5 błędów ambitnych biegaczy
29 marca 2021 Krzysztof Brągiel Trening

5 błędów ambitnych biegaczy


5 błędów ambitnych biegaczy

Bieganie miało być tylko chwilową zajawką, sposobem na nudę i zrzucenie zbędnych kilogramów. Nawet się jednak nie obejrzałeś, gdy stało się pasją i sposobem na wypełnienie czasu wolnego. Wpadłeś jak przysłowiowa śliwka w kompot: masz plan treningowy, zestaw ćwiczeń od fizjoterapeuty i facebookową ściankę obklejoną zdjęciami z kolejnych zawodów i treningów. Nazywasz się ambitnym amatorem, biegasz bardziej dla sportu, niż endorfin i choćby skały defekowały, nie zrezygnujesz z treningu (nawet najbardziej dżdżystym bladym świtem). Problem z odpuszczaniem to tylko jeden z błędów, które popełniasz. O pozostałych pięciu przeczytasz poniżej. 

Zrób więcej, zrób więcej

Biegając 60 km tygodniowo udało ci się złamać 40 minut na dychę? Gdy zwiększyłeś kilometraż do 100 km, rozbiłeś w drobny mak 36 minut? Jako wybitny strateg wpadłeś na chytry plan, żeby zwiększyć objętość do 150 km, co wedle prawideł logiki, poskutkuje życiówką zaczynającą się – co najmniej – od 34 minut? To błąd. W treningu biegowym – więcej, nie zawsze znaczy lepiej.

Podkręcanie objętości samo w sobie nie jest złe. Ważne, żeby robić to stopniowo. Skokowe dokładnie kilometrów jest prostą drogą do przeciążeń, a w konsekwencji poważnych kontuzji. Zanim podniesiesz tygodniowe przebiegi, sprawdź, czy do wynikowego celu nie można dojść innymi środkami. Wzmocnienie siłowe, poprawa ogólnej sprawności, więcej jednostek na wyższych prędkościach, kosztem długiego „tupania” – rzeczy, które można wkomponować w plan zamiast kolejnych beesów jest sporo. Pompowanie objętości to najprostsza z dróg, ale może okazać się najkosztowniejsza.

Bieganie po lesie

Inspektor gadżet

Jeśli kochasz to, co robisz, nigdy nie będziesz pracował – miał powiedzieć Konfucjusz. Nie inaczej sprawa wygląda w kwestii biegania. Pamiętaj o tym, aby nie stracić prawdziwej radości z biegowego hobby. Codzienna analiza treningów, tempa, tętna, kadencji, długości kroku – nowoczesne zegarki sportowe, dostarczają nam całej bazy danych. Czy w tym zalewie informacji, biegowej elektroniki, gadżeciarskich dodatków, butów na sprężynach i połyskującej odzieży – udaje nam się znaleźć przyjemność z samego przemierzania biegowych ścieżek?

Spróbuj wyjść dziś na trening bez zegarka, paska HR, telefonu i słuchawek na uszach. Wsłuchaj się w rytm swojego biegowego kroku, bicia serca i oddechu. Pobiegnij inną trasą niż zwykle, a kiedy wrócisz do domu i współlokator zapyta: ile dzisiaj przebiegłeś/przebiegłaś? Miej w sobie odwagę odpowiedzieć: nie mam zielonego pojęcia i dobrze mi z tym.

Bieganie po asfalcie

Bieganie, bieganie everywhere

Będziesz w ciężkim szoku, ale większość twoich znajomych ma w nosie, że w wolnych chwilach wychodzisz do lasu, żeby sobie pobiegać. Owszem, słuchają twoich relacji z biegowych potyczek i uśmiechają się przy tym z uznaniem. Robią tak jednak, bo najwidoczniej są dobrze wychowani, a nie dlatego, że urzeka ich twoja historia. Co najwyżej, rozumieją, że jesteś dziwakiem, który lubi się upocić jak dzikie knurzysko, ale żeby był to jakiś powód do dumy i szczególnych pochwał…

Dlatego, daruj swoim bliskim biegowych monologów. Oni i tak nic z tego nie skumają, a na dodatek staniesz się dla nich monotematycznym nudziarzem, o którym będą mówić per „ten biegacz”. Tak jakby bieganie cię definiowało, jakby nic innego nie można było na twój temat powiedzieć, poza tym, że biegasz maratony. A przecież i tak 99 procent społeczeństwa nie ma pojęcia na ile kilometrów one są.

Bieganie w lesie

Miej serce i patrzaj w życiówkę

Ambitni amatorzy biegają dla życiówek, to prawda tak oczywista, jak to, że kleszczy nie smaruje się smalcem. Na drodze do upragnionego wyniku na mecie, czeka jednak pełno zasadzek. Największą pułapką w jaką można wpaść jest stracenie z oczu celu. Podczas wielotygodniowych, żmudnych przygotowań, będą się zdarzać dni czarne jak to ciasto z kakao, mąki i margaryny, którego nazwy z powodu wytycznych Rady Języka Polskiego nie możemy przytoczyć. W takie dni smutne i ponure, gdy noga zupełnie nie chce się kręcić, a nasze płuca świszczą, jakby należały do zatwardziałego amatora Radomskich Mocnych (bez filtra) – róbmy dalej swoje.

Każdy plan treningowy jest pięściarską kombinacją na zasadzie – uderz, odskocz. Zdarzą się więc gorsze momenty, gdy będziemy czuć się okładani, jak Riddick Bowe w obu walkach z Andrzejem Gołotą. Ale jeśli konsekwentnie przetrwamy tę nawałnicę, to organizm zaadaptuje się do bodźców i odda na mecie życiowym wynikiem.

Bieg w lesie

Czy to już uzależnienie? 

Biegasz regularnie, masz plan a może nawet trenera, co jakiś czas wyjeżdżasz do Szklarskiej Poręby, żeby skorzystać z drogocennego działania gór, w szafeczce w przedpokoju najwięcej miejsca zajmują twoje buty biegowe, na urodziny zażyczyłeś/zażyczyłaś sobie voucher na badanie wydolnościowe, a jak nie wyjdzie ci trening burczysz na wszystkich domowników… Czy to jeszcze hobby, czy już uzależnienie?

Ambitni amatorzy często balansują na cienkiej granicy między zdrową pasją, a destrukcyjnym ustawieniem biegania w centrum swojego życia. Nie popełnij tego błędu i nie przejdź na ciemną stronę mocy. Jak tego uniknąć? Trzeba być czujnym i regularnie konfrontować się z pytaniem – po co w ogóle biegam? Dla zdrowia, satysfakcji, przyjemności, czy dla zaspokojenia potrzeby uznania i wyrównania zachwianego poczucia własnej wartości? Jedno jest pewne: jeśli, żeby sfinansować obóz w Sankt Moritz, zaniosłeś do pobliskiego lombardu tapczan i dwie szafy, a swoim dzieciom mówisz, że plażę w Ustce mogą sobie przecież obejrzeć na kamerce online – wiedz, że coś się dzieje.

Najtrudniej jest być sędzią we własnej sprawie, ale jeśli zaliczasz się do tzw. ambitnych amatorów, daj znać, czy popełniłeś któryś z powyższych błędów. A może znajdujesz inne fakapy, które można śmiało dopisać do naszej listy?

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.