philips
 
4 maja 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Ronnie O’Sullivan – Autobiografia Mistrza Snookera – [KONKURS]


konkursronnie1Mamy konkurs. Do wygrania jest pięć egzemplarzy autobiograficznej książki Ronniego O’Sullivana. To angielski pięciokrotny Mistrz Świata w snookerze, który oficjalnie przyznaje, że bieganie wyciagnęło go z uzależnień.

Konkurs będzie polegał na tym, żeby możliwie dokładnie oszacować jaki będzie wynik osiągnięty w 3. Maratonie Lubelskim 10 maja 2015, przez zawodnika będącego w połowie stawki (a dokładnie pierwszego zawodnika z drugiej połowy). Formularz konkursowy – na dole artykułu.

Poniżej prezentujemy fragment książki.

W swoim najgorszym okresie od wypalenia jointa zaczynałem dzień. Ranny skręt pozwalał mi normalnie funkcjonować. Bez niego popadałem w paranoję, z którą w żaden inny sposób nie potrafiłem sobie poradzić. Wreszcie zawarłem ze sobą układ, że jeśli mam wpadać w cug, to tylko raz na trzy–cztery miesiące.

Imprezy nie szły w parze ze snookerem, choć i grę zacząłem w końcu traktować jako… element treningu przed ostrymi popijawami. Imprezy stały się moimi prywatnymi igrzyskami – raz na cztery miesiące zamierzałem się zniszczyć – uchlać i naćpać do nieprzytomności. Wmówiłem sobie, że to dobry powód, by w międzyczasie pozostać czystym. Mój cokwartalny reset miał wówczas smakować o wiele lepiej.

Nie mam pojęcia, w jaki sposób udawało mi się wtedy zaliczać testy antydopingowe. Pamiętam, że na każde mistrzostwa świata jeździłem z myślą, by przeleciały jak najszybciej. Po turnieju sezon się kończył, badań nie przeprowadzano przez kolejne trzy miesiące, więc mogłem spokojnie dać czadu. Tylko raz dałem się przyłapać, ale to na wczesnym etapie kariery. Testy wykonywano między turniejami, więc brałem tylko wtedy, gdy miałem pewność, że organizm zdąży się oczyścić. Mimo wszystko jechałem po bandzie, miałem kupę szczęścia.

Matka zawsze powtarzała:
– Synku, wkrótce cię złapią. Nie pociągniesz tak długo.
– Spokojnie, dam radę. Jeśli tylko nie przesadzę i odstawię dragi na tydzień przed turniejem, będzie dobrze – odpowiadałem. Ostatecznie znalazłem jednak nowy nałóg, który okazał się o wiele silniejszy niż chęć wypicia i przypalenia. Bieganie. To zasługa Alana – tego, który zaprowadził mnie do klubu – człowieka, z którym trenuję do dziś. Facet ma już 50 lat, a nie dorastam mu do pięt. Jest najlepszym weterynarzem w hrabstwie Essex i spokojnie przebiega 10 kilometrów w 36 minut.

Po jednej z porządnych bib spotkałem go na siłowni. Spojrzał na mnie i w mig ocenił, że nie jestem w najwyższej dyspozycji.

– Co się z tobą dzieje, Ronnie?
– Ech, wiesz, jak jest, miałem średnią noc.
– Na moje oko zdecydowanie gorszą niż „średnia” – stwierdził.

Nie odpowiedziałem.
– Wszystko gra, Ron?
– Jasne.
– Myślałem, że nadal chodzisz na spotkania AN.
– Bo chodzę.
– Wydaje mi się, że ostre popijawy nie są jednym z 12 kroków, które realizujesz, prawda?

Zaskoczył mnie. Powiedział to zupełnie życzliwie. Dotarło do mnie, że on po prostu się o mnie troszczy. Niepokoi. Zdobyłem się wyłącznie na uśmiech. Zresztą dość głupi, ale po prostu nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego słowa.

– Otrząśnij się, Ron. Chodź ze mną pobiegać. Nie potrzebujesz ani wódy, ani prochów. Świeże powietrze sprawi, że serce zacznie pompować serotoninę. Tego ci właśnie trzeba.

Pokonałem jakieś osiem kilometrów, może trochę więcej. Ta krótka trasa prawie mnie zabiła. To właśnie tego dnia Alan przedstawił mnie w słynnym klubie lekkoatletycznym Woodford Green w Essex. Do tamtej pory potrafiłem jedynie przebiec parę kilometrów na siłowni. Dwa miesiące później byłem w stanie rywalizować ze stałymi członkami klubu. Byli zdziwieni, jak szybki potrafię być. Z początku czułem się tam nieswojo. Nie odzywałem się zbyt często. Robiłem, co do mnie należało, i wymykałem się do domu. Ale koledzy biegacze okazali się bardzo przyjaźni. Po drugiej czy trzeciej wizycie sami się przedstawili, po każdym ostrym treningu zapraszali do baru na szklankę soku.

Niektórzy mnie rozpoznali, ale nie interesowali się tym, co robię. Nigdy nie rozmawiałem z nimi o snookerze. Cały ich – nasz – świat kręcił się wokół biegania. Gdy przekraczali próg sali, zostawiali za sobą pracę i życie prywatne. Wtedy liczyło się tylko współzawodnictwo na bieżni. Najfajniejsze były wtorkowe noce. Na tor przychodziło wówczas od 50 do 60 ludzi. Biegacze, oszczepnicy, miotacze kulą, skoczkowie w dal, niemal wszyscy. Pełne małych grupek pasjonatów miejsce tętniło życiem.

Autor: Ronnie O’Sullivan i Simon Hattenstone
Tytuł oryginału: Running: The Autobiography
Tłumaczenie: Konrad Mazur i Bartosz Sałbut
Data wydania: 22 kwietnia 2015
Cena okładkowa: 39,90 zł
Format: 140 x 205 mm
Liczba stron: 288 tekst 8 zdjęcia
ISBN: 978-83-7924-329-7