12 maja 2016 Redakcja Bieganie.pl Sport

WingsForLife WorldRun oczami zwycięzcy edycji polskiej, Tomka Walerowicza


Pomysł startu w tegorocznej edycji  Wings For Life World Run w Poznaniu zrodził się w mojej głowie kilka dni po przebiegnięciu pierwszego „prawdziwego” biegu ultra tj. Supermaratonu Kalisia na 100km.

W związku z tym, iż był to mój ostatni start w sezonie naturalnie nadszedł czas podsumowań i ustalania planów na nowy rok.  W związku z tym, iż w czerwcu i lipcu ze względu na obowiązki  związane z moją pracą nie będę mógł biegać postanowiłem jako start docelowy wybrać jakąś imprezę odbywającą się wiosną. W Wings For Life po raz pierwszy brałem udział w 2015roku i udało mi się wówczas zająć drugie miejsce w krajowej rywalizacji osiągając dystans 67,3km. Jednak nie to było główną wartością dodaną decydującą o tym wyborze, lecz niespotykana formuła biegu bez klasycznej linii mety oraz przede wszystkim szczytny cel jaki towarzyszy tej imprezie. Tutaj nie biegniemy tak naprawdę dla siebie tylko dla tych, którzy biegać nie mogą, po to aby w przyszłości mogli stanąć na własne nogi.

W listopadzie i grudniu zrobiłem sobie dwumiesięczne roztrenowanie i od nowego roku rozpocząłem przygotowania do nowego sezonu z 4-kilogramową nadwyżką. Był to prosty trening z przeciętną jak dla zawodnika na moim poziomie objętością. Miałem problem, aby zmobilizować się do mocniejszego biegania, gdyż po prostu nie chciało mi się zbytnio męczyć. Wolałem „delektować” się treningiem. Zresztą zarówno na treningu, jak i na zawodach nie biegam nigdy na maksa, gdyż bieganie ma mi sprawiać przede wszystkim przyjemność. W marcu na łamach portalu bieganie.pl ukazał się ze mną wywiad, gdzie zostałem przedstawiony jako jeden z faworytów tegorocznej edycji WFL WR.  W związku rozpoczęło się ‘pompowanie balonika”, a Ja dostałem wreszcie motywację, aby przyłożyć się do treningów. Rzeczywiście marzec i kwiecień uczciwie przepracowałem, więc i waga powróciła do normalności. Wykonałem 4 starty kontrolne w celu sprawdzenia aktualnej formy i w każdym z nich udało mi się poprawić rekord życiowy. Najlepiej wypadł mi DOZ Maraton Łódź gdzie w samotnym biegu uzyskałem 2:25. Wtedy byłem już pewny, że nawet w trudnych warunkach poprawię zeszłoroczny rezultat z WFL WR.

Do Poznania udałem się dzień wcześniej razem z żoną Anią i synem Bartkiem. Mam taką zasadę, iż na zawody jeżdżę albo z moją rodziną albo wcale. W życiu mam jasno postawione priorytety. Na pierwszym miejscu jest rodzina, potem praca i dopiero na trzecim bieganie.  Po odbiorze pakietu startowego i długim spacerze po poznańskiej malcie spotkaliśmy się wieczorem na pogadance na tematy około biegowe z chłopakami z bieganie.pl oraz Grześkiem Gronostajem, Marcinem Kęsym, Andrzejem Witkiem, Jackiem Ksiąszkiewiczem i Agatą Dziubałką. Wieczorem przed snem syn zapytał mnie co jest nagrodą za wygranie jutrzejszego biegu. Odpowiedziałem mu, że można sobie wybrać w przyszłym roku na start dowolne miejsce na świecie z dostępnych lokalizacji. Bartek wówczas odpowiedział mi, że jak wygram to on mi wybierze miejsce i położył się spać.

Rano po śniadaniu wróciłem do pokoju hotelowego, aby wybrać i przygotować  ubiór na start. Długo nie mogłem się zdecydować czy wybrać buty startowe, czy treningowe. W końcu ze względu na pogodę wybrałem buty treningowe. Uznałem, iż w upał i tak nie utrzymam tempa jakim planowałem początkowo biec. Poza tym w upale często nogi puchną, więc uznałem, że za bardzo zżyłem się z moimi paznokciami, aby ryzykować ich utratę w startówkach. Komfort wygrał z dynamiką. Przypiąłem pas do spodenek, wziąłem 6 żeli i udałem się z rodzinką na start. Z obawy na zbyt szybki start wykonałem tylko 2 minuty truchtu na rozgrzewkę oraz kilka ćwiczeń rozciągających. Wolałem być nie dogrzany, niż zbyt pobudzony.

W kuluarach przedbiegowych jako faworytów tegorocznej edycji typowano Artura Jabłońskiego, Pawła Grzonkę, Marcina Kęsego oraz mnie. Od startu mocno ruszyliśmy z Arturem, a początkowe kilometry wychodziły po ok.3:35/km. Po dwóch kilometrach odpuściłem Artura, gdyż uznałem że w takich warunkach żaden z Nas nie jest w stanie tego tempa wytrzymać. Przez pierwsze 40km poziom terenu wznosi się o ponad 60m, dodatkowo wiał mocny wiatr głównie w twarz. Poza tym temperatura powietrza wynosiła około 24 st.C, co na pewno nie sprzyja długiemu bieganiu. Na trzecim kilometrze doszedł mnie Mathieu Wójcik i Paweł Grzonka. Wspólnie trzymaliśmy tempo ok.3:45/km biegnąc obok siebie tak, aby każdy przy tym wietrze miał równe warunki. Po 8km Wójcik zwolnił i zostaliśmy sami z Pawłem.

tomekwal 4
Tomek Walerowicz (z prawej) i Paweł Grzonka.

Mimo, iż się wcześniej nie znaliśmy to rozpoczęliśmy ciekawą rozmowę. Postanowiliśmy wspólnie biec starając się niwelować stratę do Artura, która po 12km wynosiła 2 minuty. Przez kolejne kilometry pogoni za Arturem zdążyliśmy z Pawłem  pogadać nie tylko o bieganiu, ale również o życiu osobistym i zawodowym. Na pewno łączył Nas w tym momencie wspólny cel, jakim był pościg za Arturem. Na 33km dogoniliśmy Artura, który po kilkuset metrach próby utrzymania naszego tempa odpuścił. W tym momencie biegliśmy w tempie ok. 3:50/km. Dwa kilometry później Paweł lekko przyśpieszył. Postanowiłem odpuścić ten atak, gdyż uznałem że jest za wcześnie, aby wychodzić z komfortowej dla mnie intensywności. Czułem, że zaczynają się pierwsze drobne kryzysy, więc nie był to moment na ich pogłębianie tylko łagodzenie. Paweł zyskał nade mną około 40m przewagi i tak dobiegliśmy do 40km gdzie droga skręcała w lewo. Nareszcie przestaliśmy mieć wiatr w twarz, więc postanowiłem odrobić stratę do Pawła. Na 42km gdy byłem już kilka metrów za nim okazało się, że Paweł się zatrzymał. Przybiliśmy jeszcze piątkę i pobiegłem dalej. Okazało się, że Paweł miał problemy ze skurczami łydki, która nie doszła do siebie po maratonie Orlenu. Odwróciłem się za siebie, lecz mimo długiej prostej nie zobaczyłem nikogo. Zrozumiałem w tym momencie, że tylko na własne życzenie mogę tego biegu nie wygrać. Prze kilka kolejnych kilometrów biłem się z myślami co robić. Czy zwolnić do truchtu, aby bezpiecznie ukończyć rywalizacją, czy biec odważnie walcząc o poprawę wyniku sprzed roku. Szybko przeliczyłem w głowie, iż biegnąc po ok.4:10 powinienem dobiec do ok. 70km.

tomekwal 1

Kolejne kilkanaście kilometrów biegłem w przedziale 3:55-4:15. Cyklicznie pojawiały się drobne kryzysy, które jednak nie trwały zbyt długo. Gdzieś lekka kolka, za chwilę drobny skurcz ,ale zmiana tempa zawsze pomagała mi wydostać się z problemu. W przypadku kolki musiałem zwalniać, ale w przypadku skurczu łydek pomagało mi akurat przyśpieszenie poniżej 4min/km. Niby dziwne, ale działało. Po 68km pokonałem ostatni długi podbieg, trasa skręciła w prawo i pierwszy raz wiatr zaczął pomagać. Chłopaki na rowerze krzyknęli mi, że jak przyśpieszę mam szansę złamać  71km. W związku z tym, iż miałem jeszcze spory zapas siły przyśpieszyłem do tempa 3:50-55 i udało mi się uciekać przed Adamem Małyszem do 71,12km. W momencie kiedy mnie mijał podskoczyłem jeszcze do góry, gdyż pomyślałem, iż jak Cię mija taki wybitny skoczek jak Adam Małysz to nie wypada nie skoczyć.

tomekadam 1

Adam wysiadł z auta pogratulował mi zwycięstwa i przeprosił za to, że musiał mnie dogonić. Potem spotkała mnie najmilsza sytuacja tego dnia. Adam poprosił mnie o zrobienie wspólnego zdjęcia…wielki mistrz, skromny człowiek, któremu sukces nie uderzył do głowy. Człowiek którego podziwiałem przez całe młodzieńcze życie, mój największy idol sportowy poprosił mnie o wspólną fotkę. Po prostu szok i niedowierzanie. Dalej krótki wywiad i parę zdjęć. Większość moich znajomych uważa, że wywiad był lepszy niż sam bieg i po obejrzeniu go ciężko mi się z nimi nie zgodzić. Momentami sam się rozbawiłem. Potem Adam odwiózł mnie na Maltę, a podczas podróży mieliśmy okazję porozmawiać na różne ciekawe tematy.

Po powrocie na Maltę nastąpiła krótka ceremonia dekoracji oraz sesja zdjęciowa. Szybko odszukałem moich bliskich i udaliśmy się wspólnie do hotelu. Po drodze zrobiłem jeszcze kilka fotek z innymi uczestnikami biegi oraz wchłonąłem 4 porcje dużych lodów z automatu i kawę. W hotelu jeszcze pogadaliśmy z chłopakami z Redbulla i Bieganie.pl i po 22:00 udałem się w podróż powrotną do domu, gdzie dotarłem około 2 w nocy. Zjadłem jeszcze kolację 2 godziny snu i o 5 rano wstałem, aby szykować się na wyjazd do Warszawy, gdzie w TVN24 miałem być gościem programu „Wstajesz i wiesz”. Po wywiadzie pojechałem do Płocka, aby wykorzystać dzień urlopu do załatwienia prywatnych spraw. Zanim tam dotarłem zadzwonili do mnie z TVN Fakty z prośbą o nagranie jeszcze kilku minut materiału. Po dwóch godzinach spotkaliśmy się w Płocku i nagraliśmy te kilkadziesiąt sekund. W kolejnym dniu od rana w pracy składano mi gratulacje, za gratulacjami. Przyznam szczerze, iż sam bieg mimo tych ponad 71km w ciężkich warunkach nie sprawił mi większego problemu. Poziom zmęczenia był porównywalny z mocnym treningiem i tak naprawdę poza dwoma bąblami na stopach najbardziej dokuczała mi opalenizna barków. Jednak te dwa dni ciągłych wywiadów i gratulacji sprawiły, że zaczynam odczuwać potrzebę odpoczynku.

P 20160508 03140 News

Redakcja Bieganie.pl