Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
biegniepowieść - upadek pierwszy z trzech

Po pierwsze struktura.

Trach.. coś ostatecznie trzasnęło w kostce. A może chrupnęło, wszystko jedno. Na początku trzy kroki z rozpędu, na bezdechu w oczekiwaniu na ból przeszywający, bo tak w książkach się go opisuje. Potem przyszedł, jaśniejszy i zimniejszy, niż się spodziewałem. Ugięta noga, ciało asymetryczne, chwiejny kontrapost i gleba.

Leżę, klnę, może i sobie popłakuję, bo w środku lasu nikt nie patrzy i nie słyszy. Na trening wychodził Anteusz, na błotnistej koleinie leży Prometeusz. Kontakt z podłożem był za krótki, teraz będzie na wieki - bez wątroby (patrz kostka) i ognia (patrz zapał). Oczywiście tak to sobie potem wytłumaczę, żeby to kur...-bezgłośne-na-ustach, ten chamski pierwotny ból oswoić, wyantycznić i może uszlachetnić nawet. Żeby struktura była jako taka.

Bo po pierwsze struktura. Bo struktura to właśnie to, co trzymało kostkę w torebce, opinało więzadłami, co do kości strzałkowej ją przyszywało, tą z kolei wyżej do kolana, a tu kolejne zgrubienie, i już udo, i już łono męskie prozaiczne, jałowe, i kręgosłup, i wyżej, i na boki, i w głąb i na zewnątrz też.

I do dłoni, co miesiąc wcześniej wyszukała w kontaktach numer Gawrycha. I nadała całej sprawie kształt, który nieklasycznie teraz uzupełniać teraz z pamięci można. Bo można, co najmniej trzy razy się upokarzając przy wspominkach, a co, skoro wszystko teraz jedno?!

Dwa miesiące wcześniej Gawrych miał grypę i pomysł. Chodź, pisał i mówił bezładnie głównie, bo na pisanie czasu nie było, chodź, się weźmy za tego Hardmana, skoro maraton ci (mi, bo to pozornie zależna mowa teraz jest), nie wyszedł, się wyluzuj, nie spinaj na czasy, se przelecimy po-górach-i-dolinach-hej Hardmana.

A Hardman to wyścig taki. Od wschodu do zachodu słońca. Hardman to marka męki, syzyfowe w relacjach prace, ultrasów Graal krwawy. Ale i bieżniowców pogarda. I w tym problem. Jak to zmierzyć, się z tym zmierzyć, jak zamierzać, skoro antyczne cele były pisane, olimpiada się przesila, skoro to marsz przecież, rajd z zupą w butelce plus jajko na miękko i pomidor na kocu w kratę, skoro nie nazbyt ładnie, wymiernie i bez medalu.

Ale Gawrych wiedział był jak podejść, a może zresztą nie wiedział, tylko czuł, bo Gawrych to winny bóg, to jest jednak żywioł, co nie kalkuluje, tylko czuje i robi. Jakby Gawrych miał jakoś na drugie, a nie ma, w paszporcie pusto w tej rubryce, to pewnie Dionizy by stało. No więc Gawrych czuł, że cel jest zastępczy potrzebny, że upadło morale i exegi monumentum. Że z braku struktury nawet szalunek sparciały starczy, by gęstniejącą chęć wlać, poczekać aż do cementowego owocu dojrzeje i stwardnieje w wolę.

Po dwóch tygodniach twardy już jestem. Co było, a nie jest nie pisze się w rejestr, nie liczę godzin i lat, o porażce na 5 kilometrów przed metą nie pamiętam. I jestem ultrasem. Buffa mam nawet, na forach dyskusję śledzę o stuptutach, w góry może na weekend pojadę, zrobiłem 50-tkę po lesie i jaśnieję celem ambitnym, ale realnym.

A Gawrych zdrowieje z grypy jak rekin, kije ostrzy, po szczytach się hipoksuje, patenty przy plecakach wymyśla. Wyczaja raczej, bo w tej materii nie myśli za bardzo, tylko na czuja idealnie i harmonijnie z pozoru mu się to samo wszystko zgrywa, choć pod powierzchnią lawa i moc mięśni, wydolność emu i skoczność lamparcia. I jeszcze ta ochota na rekord Hardmana, co o nim wcześniej nie słyszałem, a co o nim inni słyszeli i nawet niektórzy widzieli, a ci co nie widzieli i tak uwierzyli, bo niektórzy dotknęli ran, no, polizali może i smak ponieśli między lud miast. Nieważne zresztą, bo jak jest rekord, to obciach po niego nie biec. Gawrych to wiedział, to znaczy czuł, a ja od niego się uczulać zacząłem, więc uwierzyłem bez wiedzenia.

No i potem wspólne z Gawrychem weekendowe sapanie w Tatrach, podziw wycieczek szkolnych, obojętność kozic, kwietniowy śnieg na Krzyżnem, mokre buty, bo bez membrany, ból głowy, rzyganie nawet małe, kiedy Gawrych sika, a ja niby też.

I jak się już to nakręciło, samemu uwiarygodniło, sprzęt napożyczało, urlop wzięło, jak się zgłosiło do organizatora, a ten światu rozgłosił, czy raczej samo się rozgłosiło, że Gawrych i jakiś bieżnikowiec startują Hardmana, i że szacunku do legendy z ust do ust miejskich podawanej nie mają – to już wyjścia nie było.

I wtedy właśnie ta kostka, co to wcześniej chyba jednak bolała była, trzasnęła, a może chrupnęła raczej.

No i się okazało, że struktura jest najważniejsza. A upadek kolejny jest mi najpewniej pisany.

 


____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.