Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Słabość jest w głowie - poruszająca historia Dariusza Strychalskiego
Wielu z nas użala się nad sobą, kiedy ma słabszy dzień. Czasem nie chce się nam wyjść na trening, albo uważamy, że taki wysiłek jest zarezerwowany tylko dla profesjonalistów. Są jednak ludzie, którzy mimo prawdziwych słabości stawiają czoła wyzwaniom wykraczającą poza granicę wyobraźni milionów. Poznajcie historię Dariusza Strychalskiego, biegacza o psychice godnej multimedalisty. 


Dariusz Strychalski na trasie (fot. Jakub Górajek / screen z filmu Zwycięzca)

O takich opowieściach mówi się z reguły – „amerykańska historia” i choć jej część rozgrywa się w USA to jest ona zdecydowanie polska! Dariusz Strychalski urodził się w 1975 roku w Dobrym Mieście na Podlasiu. Był normalnym, zdrowym dzieckiem, aż do momentu tragicznego wypadku samochodowego. 8-letni Darek przez 2 miesiące znajdował się w śpiączce, lekarze nie dawali większych szans na przeżycie, cudem udało się go uratować, jednak chłopiec od nowa uczył się wszystkich czynności życiowych. Darek ma niedowład prawej strony ciała, przykurcz w ręce, częściowy zanik mięśni, znacznie krótszą nogę, kłopoty ze wzrokiem. Stał się wyrzutkiem społeczeństwa, żył samotnie, nie miał znajomych, odnalazł jednak pasję w bieganiu. 

Zaczął w 2000 roku i mimo kalectwa szło mu znakomicie, po dwóch latach zdecydował się na debiut w maratonie. Na trasie w Białymstoku uzyskał czas 3 godziny i 36 minut! Jest samoukiem, nie korzysta z porad żadnego trenera, ani dietetyka, wszystko ustala sobie sam. Reżim treningowy jaki sobie narzucił przypomina bardziej ćwiczenia mistrza olimpijskiego, niż niepełnosprawnego, kuśtykającego podczas biegu amatora. Jak twierdzi Dariusz, bieganie stało się jego sposobem na życie i wciąż podnosi sobie poprzeczkę. Z czasem zaczął trenować 2-3 razy dziennie i z maratonów przekwalifikował się na ultramaratony!

Lista biegów, które ukończył jest naprawdę imponująca:
2 razy - Wiedeń-Bratysława-Budapeszt – 320 km w 5 etapach
4 razy biegi na 100 km – Madryt, Passatore, Kalisz oraz Bieg 7 Dolin
2 razy – Ultrabalaton na Węgrzech 212 km
Spartathlon 246 km

Ultramaratony górskie:
Swiss Alpine – Davos 78 km
Verbie 110 km
Al Andalus Ultra Trail 220 km w 5 etapach
Ultima Frontera 160 km
Ultra Race Dolihos-Delphi-Olimpia 260 km

Przygotowania do tych wszystkich startów robią jeszcze większe wrażenie. Poznałem kilku wybitnych polskich ultramaratończyków, między innymi aktualnego mistrza kraju w biegu 24-godzinnym Andrzeja Radzikowskiego, jednak żaden z nich nie aplikuje sobie podobnych treningów. Dariusz Strychalski tygodniowo pokonuje od 200 do 280 kilometrów. Wraz ze zbliżaniem się okresu startowego, zwiększa kilometraż miesięczny. W zimie jest to 500-700 km, aż do ponad 1000 w maju i czerwcu! Niebywałe nawet dla człowieka w pełni zdrowego.

Biegacz z Podlasia w 2009 roku wystartował w legendarnym Spartathlonie (wyścig jednoetapowy z Aten do Sparty) i przygotowywał się w nietypowy sposób. Wraz z innym wybitnym ultramaratończykiem Piotrem Kuryło pokonał trasę z Augustowa do Aten (2600 km) w 43 dni, aby później wziąć udział w biegu na dystansie 246 km! Niemożliwe? Uzyskał czas 34 godziny i 35 minut, co dało mu 81 lokatę.

Strychalskiemu wciąż mało było wyzwań i zaczął usilnie szukać sponsorów, (bowiem jego renta w wysokości 600 zł miesięcznie nie pozwala na żadne wyjazdy) aby wystartować w uznawanym za najtrudniejszy bieg świata – Badwater Ultramarathon 135. Marzenie niezłomnego sportowca spełniło się w 2012 roku. Z Podlasia pojechał do Doliny Śmierci. Nie wiedział jednak do końca z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Problemem tego miejsca jest niewyobrażalny i niespotykany nigdzie indziej upał. Padł tam rekord ciepła na Ziemi wynoszący 56,7 stopnia w cieniu. Asfalt jest tak nagrzany, że topią się podeszwy obuwia, dlatego zawodnicy przez niemal cały dystans poruszają się po białych liniach. 

Powyżej widoczny jest trailer filmu Zwycięzca. Pełny film dokumentalny
autorstwa Jakuba Górajka można zobaczyć tutaj.


Miałem okazję śledzić zmagania tych herosów w 2013 roku i mogę powiedzieć, że żadne historie o tym biegu nie są przerysowane. 200-metrową przebieżkę przypłaciłem suchością w gardle, pić trzeba niemal nieustannie, woda wyparowuje wraz z dotknięciem jezdni. Człowiek ma wrażenie, że skóra za moment mu pęknie, a oczy wyschnął. Po prostu piekło! Otoczona wielkimi, skalistymi górami Dolina Śmierci przypomina naturalny kocioł. Ciepło atakuje ze wszystkich stron, powietrze stoi. Upał aż widać! Na niebie nie ma ptaków (zabłąkane spadają z nieba), owady to również niezwykła rzadkość. To pokazuje jakim miejscem jest największa depresja Ameryki Północnej (Badwater 86 m p.p.m.). Z tej czeluści piekła należy dobiec do mety umiejscowionej 217 kilometrów dalej na wysokości ponad 2500 metrów n.p.m., czyli do portalu u podnóża Mount Whitney. Żar z nieba w dzień, uderzające ciepło od asfaltu w nocy, różnica wzniesień, odwodnienie oraz dystans – z tym wszystkim muszą sobie poradzić śmiałkowie startujący w Badwater 135. 

Czy można przyzwyczaić się do takich warunków? Część zawodników przyjeżdża 2 tygodnie wcześniej, aby trenować w tym upale, nie wszyscy jednak mają na to pieniądze. Nasz bohater biegał po kilkadziesiąt kilometrów w polskich „upałach” zakładając czapkę, kurtę, ortalion, a po treningu wchodził jeszcze do namiotu, aby zafundować sobie prowizoryczną saunę.  Jego determinacja, wola walki i chęć spełnienia marzenia były silniejsze od ograniczeń fizycznych. W lipcowy upalny poranek stanął na starcie najbardziej morderczego wyścigu świata… i po 20 kilometrach był siódmy. Jego skromna ekipa pomocnicza (każdy uczestnik musi mieć swój zespół jadący obok samochodem) uwijała się w pocie czoła polewając go wodą, podając izotoniki, lód... jednak słońce Doliny Śmierci nie miało litości. Dariusz ostatkiem sił dotarł do pierwszego punktu kontrolnego na 72. kilometrze. Dostał udaru słonecznego, był wycieńczony, majaczył, ale nie zrezygnował z dalszej walki. Ekipa chciała go wycofać, ale przepisy są jednoznaczne – zawodnik może wycofać się sam, może wycofać go lekarz lub sędzia, jeśli ten nie zmieści się w limicie czasu. Po kilku godzinach przerwy, Darek przełamał kryzys zaczął przyjmować płyny i ruszył do przodu, z każdym kilometrem podkręcał tempo. Organizatorzy biegu byli pod ogromnym wrażeniem jego determinacji, jednak biegacz nie zdążył zameldować się na kolejnym punkcie kontrolnym ustanowionym na 115. kilometrze trasy. Zabrakło mu 40 minut. Nikt z organizatorów nie miał odwagi zatrzymać heroicznie walczącego Polaka przed punktem i dopiero tam przygotowano dla niego bramę, sędzia zdjął przed Darkiem czapkę z głowy i musiał podziękować za start w Badwater. Warto dodać, że wielu debiutujących, zdrowych biegaczy kończy rywalizację już na pierwszym punkcie kontrolnym. Nawet zwycięzca tego morderczego wyścigu znany ultramaratończyk Dean Karnazes rok przed swoim triumfem stracił przytomność na trasie i obudził się dopiero w hotelowym pokoju podłączony do kroplówki

Wielu z nas nie ma w sobie na tyle silnej woli, aby zmusić się do systematycznego treningu i pokonać własne słabości. Szukamy wymówek, uskarżamy się na kontuzje, chwilową niedyspozycję, czasami brakuje nam motywacji, zwyczajnie się nie chce.  Mówimy sobie „po co Ci to”, „nie nadajesz się do tego”, „to nie dla Ciebie” i w rezultacie przegrywamy z samym sobą. Dariusz walczy codziennie jak Spartanie pod Termopilami, zasługuje na miano herosa naszych czasów! Dokonuje rzeczy wielkich i nie potrzebuje blasku fleszy, nie jest celebrytą tylko NIEZWYKŁYM i skromnym człowiekiem. Przegrał z Badwater, ale bez wątpienia jest wielkim zwycięzcą. Jak prawdziwy sportowiec podnosi się po upadku i przygotowuje się do kolejnej próby ujarzmienia Doliny Śmierci, ciesząc się każdego dnia swoją wielką, prawdziwą biegową pasją.