Pomyślałam, że zegar się zepsuł
26 kwietnia 2021 Krzysztof Brągiel Sport

Pomyślałam, że zegar się zepsuł


W mniej niż pół roku dwa razy została mistrzynią Polski w maratonie. 18 kwietnia w Dębnie wyrównała rekord Polski Małgorzaty Sobańskiej, przecinając metę w 2:26:08. Pędząc po 3:27/km, czuła się jak na rozbieganiu, a gdy zobaczyła na zegarze nad metą 2:25, pomyślała, że się zawiesił. Rozmawiamy z Aleksandrą Lisowską, która opowiada o wsparciu trenera, zniszczeniu się w Kenii, niezliczonych próbach porzucenia biegania, łzach w objęciach Wandy Panfil i olimpijskiej strategii na Sapporo. 


Krzysztof Brągiel (bieganie.pl): Ola, wielkie gratulacje kolejnego złota i wyrównanego rekordu Polski Małgorzaty Sobańskiej! Powiedz, jak minął pierwszy tydzień w nowej rzeczywistości? Skrzynka odbiorcza zapchana gratulacjami? 

Aleksandra Lisowska: Cały czas coś się dzieje. Wywiady, zdjęcia, telefony – aż jestem tym przytłumiona. Nawet powiedziałam trenerowi, że chyba wolałabym przebiec jeszcze raz maraton (śmiech).

Arek Gardzielewski fajnie powiedział Kubie Pawlakowi w wywiadzie zaraz po biegu, że od teraz wszystko się zmieniło. Dla Ciebie też? 

Nie wyobrażałam sobie, że w 2 godziny i 26 minut tak dużo może się zmienić. Świat obrócił się o 180 stopni. Z drugiej strony, jak sobie teraz analizuję, to z treningów wychodziło, że jestem gotowa na rekord Polski. Biegałam odcinki po 3:25, tylko, że to były odcinki. Ja z kolei myślałam, że żeby celować w 2:26 w maratonie, trzeba mieć większy zapas prędkości. Ale wychodzi na to, że wystarczyło biegać dwójki, czwórki, szóstki po 3:25, żeby potem na zawodach przebiec 42 kilometry podobnym tempem. To jest coś fajnego, że nie trzeba na treningach biegać nie wiadomo jak szybko. 

Aleksandra Lisowska podczas biegu

Pamiętam, że jak rozmawiałem z trenerem Jackiem Wośkiem jesienią, powiedział, że jesteś materiałem na bieganie 2:25-2:26…

A mi tego nie mówił! O proszę (śmiech).

Nie? Byłem przekonany, że Tobie powtarzał to regularnie, żeby umacniać Cię w wierze (śmiech). 

Kiedy na ostatnim mocnym treningu przed Dębnem robiłam trzy szóstki tempem poniżej 3:30, to powiedział, żebym nie biegała tak szybko, bo to jest tempo na 2:27, a my przecież celujemy w 2:29:30, czyli minimum olimpijskie.

Jak w ogóle wyglądały przygotowania? Zimą byłaś w Iten, a co potem? 

Styczeń spędziłam w Kenii, 5 lutego wróciłam do Polski. Później ponad miesiąc siedziałam w Olsztynie, po czym pojechałam na dwutygodniowe zgrupowanie do Szklarskiej Poręby. Zjechałam z gór na 3 tygodnie przed startem.

Aleksandra Lisowska po biegu

Jak wspominasz Kenię? 

Wiesz co, mam 30 lat i muszę powiedzieć, że to był mój najcięższy obóz w życiu. Biegałam tam na takich niskich prędkościach, że treningi powinny być dla mnie zabawą. W Polsce byłoby to lajtowe bieganie, ale tam na wysokości 2400 metrów nad poziomem morza, zdarzyło się, że na zwykłym rozbieganiu zabrakło mi powietrza. Musiałam się zatrzymać, bo zaczęłam się dusić.

Co to znaczy, że prędkości były niskie? 

Praktycznie nie zbliżałam się do prędkości maratońskich. Najszybszą rzeczą jaką robiłam były trzysetki, które wychodziły po 3:20/km. I miałam problem, żeby to tempo trzymać. Jeśli chodzi o kilometrówki to wychodziły w około 3:40/km. Dużo mieliśmy długich wybiegań – 20 km, 25 km… Najdłuższym longiem było 32 km. Zbliżenie się na tych treningach do 4:00/km było problemem.

To był Twój pierwszy raz w tak wysokich górach?

Byłam dwa razy w Stanach. Ale widzisz, w Albuquerque jest 1500-1600 metrów nad poziomem morza i tej wysokości nie odczuwałam. Natomiast Kenia mnie zniszczyła. Już po pierwszym tygodniu odliczałam dni do wyjazdu… Ale jak widać ten obóz mnie podbudował. Ja uważam, że Kenia jest dla mnie takim jakby… (dłuższa cisza).

Game changerem? 

Można tak powiedzieć. Po miesiącu męczenia w Kenii, jak zjechałam do Polski, to nie było już dla mnie ciężkich warunków. Gdy tylko na ciężkich treningach przypominałam sobie, jak cierpiałam w Afryce, to zmęczenie nagle mijało i potrafiłam jeszcze przyśpieszyć. Kenia bardzo mnie wzmocniła psychicznie. Początkowo wyklinałam te zgrupowanie, ale teraz stwierdzamy wspólnie z trenerem, że wylot tam był najlepszym pomysłem, na jaki mogliśmy wpaść.

Aleksandra Lisowska emocje po biegu

Dębno pokazało, że faktycznie Iten oddało. Opowiedz o tym rekordowym biegu, bo jak patrzę na międzyczasy to przecieram oczy ze zdziwienia. Niewiarygodny negative split!

Ostatnio często biegam właśnie negativem.

Ale aż takim? Według międzyczasów z sts-timing na połówce było 1:13:47, czyli drugą część poleciałaś w 1:12:21. 

Zgadza się. Trener Wosiek też już to liczył. Nie spodziewałam się. Może i lepiej, że na połówce nie zauważyłam, że jest 1:13, bo jeszcze bym się przestraszyła, że za szybko. Wiedziałam tylko, że biegniemy po 3:30/km, ale tak byłam skupiona, że dokładnych międzyczasów nie kontrolowałam. Skupiałam się na pilnowaniu grupy, pejsa. Moim zadaniem było, żeby biec luźno i zachować trochę sił na końcówkę. To było dziwne, pierwszy raz czegoś takiego doświadczyłam, ale im było bliżej mety, tym czułam większy luz. Na 35-36 kilometrze pamiętam, że pomyślałam sobie: „kurczę, byle do nawrotki i wreszcie będę mogła się rozpędzić, bo jest wolno”. Wydawało mi się, że biegniemy po pięć minut na kilometr i aż spojrzałam na zegarek. Okazało się, że biegliśmy po 3:27, czy Ty to rozumiesz? (śmiech). Pierwszy raz w życiu miałem takie odczucie.

Końcówkę biegłaś już w pojedynkę? 

Miałam pacemakera do samego końca, za co bardzo mu dziękuję. Nie oszukujmy się, to jest maraton, tutaj prowadzenie jest bardzo ważne. Na 38 kilometrze nawet mu powiedziałam, że może jeszcze trochę przyśpieszyć, bo czuję luz.

Musiałaś mieć naprawdę mocnego pacemakera, skoro wytrzymał to tempo, bo ostatnie kilometry leciałaś już chyba po 3:15 (śmiech). 

Tak, nawet się śmiał, że go cisnęłam (śmiech). Ale to jest właśnie fajne, że tego 3:15 nie czułam. Trener powiedział, że ostatni kilometr walnęłam w 3:00, albo nawet lepiej. Trochę się teraz obawiam, że taki bieg się więcej nie powtórzy, że miałam tylko taki jeden dzień w życiu. Ale mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję doświadczyć czegoś podobnego, bo to jest coś pięknego.

Uczestnicy maratonu

W tych emocjach pamiętałaś na mecie, żeby zatrzymać zegarek i zapisać historyczny bieg w systemie? 

Wiesz, że nie spojrzałam jeszcze na zegarek? Bez kitu, ciągle leży w plecaku w małej kieszonce. Miałam ostatnio wolne, nie wychodziłam na treningi i zupełnie o nim zapomniałam. Pewnie się rozładował. Nawet nie wiem czy go zatrzymałam, czy GPS ciągle chodzi (śmiech).

Pytam, bo byłem ciekaw tego najszybszego kilometra. Przyjmijmy więc za trenerem, że blisko 3:00. W którym momencie zdałaś sobie sprawę, że biegniesz na rekord Polski? 

Usłyszałam, że biegnę na rekord Polski kilometr albo półtora przed metą, ale myślałam, że coś źle policzyli. Jak zobaczyłam na zegarze 2:25 z sekundami, to pomyślałam, że zegar się po prostu zepsuł, jakaś zawiecha czy coś takiego…

Na mecie powitała Cię sama Wanda Panfil, właścicielka najlepszego wyniku w historii, ale z nieregulaminowej trasy w Bostonie. Jak wspominasz spotkanie z mistrzynią?

Jak pani Wanda mnie przytuliła to się rozpłakałam. Zrobili nam razem zdjęcie, które już sobie zapisałam. Teraz muszę tylko wydrukować i przy następnej okazji poprosić panią Wandę o autograf.

Aleksandra Lisowska  gratulacje

No dobra, to jakie plany teraz? Jesteś chyba najpewniejsza wyjazdu na igrzyska, ze wszystkich polskich biegaczy i biegaczek. 

Mam dłuższe roztrenowanie. Wstępnie mieliśmy startować jeszcze w Goleniowie na 10000 metrów, ale jest rok olimpijski, trzeba uważać na zdrowie. Zwłaszcza, że po kilku dniach euforii, teraz czuję, że ciało jednak jest zmęczone. W przygotowania planujemy wejść od maja. Najpierw mam mieć zgrupowanie w Szklarskiej Porębie, później w Sankt Moritz i na dwa tygodnie przed igrzyskami jest plan, żeby wylecieć do Sapporo.

Maraton przeniesiono do Sapporo, żeby biegacze mieli lżejsze warunki pogodowe, ale tam też wcale lekko nie będzie. Duża wilgotność, wysokie temperatury – jak się na to zapatrujecie z trenerem? 

Nastawiamy się, żeby walczyć o dobrą lokatę. Nie oszukujmy się, to nie będzie miejsce do bicia rekordu życiowego. Trzeba będzie zachować chłodną głowę i pobiec rozsądnie. Chcę móc wrócić do Polski z podniesioną głową.

Biegałaś kiedyś w podobnie tropikalnych warunkach, jakie mogą panować w Japonii? 

Dużo miałam maratonów wojskowych w różnych częściach świata. Startowaliśmy chociażby w Bejrucie, gdzie też było ciepło. Pamiętam, że start był o szóstej rano, więc o trzeciej trzeba było już zjeść śniadanie. Mniej więcej wiem, co może mnie czekać w Sapporo.

Po Twoim wyniku, ale też Arka Gardzielewskiego, Marcina Chabowskiego i Adama Nowickiego, dużo mówi się o nowym modelu butów od Asicsa. Rzeczywiście dużo dają? 

Na pewno pomogły. Mają powera. Pamiętam, że pierwszy raz założyłam je w Szklarskiej Porębie na „dwójki”. To były moje najszybsze „dwójki” w życiu. Nawet trener się śmiał, że jeszcze noga nie zdążyła się odbić, a już była z przodu. Z drugiej strony nie można powiedzieć, że to buty wyciągnęły mnie w górę o 4 minuty. Buty same nie biegają. Musiałam ciężko zapracować na ten wynik.

Zacząłem rozmowę od pytania jak sobie radzisz z sukcesem, nie przez przypadek. Musi smakować tym lepiej, że droga do niego była długa, kręta i ciężka. Powiedz – jak wiele razy chciałaś zrezygnować z biegania? 

Ojejciu, nie wiem czy zliczę (śmiech). Dużo tego było. Ostatni taki moment miałam w roku 2019. Przyleciałam z obozu ze Stanów i na Orlenie celowałam w minimum na igrzyska olimpijskie. Pobiegłam 2:35. Później pojechałam na mistrzostwa Polski na 10000 metrów. Zeszłam. Pojechałam na półmaraton do Tarnowa Podgórnego. Też zeszłam. Nic nie szło i wtedy pomyślałam, że chyba nadszedł moment, żeby złożyć broń i zająć się w życiu czymś innym. Czymś w czym będę lepsza. Trener zrobił mi wtedy zupełnie wolne od biegania, chyba cały miesiąc. To był czerwiec. Zaczęłam się znowu ruszać w lipcu. Na początku września zdobyłam w Pile złoto mistrzostw Polski w półmaratonie z życiówką 1:12:45. Od tamtej pory wróciłam do żywych.

Aleksandra Lisowska po zwycięstwie

Jak to w pół roku potrafi się wiele zmienić. W maju myśli o rzucaniu biegania, a we wrześniu życiówka, złoto mistrzostw Polski i też jednocześnie kwalifikacja na mistrzostwa świata w Gdyni...

Jeszcze tej samej jesieni zrobiłam w Wuhan życiówkę w maratonie 2:31:40. Tak, to jest właśnie piękne… Dlatego tak ważna jest cierpliwość. Dużo mi wtedy pomógł trener, który cały czas mnie wspierał. U niego nie było chwili zwątpienia. Powtarzał mi: „Zobaczysz, wrócimy na ten poziom, ja to wszystko ogarnę i będzie dobrze”. Wręcz mi obiecał, że ja zacznę szybko biegać. Nie wiem skąd to wiedział, ale naprawdę jestem mu za to bardzo wdzięczna.

Gdyby ktoś Ci 4 lata temu powiedział, że w mniej niż pół roku zostaniesz dwukrotną złotą medalistką mistrzostw Polski w maratonie i machniesz życiówkę 2:26:08, co byś odpowiedziała? 

Uśmiechnęła bym się i stwierdziła, że ma poczucie humoru. 

Zdjęcia: Marta Gorczyńska 

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.