmowa z Moniką Coś – PR Manager, Nike
Poland


Opowiedz, co Cię skłoniło do biegania?

Firma, w której pracuję, współorganizuje w USA bieg Nike Hood To Coast Relay. Polega on na tym, że na zmianę biegnie się w teamie 12-osobowym trasę od podnóża góry Mt. Hood aż po brzeg Pacyfiku – w sumie 190 mil (każda osoba biegnie 3 razy w ciągu doby). W stanie Oregon jest to prawdziwe święto biegania i jeden z największych biegów na świecie. Uczestniczy w nim ponad 2 tys. zespołów! Fajne jest to, że co roku z każdego kraju, w którym jest oddział Nike, drogą eliminacji wybierana jest jedna osoba, która jedzie na tydzień do Stanów, aby wraz z osobami z innych krajów utworzyć zespół. Ale aby się tam zakwalifikować, trzeba najpierw w kraju przebiec 10km poniżej 1h15 min (co wtedy wydawało mi się nierealne).

W 2006 roku, kiedy kończyłam 30 lat, na AWF-ie odbywały się nasze „najkowe” eliminacje. Pomyślałam: „Spróbuje, zobaczę, bo fajnie by było pojechać do USA na tydzień”

Eliminacje odbywały się pod koniec maja, a ja zaczęłam szykować się do nich od około marca. Treningi nie miały konkretnego kształtu: biegałam trochę po Polach Mokotowskich, trochę na bieżni, bez planu… Pod koniec moich przygotowań popełniłam błąd: na dwa dni przed eliminacjami przebiegłam po raz pierwszy 10 km i mocno się wtedy umęczyłam. Oczywiście podczas eliminacji byłam bardzo zmęczona i wszystko szło nie tak. Po 6 km stwierdziłam, że odpuszczam, że jeszcze nie w tym roku. Na szczęście kolega z pracy mnie zmotywował i jakoś ukończyłam pozostały dystans. Pół okrążenia szłam, pół okrążenia biegłam i taki system dał mi czas 1h 13min. To nie był najlepszy wynik, ale ponieważ byłam jedyną osobą spośród kolegów i koleżanek startujących w tych eliminacjach, która jeszcze nie była w Stanach „z pracy”, to miałam pierwszeństwo wyjazdu.

monikaco___2_1.jpgŻeby nie być „ostatnią marudą” w moim zespole w USA, zaczęłam trochę biegać. Wokół Pól Mokotowskich miałam wyznaczoną trasę dziewięciokilometrową. Robiłam ją chyba z pięcioma przystankami i trwało to strasznie długo. Nie było to bieganie systematyczne – raz lub dwa razy w tygodniu, czasami jeszcze bieżnia. Ale wciąż bez konkretnego planu. I tylko bieganie. Zero ćwiczeń dodatkowych. Po powrocie ze Stanów, gdzie notabene było super (moje odcinki miały dystans 11,5 km – ok. godz. 10 rano, potem 7 km – ok. godz. 20.00 i 6,5 – ok. godz. 6 rano następnego dnia), zupełnie zapomniałam na jakiś czas o bieganiu.

Dopiero w marcu 2007 roku, kiedy zaczynałam szykować się do ślubu, stwierdziłam, że przydałoby się trochę schudnąć. A skoro wszyscy polecali mi bieganie jako najlepszy środek na odchudzanie (szczególnie poranne bieganie), to postanowiłam wypróbować tę metodę na sobie.

Starałam się biegać dwa razy w tygodniu, ale nie zawsze mi to wychodziło. Dopiero 3 miesiące po ślubie, w sierpniu 2007 roku, zaczęłam regularnie chodzić na zajęcia w ramach Ścieżek Biegowych Nike: w poniedziałki i czwartki chodziłam do Parku Skaryszewskiego, a w środy i soboty – na Kabaty.

Poza bieganiem 5-6 km na ścieżkach (plus rozgrzewka i ćwiczenia wzmacniające) nic właściwie więcej nie robiłam, tyle biegania mi wystarczało.

Ze znajomymi, których poznałam w Parku Skaryszewskim i jestem teraz mocno związana (pozdrawiam ATS aleTEMPO!), postanowiłam przygotować się do Półmaratonu Warszawskiego w 2008 roku. Wtedy ten dystans wydawał nam się zupełnie niemożliwy do osiągnięcia. Razem z Andrzejem Paterkiem i Agnieszką Dolińską ściągnęliśmy z bieganie.pl plan przygotowawczy do półmaratonu (treningi trzy razy w tygodniu, więcej żadne z nas nie mogło biegać), i według niego szykowaliśmy się od początku stycznia do końca marca do zawodów. Podczas półmaratonu miałam straszny kryzys na 15 km (nigdy wcześniej nie przekroczyłam takiego dystansu): błagałam się w myślach, aby nie zacząć iść, nie stanąć – na szczęście dałam radę i po fajnym finiszu, 30 marca 2008 roku, ukończyłam Półmaraton Warszawski z czasem 2:02:37. Byłam ogromnie zadowolona i szczęśliwa! Potem niemal cały kwiecień nie biegałam: teraz wiem, że to dlatego, że nie miałam przed sobą żadnego nowego celu biegowego – a zresztą wtedy przebiegnięcie więcej niż 21 kilometrów wydawało mi się niemożliwe.

Któregoś dnia kwietnia mój partner biegowy Andrzej „szepnął niechcący”, że zapisał się na Maraton Warszawski. Dla mnie w ogóle nie wchodziło to w grę! Jednak aby mieć motywację do regularnych treningów, które to wyciągałyby mnie z domu (i z pracy), postanowiłam, że potrenuję z Andrzejem… No ale pewnego wieczoru poczułam „wewnętrzny głos” i również zapisałam się na maraton. Wiedziałam, że tylko mając jasno określony cel na horyzoncie jestem w stanie regularnie trenować. Myślę, że chciałam sobie też coś udowodnić. Miałam nadzieję, że uczciwie trenując (choć z ciężkim sercem opuściłam 4 treningi z 48) dam radę pokonać ten dystans. I miałam rację. 28 września 2008 roku ukończyłam mój pierwszy maraton w czasie 4:47:15. Okazało się, że można przebiec 42 km. Byłam z siebie naprawdę dumna.

Teraz wreszcie biegam regularnie, trzy razy w tygodniu – nie mam czasu biegać więcej, bo mam sporo innych zajęć. Ale to mi wystarcza. W poniedziałki i czwartki robimy z Andrzejem i Agnieszką tempowe bieganie, przebieżki, podbiegi, interwały, a w sobotę lub w niedzielę każdy z nas (lub razem) robi dłuższe wybieganie. Dodatkowo w środy chodzimy na prowadzone przez trenerów Nike wzmacniająco-sprawnościowe zajęcia na halę sportową. Aha, we wtorki zaczęłam chodzić na badmintona (śmiech).

A propos odchudzania, to mogę przyznać, że teraz – po półtora roku biegania – naprawdę widzę (i koleżanki też) zmianę. Zrzuciłam ok. 6-7 kg. Na ślub się aż tyle nie udało, ale wtedy biegałam o wiele mniej, inaczej i nieregularnie przede wszystkim.

monikacos_524_4.jpg
Grand Prix Kabat

Dodałaś do tego jakąś dietę?

Staram się jeść rozsądnie – pamiętać o śniadaniu, kilku małych posiłkach, itp. Ale czasami zdarza mi się zjeść coś ok. godz. 21 czy 22 – nie robię z tego dramatu, bo bardzo lubię jeść, a poza tym regularnie biegam i ćwiczę, więc po małych grzeszkach po prostu mocniej przykładam się do treningu. Nie ma się więc czego obawiać. Nie mam specjalnej diety. Wydaje mi się, że gdybym ją miała (lub inaczej: gdybym miała cierpliwość takową stosować), to osiągnęłabym moją wymarzoną wagę 58kg, a na razie ważę 61 kg. Jednak jak to mówią instruktorki fitness: „nie należy się ważyć, ale mierzyć” i tego podejścia się trzymam. Moje koleżanki przekonały się, że bieganie to dobry sposób na figurę i również zaczęły biegać. Może to nie takie spektakularne osiągnięcie, zrzucić 7 kg w półtora roku, ale wiem, że nie jest to efekt chwilowy…

A cel biegowy? Widzę na planie, że przygotowujesz się z kolegą do maratonu w Krakowie?

Nie, nie wiem, jeszcze się nie zdecydowałam. Biegam 3 razy w tygodniu z Andrzejem i Agnieszką, którzy się zapisali, bo mając konkretny plan jest mi łatwiej wychodzić na trening. Być może za tydzień siądę do komputera, wejdę na stronę i się zapiszę. Myślę też zastępczo o maratonie w Łodzi, bo odbywa się 17 maja – w dniu moich 33 urodzin. To byłby fajny prezent. Tak w głębi duszy to wiem, że w końcu na któryś z nich się zdecyduję. Ale też się nic nie stanie, jeśli nie pobiegnę, bo wiem, że to bieganie mam w nogach, że trening jest zrobiony, „zaliczony”.

Moim marzeniem jest pobiec 10 km poniżej 50 min. Mam to nawet zapisane jako osobisty cel pracownika Nike : ) Dla kogoś ten czas może się wydawać bardzo łatwy do osiągnięcia – dla mnie wciąż nie. Nie jestem typem „ścigacza”. Nie trenuję też z naciskiem na szybkość. Myślę, że po aktualnych przygotowaniach maratońskich będę w pewnym momencie mieć dobrą formę i latem uda się pobić 50 minut.

Biegasz czasami sama czy zawsze z kimś?

W poniedziałki i czwartki z Andrzejem i Agnieszką razem relizujemy bieganie według planu maratońskiego w „Skaryszaku”. A że jest to najbardziej rozbiegany park w stolicy, to zawsze spotykamy się na trasie ze znajomymi z naszego klubu aleTEMPO. W soboty lub niedzielę dłuższe wybiegania przeważnie robię sama, z muzyką na uszach, na bulwarach Wisły, bo mieszkam na Powiślu. Kiedyś bieganie z muzyką wydawało mi się „niewygodne”. Teraz nie wyobrażam sobie biegania bez niej – mój PowerSong potrafi dać mi „kopa” w chwilach najgorszego kryzysu.

Gdy po raz pierwszy wychodziłaś biegać, nie krepowałaś się np. obcisłych spodenek?

Nigdy nie miałam z tym problemu. Zawsze biegałam w legginsach lub krótkich, obcisłych spodenkach, bo jest mi w nich po prostu wygodnie. Kiedy zaczynałam biegać na Polach Mokotowskich, kwestia „obciachu” ze względu na strój była ostatnią rzeczą, o jakiej bym pomyslała lub której bym się wstydziła. Teraz dwa razy w tygodniu, po pracy, przebieram się w biurze w „obcisłe” i wsiadam do windy obok towarzystwa w garniturach. Czuję się wtedy naprawdę fajnie – ja na sportowo-kolorowo (apeluję do dziewczyn o rezygnację z czerni!) a oni tak szaroburo.

monikaco___524_1.jpg
w biurze

Od kiedy Nike zorganizował RunWarsaw, ścieżki czy HR10k liczba biegaczy w Polsce wg mnie wzrosła. Oczywiście można to przypisać naturalnej ewolucji społecznej, gospodarczej,ale pewnie można tez przypisać waszemu działaniu. Jak ty to widzisz? Czy czujesz sie w jakimś stopniu odpowiedzialna na wzrost powszechności masowego biegania w Polsce?

Jestem pewna, że trzy edycje Run Warsaw i Nike+ Human Race razem z programem Ścieżek Biegowych Nike przyczyniły się do wzrostu popularności biegania w Polsce. Już wiele lat powtarzamy jak mantrę, że jest to najłatwiejszy sposób na zdrowie i formę, a jak ktoś spróbuje, to potem wciąga – ale trzeba zacząć rozważnie (patrz Ścieżki)

Idea była taka, żeby rozruszać Polskę po prostu : )

Nike została założona przez biegaczy i dla biegaczy (początkowo), stad zaangażowanie w projekty biegowe było rzeczą naturalną i kwestią czasu – widzieliśmy jak super rozwineła się impreza Run London, widzieliśmy inne projekty Nike w krajach Europy (i nie tylko), stąd przekonaliśmy centralę, ze można zrobić taki event w kraju, gdzie "się nie biega" i sukces 1 edycji RW nas samych zaskoczył (spodziewaliśmy sie ok 4000 uczestników, mimo że byliśmy przygotowani na 10 000 – no i tyle osób się zapisało – zestawy sie skończyly kilka dni przed biegiem!

Potem liczba uczestników rosła o ok 50% – nawet w biegu THR na dystans 10.000m pobiegło niemal 2 więcej osób niż na 10 km w RW 2007

A co myślisz o startach w zawodach?

Starty w zawodach nie są dla mnie celem samym w sobie. Jednak mając cel i plan treningowy łatwiej mi zmotywować się do biegania. Ja biegam, bo prostu super się potem czuję. Mam dużo energii, wszystko wydaje się też łatwiejsze, bo podczas biegania problemy same się „w głowie” rozwiązują – no i po bieganiu ubrania lepiej leżą. Bieganie super organizuje czas – jeśli muszę wyjść na trening na godz. 18.00, to oznacza, że czas w pracy muszę wykorzystać efektywnie. I tak się dzieje. A że przy okazji planów treningowych zdarzają się różne starty – takie jak bieg na Kabatach albo półmaraton – to po prostu w nich uczestniczę.

Nigdy wcześniej nie miałam takiego stałego zajęcia, sportowego hobby. Ogólnie mam do wszystkiego słomiany zapał (może poza narciarstwem). Miałam takie czasowe zrywy: chodziłam miesiąc na siłownię, potem przerwa, potem miesiąc na basen. I koniec. A bieganie jest ze mną już prawie dwa lata. To sukces. Mam nadzieję, że zostanie ze mną na dłużej.

Redakcja Bieganie
Redakcja Bieganie.pl