new balance maraton
 
27 maja 2019 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

bieganie próżniacze


Poniedziałek jest za trudny, tym bardziej powyborczy. Krajobraz po bitwie oraz wędrująca po ciele powstańca wrona. Ból po weekendowych zawodach i odkrycie, że tu też mam mięśnie. Poniedziałek robotników i techników (wyobrażam sobie) łukiem zahacza o niedzielę i stanowi zarazem początek wstecznego odliczania. Poniedziałek klasy próżniaczej pachnie latte na sojowym i stratą czasu.

Gdy jestem syty, napojony, wysikany, łapię się leniwie kolejnych szczebli drabiny. Na górze powinny być spełniane potrzeby duchowe i potwierdzanie własnej wartości. Jest kolejne pomieszanie narzucającej się fizyczności i pożądanej jak diabli duchowości. Oraz widok na wszystkie, jak się zdaje, strony świata – jak w akwarium.

Bieganie, które bliżej równika stanowi o być albo nie być lub wyznacza jedną z wydeptanych bosymi stopami ścieżek kariery – jest dla mnie, próżniaka, aż i tylko, spędzaniem czasu wolnego. Mam biegając chwilę na przemyślenia, mówię sobie. Na treningu fajnie rozmawia się o biznesach, twierdzę światowo. Realizuję siebie, mam cichą nadzieję. Russell dodałby do tego nawet, że biegając nie powoduję wojen, przypominam sobie na koniec.

Figury retoryczne i arabeski zdają się jak najbardziej na miejscu, gdy udając erudytę w mojej kulturze mówię o bieganiu. Jestem już tak daleko od prozaicznej ucieczki przed drapieżnikiem czy polowania wytrwałego! Czynność, która jak każda fizjologia, jest mi bliska, jest we mnie wdrukowana i jest mi przynależna – musi oto być teraz od zera nauczana, objaśniana przez trenerów i stanowi zarazem luksus. Bez instrukcji obsługi ani rusz. Nie wchodź tam szaleńcu, tam zakaz wstępu, śmierć i trupie czachy, jak pisał Stasiuk.

Próżniak zakłada więc wygodne buty i oddaje się w ręce ekspertów. Wierzy przy tym, że poziomowi skomplikowania jakiejś dziedziny odpowiada określona wartość na skali osiągnięć.

Rozmawiałem niedawno ze znajomym, który tak jak ja bawi się w treningowe doradzanie innym. „Ty, dajesz swoim podopiecznym jakieś ciągłe, interwały, biegi zmienne?” – pytałem. „No daję, ale wiesz, to tylko po to, by mieli o czym myśleć. Jakby regularnie robili rozbieganie i przebieżki, efekt byłby podobny” – powiedział. I myślę, że miał rację. Zgaduję, że zaawansowanie w jakiejkolwiek dziedzinie powinno pozwalać na redukcję komplikacji, a nie ich mnożenie. Gdy masz do rozegrania długą partię kart, lepiej (chyba?) zabierać kolejne lewy blotkami, z czasem dopiero używać dziewiątek i dziesiątek, na końcu wychodzić w figury.

Jako próżniak mówię dzisiaj ex cathedra: Możesz pobiec też tam, gdzie trupie czachy, ale jeśli chcesz sprawdzić się naprawdę – powtórz coś konsekwentnie, odrzyj z przypadku, nie oczekuj zaraz fajerwerków i męcz się na miarę odpoczynku.

Strzepuję felieton i idę nas miasto. Pobiegam w samo południe.

 

 

____________________

Kuba
Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu
czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i
niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.