5 błędów na ostatniej prostej. Jak nie zmarnować treningowej roboty?
16 września 2021 Krzysztof Brągiel Trening

5 błędów na ostatniej prostej. Jak nie zmarnować treningowej roboty?


Uśmiech dopiero po zwycięstwie – głosiła kiedyś telewizyjna reklama z udziałem szachowego mistrza Kamila Mitonia. Hasło podkreślało odwieczną prawdę, że wystarczy chwila nieuwagi i można wyglebić się na ostatniej prostej. Jakich błędów uniknąć na finiszu przygotowań do biegowego startu sezonu? Bierzemy na warsztat 5 wtop, które można zaliczyć w ostatnim momencie przed zawodami.

Tanguy Pepiot kilka lat temu stał się „gwiazdą” biegów w Stanach Zjednoczonych. Reprezentant Oregonu nie zabłysnął jednak wybitną formą, ale celebrowaniem zwycięstwa na kilkanaście metrów przed metą. Wiwatował, machał w kierunku kibiców, zachęcając do jeszcze głośniejszego dopingu. Wtem. Cichcem minął go zawodnik z Waszyngtonu, Meron Simon. Zdezorientowany Pepiot stał się pośmiewiskiem na cały świat (filmik z jego finiszu wyświetlono ponad 5 milionów razy). Nie bądź jak Pepiot. Nie zmarnuj ciężkiej roboty fatalną końcówką.

Eksperymenty zostaw Skłodowskiej

Pamiętaj chemiku młody wlewaj zawsze kwas do wody – przestrzegają chemiczki w tysiącach polskich szkół. Dla biegaczy z tysięcy polskich chodników mamy inną przestrogę – eksperymenty zostawcie na inny moment. Końcówka przygotowań to czas, żeby postawić na sprawdzone nawyki. Dieta, sprzęt, rytm dnia – niech wszystko będzie po staremu. Jeżeli do tej pory myślałeś, że szparagi to niemiecka firma ściągająca do pracy sezonowej, a tu nagle ktoś proponuje ci na kolacje zielone badyle… Powiedz grzecznie: „Nein, danke. Ich bin eine marathoner.”.

Największym kuszeniem okażą się rzecz jasna wszelkie przedmaratońskie targi. Na wystawnych expo smukli doradcy biegowych marek, będą nam podstawiać pod nos buty, koszulki i żele. I nawet jeśli ulegniemy czarowi reklamy, niech nas ręka Boska broni przed założeniem dopiero co zakupionych butów na zbliżające się zawody. Spakujmy je głęboko do torby. Na linii startu pojawmy się w obuwiu przetestowanym, które podczas żmudnych przygotowań przez niejeden BNP nas poniosło.

Skromność? Nie, dziękuję

Dzień zawodów to nie jest czas na wątpliwości. Nawet, jeśli rano wylałeś na siebie gorącą kawę, później zepsułeś spłuczkę w kiblu, a na końcu diesel nie chciał odpalić – nie trać dobrego humoru i przekonania, że jesteś debeściak.

Ostatnie treningi nie szły najlepiej? Na środowych interwałach, które miały być tylko delikatnym podtrzymaniem formy, rzęziłeś jak Trabant na starej „Gierkówce”? Zanuć sobie Łonowe: „To o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy” i stań na starcie, jakbyś miał formę życia. Twoje wątpliwości niczego nie zmienią, jeśli chodzi o dyspozycję fizyczną. Mogą za to podkopać motywację i dociążyć głowę na tyle, że nawet mając „moc pod nogą”, nic z tego nie wyjdzie.

Rozgrzej się jak martenowski piec

„Ojciec, Bóg wie gdzie, martenowski stawiał piec, mnie paznokieć z palca zszedł”– śpiewał Grzegorz Markowski w kultowej „Autobiografii”. Oczywiście żadnemu biegaczowi nie życzymy schodzących paznokci, ale już do rozgrzania się przed biegiem do temperatury pieca hutniczego, namawiamy każdego.

Rozciąganie i sumienna rozgrzewka to dwie rzeczy, które biegacze omijają jak Kamila Glika angielscy defensorzy. Trzeba jednak wiedzieć, że tak jak nie ma futbolu bez alkoholu, tak nie ma dobrego biegania bez porządnego rozgrzania. Wymachy ramion, przebieżki, przepychanie drzewa, skłony, skipy, krążenia bioder… I gdy już tak się dogrzejemy, warto pamiętać o trzymaniu ciepła do ostatniej chwili. Zrzucenie dresów na sekundy przed strzałem startera – mile widziane.

błędy treningowe
Fot. Izf / Shutterstock

Ostatnia toaleta i sznurowadła

Jeżeli diabeł tkwi w szczegółach, to biegowy Boruta mieszka w toi-toiu. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Wizyta w toalecie zawczasu należy do spraw fundamentalnych. Wszystko jest łatwe i przyjemne, jeśli do dyspozycji mamy szpaler błękitnych budek. Gorzej, jeśli organizator nie zadbał o dostateczną liczbę smerfnych domków, a bierzemy udział w biegu nocnym, nosząc w brzuchu – lekkostrawny, bo lekkostrawny, ale jednak – obiad.

Inny detal to sznurówki. Któż z nas nie zaliczył zawodów z wesoło pląsającym w okolicach śródstopia sznurkiem, niech pierwszy ciśnie cegłówką. Buty biegacza muszą być związane na cztery spusty, jakby miały wyruszyć w podróż dookoła świata i z powrotem. W przeciwnym razie marzenia o nowej życiówce prysną jak Andy Dufresne pryskał z Shawshank.

Śpiesz się powoli

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ten paragraf przeczy wcześniejszym rozważaniom o porzuceniu skromności. Namawiamy tutaj bowiem do poskromienia biegowej furii. Zwłaszcza w pierwszym etapie biegu. W większości – jak to czytamy – paramy się biegami długodystansowymi. Mają one tą przykrą zależność, że wymagają odpowiedniego zarządzania tempem i siłami. Hasła w stylu: „Pierwszą połowę w trupa, a na drugiej przyśpiesz” są dobre do heheszków, ale nie sprawdzą się w biegowej walce. Dlatego – zacznij z rezerwą.

Im dłuższy dystans, tym większa pokusa, żeby ruszyć tak, jakby jutra miało nie być. Zwłaszcza maraton pokarał już wielu narwańców, którzy na mecie tłumaczyli się swojskim: „Dobrze mi się biegło na początku, to przyśpieszyłem”. A komu się dobrze nie biegnie na początku?

Cała sztuka to utrzymać balans między motywacją, a przepaleniem. Bądź napakowany jak kabanos, a nie jak zwęglona podwawelska.

błędy treningowe
Fot. Zoran Zeremski / Shutterstock

Oczywiście lista biegowych fakapów, którymi można urządzić się na cacy, jest dłuższa. Poprzestaniemy jednak na „piątce”, żeby z artykułu ku przestrodze, nie stał się instruktaż. Podzielcie się, gdzie zamierzacie przetestować formę w najbliższym czasie? Będzie jeszcze lepiej, jeśli napiszecie też o swoich biegowych wtopach, które zapamiętacie do grobowej deski.

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.