Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

motywacje_fr_524.jpg


Zaczęło się właściwie od tego, że w 1999 roku, kiedy miałem 31 lat, zorientowałem się, że mam na sobie nieapetyczne oponki z tłuszczu, które bardzo mi się nie podobały. Wszedłem na wagę. Wyszło zdecydowanie za dużo. - Co tu robić ? - pomyślałem. - Czy to już ten wiek? Czy to nieodwracalne?

Całe moje życie mieszkałem w pobliżu świetnych terenów biegowych. Do tego zawsze uważałem się za biegacza, choć przyznaję, że nie było ku temu jakichś specjalnych podstaw. Raz na jakiś czas zakładałem po prostu buty i biegłem do lasu. Te moje biegowe wypady były sporadyczne - raz na rok, dwa razy na rok... Kiedyś w liceum miałem chyba jakiś taki cykl, że biegałem przez tydzień każdego dnia. Ale maksymalnie po 3-5 km.

Potem prawie o tym zapomniałem.


Incydent na stadionie


Po odkryciu oponek zabrałem się za pływanie. Pływałem 5 razy w tygodniu po 30 minut, zimą zrzuciłem kilka kilogramów, ale wiosną to się zatrzymało, tłuszczyk mniejszy, ale nadal był. Kiedyś latem poszedłem na Warszawski AWF. Usiadłem przy żużlowym stadionie o długości bieżni 500 m. Akurat jakiś tatuś robił trzem chłopcom w wieku około 10 lat test - mieli przebiec 2 km. - Eee, widać że słabiaki - pomyślałem.


Najlepszy z nich pobiegł 2 km w niecałe 9 minut, najgorszy w trochę ponad 10. Kiedy odeszli, wyszedłem na bieżnię i postanowiłem powtórzyć ich test. No i stało się. Wypadłem tragicznie! Około 10,5 minuty - gorzej niż najsłabszy z nich... Byłem załamany. Przypomniałem sobie - że kiedyś przecież biegałem. Następnego dnia ruszyłem do lasu. Jak szalony przebiegłem na maksa ze 2 km. Mocno zmęczony wróciłem do domu. Następnego dnia to samo, potem znów.


Zacząłem się jednak zastanawiać, czy biegam z sensem? Czy nie powinienem biegać jakoś inaczej? Coś zaplanować? Gdzieś coś piąte przez dziesiąte słyszałem o zakresach tętna, w których tłuszcz jest najlepiej spalany. Koleżanka z pracy, która usłyszała, że zacząłem biegać, zapytała się, czy robiłem sobie test Coopera. O niczym takim nie słyszałem. Zacząłem szukać w internecie. Znalazłem - oczywiście na bieganie.pl.:) Okazało się, że jest to 12-to minutowy wyścig - na podstawie przebiegniętego dystansu można ocenić, w jakiej jesteśmy aktualnie formie.


Test Coopera


Z tabelki wynikało, że dla najbardziej wymagającej grupy wiekowej chcąc zasłużyć na ocenę "doskonale" trzeba przebiec 3 km. I to postanowiłem osiągnąć.
Wymierzyłem w Lesie Bielańskim trasę - 3 km, fakt, że w opisie testu jest powiedziane, że najlepiej robić go na stadionie lub w równym terenie. Moja trasa była w lesie, a w dodatku ostatni kilometr miejscami prowadził mocno w górę, ale - Nic to. - pomyślałem - Jeśli w tych warunkach zrobię 3 km to będę tym bardziej zadowolony. Oznaczyłem odcinki co 500 metrów, aby móc monitorować tempo w trakcie biegu.

Pożyczyłem od mojej mamy zegarek posiadający funkcję timera - aby ustawić w nim docelowy czas 12 minut. To był zegarek dla niewidomych. Jego charakterystyczną cechą jest to, że potrafi mówić. W przypadku opcji timer zegarek ten odzywał się najpierw co dwie minuty. Czyli słyszałem "Ten!" (to była jeszcze wersja angielska, później te zegarki zostały spolszczone), "Eight!", "Six!". "Four!", "Two!" - potem było "One!" i potem co dziesięć sekund do dwudziestu, co pięć do dziesieciu i ostatnie odliczanie, podczas którego wydobywałem z siebie ostatnie moce "Ten, nine, eight, ....... three, two, one... bi bi bip bi bi bip bi bi bip!" - koniec, Boże co za męka!


Na początku, kiedy zaczynałem robić ten mój test pokonywałem około 2,5 km. Potem powoli się poprawiałem. Za każdym razem, kiedy zbliżałem się do kolejnych 500m, wsłuchiwałem się w zegarek, czy usłyszę jego dźwięk przed oznaczeniem czy za. Aby przebiec 3 km w 12 minut, każde 500 metrów trzeba było pokonywać w 2 minuty, czyli akurat z taką częstotliwością, z jaką odzywał się zegarek. Pierwsze 500 metrów po starcie od razu dawało mi informację w jakiej jestem dzisiaj formie. Na początku "- Ten!" (dziesięć) słyszałem dużo przed pierwszym znakiem 500 metrów. Kiedy jednak kiedyś minąłem to miejsce, a zegarka nadal nie było słychać, zacząłem podejrzewać, że zapomniałem go włączyć. Jednak po chwili odezwał się! Jaka była moja radość... Wiedziałem że biegnę na swój najlepszy wynik!


W końcu chyba jesienią udało mi się - przebiegłem 3 km (i to miejscami pod górę) w 12 minut. Bylem zadowolony, oponki zniknęły nawet nie wiem kiedy. Ale jednak coś mnie gryzło. Bo od razu zacząłem się zastanawiać, co robić dalej. Nadal biegać ten test Coopera?


Nadeszła deszczowa jesień, o bieganiu zapomniałem, trochę grałem w koszykówkę, trochę pływałem. Nie mogłem doczekać się wiosny (jeszcze nie wiedziałem, że zimą można biegać, a nie miałem żadnych biegowych znajomych). Na wiosnę znów ruszyłem do mojego Testu. I niestety, znów musiałem zaczynać od początku - 2,5 km, 2,6, 2,7. Zabawnie wspominam jedną wyprawę z moim kolegą na rowerze. Jechał przede mną, nadawał tempo, o jakie go poprosiłem i na widok każdego napotkanego spacerowicza obwieszczał donośnie: "Test Coopera! Test Coopera!". Ludzie i psy patrzyli ze zdziwieniem.


W końcu chyba w lipcu doszedłem do upragnionych 3 km, nawet chyba 3,1. I co dalej? Chciałem biegać lepiej, szybciej, dalej... Pomyślałem, że może spróbuje za jednym razem pokonać 12 km.


Pierwsze w życiu 12 km

Strasznie to mi się wydawało długo i daleko. Jakim biec tempem? Wymyśliłem, że te 12 km spróbuję zrobić w godzinę. Ruszyłem. Biegłem po mojej "cooperowskiej" trasie z planem, aby przebiec ją czterokrotnie. Pierwszy raz - pełen luz i komfort, drugi też OK, ale już trzeci mocno męczący, a na czwartym walczyłem ze sobą strasznie. Ale udało się - 12 km w godzinę! Był koniec lipca, piękny wieczór, jeszcze jasno. Na AWF pod gołym niebem odbywał się koncert Ryszarda Rynkowskiego. Usiadłem na trawie, żeby posłuchać. Po kilku minutach postanowiłem wracać. Wstałem - ale okazało się, że nie mogę chodzić! Bolało mnie wszystko. Z trudem dobrnąłem do domu. Pomyślałem, że skoro pokonałem 12 km w takiej kiepskiej formie, to muszę to powtarzać, żeby móc to robić bez takich problemów.


Po kilku dniach wyszedłem na bieg planowany jako 12 km - ale po 6 km wróciłem do domu. Nie byłem zmęczony - ale znudzony. Biec 12 km? Przecież to straszna nuda! Obiecałem sobie, że 12 km pobiegnę następnego dnia. Pobiegłem 9km. Nastepnego dnia 6km, potem 5km, potem 4, 5, 6, 3 km - i tak w końcu stwierdziłem, że nie wiem co robić. No bo właściwie po co tak biegać? Czy ja mam jakiś cel biegowy? Poczułem, że takie bieganie bez celu jest bez sensu. Cel, znaleźć cel! Jakie można mieć biegowe cele?


- No oczywiście maraton. - pomyślałem - Choć maratony to biegają albo wariaci albo zawodowcy, wiec muszę znaleźć jakiś bardziej rozsądny cel biegowy." Zacząłem szukać, ale nic nie znalazłem. Pod koniec sierpnia ten maraton zaczał mi jednak chodzić po głowie. Co to jest maraton? 42 km? Gdzie to można przebiec? Gdzie jest jakiś maraton? Znowu internet. Znalazłem maraton w Berlinie. Zabawne, że informacji o maratonie w Warszawie nie było żadnych. Berlin był pod koniec września - czasu mało - ale może spróbować? Niestety - zapisy już się dawno zakończyły. Trochę mnie to zmartwiło. Co dalej? Ile w ogóle potrzeba czasu na przygotowanie się do maratonu z mojego poziomu? Biegałem już wprawdzie po kilka kilometrów, ale maraton to co innego. Na stronach Runnersworld znalazłem plan do maratonu. Wygladało na to, że potrzebuję przynajniej kilku tygodni, tymczasem zbliżała się jesień. Postanowiłem jednak przebiec tej jesieni maraton - ale maraton w którym będzie tylko jeden zawodnik - ja.


Prywatny maraton

Zacząłem od ustalenia daty. Jak sobie ustalę datę, to łatwiej będzie mi coś zaplanować, prawda? Żeby nie było za późno (bo może być zimno), ale i nie za wcześnie, bo potrzebuję przeciez kilka tygodni na przygotowania. Ustaliłem - 21 października 2001 roku. Plan ściągnałem z internetu. Biegałem chyba 5 razy w tygodniu po około 60 km tygodniowo. Najtrudniejsze były długie biegi. Wg planu dwa razy miałem przebiec za jednym razem około 30 km.

 


21 października 2001, prywatny maraton na warszawskim AWF, na trasie wraz z asystentem, 26 pętli, czas około 3:20.


Mój maraton postanowiłem biec po wymierzonej pętli na AWF - tam jest asfaltowa droga wokół stadionów o długości 1 mili. Metę zaplanowałem w miejsu, gdzie mogłem postawić zaprzyjaźnionych kibiców i stoły z chipsami i napojami. A start w takim miejscu, aby po przebiegnięciu 26 okrążeń i pozostałego do mety kawałka - wyszedł dokładnie dystans maratonu. Postanowiłem ruszyć o 10:00 rano, a ponieważ nie spodziewałem się ukończyć przed upływem 3 godzin, kibiców poinformowałem, że jeśli chcą przyjść i nie zanudzić się zbytnio, powinni pojawić się około 13:00.


Nadszedł ten dzień. Pogoda była świetna, rześko, nie za zimno, ale i nie ciepło. Ładne słońce. Dzięki temu oraz dzięki pomocy kolegi podającego mi picie - udało mi się przebiec w czasie mniej więcej zgodnym z założeniami - 3:20. Były owacje znajomych, gratulacje, szampan. Ale wtedy już wiedziałem, że muszę przebiec prawdziwy maraton. Za miejsce startu wybrałem Berlin.


Berlin


W zimie starałem się trzymać formę. Kiedy nie można było biegać, chodziłem na siłownię i ćwiczyłem na urządzeniu, na którym symuluje się jazdę na nartach biegowych. Zazwyczaj w weekendy biegałem dłuższe biegi. Poznałem wtedy kolegę, który zabierał mnie ze sobą na niedzielne biegi. Biegałem takim tempem, jakie nadawał, walcząc, żeby dotrzymać mu kroku. Ot, po prostu kolega biegacz z kilkoma maratonami na koncie. Powiedział mi, że życiówkę ma 2:30. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. - Widać tak się biega maraton - pomyślałem, ja pewnie jako początkujący będę miał ze 2:40. Na wiosnę zacząłem więcej truchtać. W maju pojechałem w góry do Włoch i tam trochę biegałem. Według planu, który ściągnąłem z internetu, cykl treningowy do Maratonu Berlińskiego miałem rozpocząć chyba pod koniec czerwca, aby na koniec września być w topowej formie. Trzymałem się planu dosyć starannie, biegałem 5-6 razy w tygodniu, maksimum 100km w tygodniu. We wrześniu pojechałem w Sudety - do Szklarskiej Poręby, gdzie też biegałem, oczywiście zgodnie z planem.

fred_szklarska.jpg

Szklarska Poręba, bieganie w Górach Izerskich


Po powrocie ze Szklarskiej mój jedyny biegowy kolega spojrzał na mnie i powiedział: "No, zrobisz tak ze 2:48".


Bałem się tego startu. 30.000 biegaczy, daleko od domu. Chyba w czwartek przed wyjazdem wysłałem nawet do współpracujących ze mną osób prawie pożegnalny tekst. Bo miałem takie uczucie, jak gdyby sam moment startu - czyli 29 września 2002 o godzinie 9:00 - był rzeczywiście za kilka dni, a do mety były całe wieki.


Po raz pierwszy w życiu widziałem na raz, na żywo, więcej niż kilku biegaczy. Nie startowałem nigdy w zawodach (pomijając jakieś epizody w podstawówce). A tu nagle takie tłumy. Przyglądałem się: - którzy to zawodowcy, którzy słabi, a wyglądają na mocnych? Tuż po starcie czułem się jak w zatłoczonym autobusie, w którym tłum przesuwa mnie do przodu bez żadnego mojego na to wpływu. Potem nadal było ciasno, ale mogłem już szurać. Chciałem się wyrwać z tego tłumu jak najszybciej - wiec zacząłem skakać niczym kozica. W prawo, do przodu, w lewo - tam gdzie tylko widzialem jakieś wolne miejsce. Po jakimś czasie już regularnie truchtałem, wciąż jednak skacząc co jakiś czas. Nadal chciałem uciec przed tłumem do przodu - nie uświadamiając sobie wtedy tego, że przecież przede mną też są tłumy i to bardzo dobrych biegaczy.


Zrobiło się trochę luźniej, a w końcu zupełnie luźno, dzięki zbiegowi okoliczności i niemieckiemu zamiłowaniu do porządku. Wbiegliśmy na szeroką aleję, słynną Unter den Linden (czyli Pod Lipami). Cała ulica, obydwa kierunki, były przeznaczone tylko dla biegaczy. Pasy ruchu oddzielone były białymi ciągłymi liniami. I nagle się okazało, że jestem jedyny, który biegnie po lewej stronie linii, podczas kiedy wszyscy biegną po prawej. Po prostu Niemcy nie przekraczają linii ciągłej !!! :) No, tego mi było trzeba, poczułem się jak "pan i władca" Berlina, wielka szeroka aleja tylko dla mnie, po mojej prawej stronie rzeka ludzi, a ja sam, bezkarnie mijam ich wszystkich.


fredzio1.jpgTo się jednak potem zemściło. Niesiony euforią pierwszą połówkę pobiegłem w 1:24. Po 25 kilometrze czułem się już zmęczony, na 28 km było ciężko, a na 32 km właściwie przestało mi się chcieć biec. Walczyłem ze sobą, żeby nie stanąć, bo wiedziałem, że mogę już nie ruszyć. Biegłem wolniej i wolniej, mijali mnie ludzie, których ja minąłem dawno temu, będąc wtedy strasznie z tego dumnym. Mijali mnie coraz to słabsi i słabsi biegacze, niektórzy wydawali mi się nawet dosyć grubi, minął mnie jakiś starszy człowiek, będący ewidentnie kaleką, (ale nie ma co ukrywać, że musiał to być jakiś mocarz - kulejący, starszy malutki człowiek biegł w naprawdę w zadziwiającym tempie). Zalewałem i krztusiłem się wodą, której nie umiałem pić w biegu. Potem to już było bardziej szuranie niż bieg. Czas drugiej połowy o prawie 10 minut gorszy niż pierwszej. Wpadłem na metę siłą inercji - wszystko mnie bolało. Ale inni wokół mnie wyglądali nie lepiej. Z wyniku 2:57:48 cieszyłem się umiarkowanie.






Okazało się w końcu, że mój czas w maratonie był dobrym czasem jak na początkującego, a nawet dla doświadczonych amatorskich biegaczy. Mój jedyny wówczas biegowy kolega, który miał życiówkę 2:30, biegał tygodniowo 180 km i był do tamtej pory moim jedynym punktem odniesienia i oczywiście porównywałem się wtedy tylko z nim. Teraz wiem, że wcale nie jest łatwo pobiec maraton poniżej 3 godzin i dzisiaj, będąc już doświadczonym biegaczem - nie wiem czy potrafiłbym to powtórzyć.


Tak zostałem biegaczem, maratończykiem, z jednym przebiegniętym maratonem na koncie. Od tego czasu, chociaż moja wiedza na temat treningu znacznie wzrosła, nigdy już nie przygotowałem się porządnie do maratonu i jak dotąd nie przebiegłem więcej tego dystansu. Biegam rekreacyjnie, kiedy mam ochotę i czas - ostatnio zdecydowanie zbyt rzadko. Moja waga kształtowała się przez lata na zadowalającym poziomie, ale... znów wzrosła! Czy to znak, że...

CZAS NA KOLEJNY MARATON? :)