6 sierpnia 2012 Redakcja Bieganie.pl Sport

„Miałem swój styl” – wywiad z Pawłem Czapiewskim


Rekordzista Polski (1:43.22), mistrz Europy z hali, brązowy medalista MŚ, olimpijczyk z Pekinu, sześciokrotny mistrz Polski na 800 m. Jeden z najbardziej charakterystycznych i najbardziej utalentowanych polskich biegaczy. Idol Adama Kszczota, przyjaciel Marcina Lewandowskiego. W tym roku 34-letni Paweł Czapiewski zakończył karierę.

Kusy___467_.JPG
Paweł Czapiewski

Obudziłeś się dzień po zakończeniu kariery i co pomyślałeś?

Wreszcie! W ostatnich latach ciężko mi już szło. Z wiekiem witalność i energia na trening zmniejsza się, czułem, że to nie jest to. Liczyłem, że któregoś dnia to się odwróci, bo parę razy w karierze miałem takie zwroty. Po trzech miesiącach "lipy" budziłem się i była "lufa". Skończyło się, ale byłem na to przygotowany od kilku lat. Zakończyłem po prostu moją sportową agonię.

No, ale chyba nie do końca była to, jak mówisz, agonia. Przed sezonem udzieliłeś w wywiadu, w którym zapowiadałeś, że „odpalisz za pięć dwunasta”, że stać cię na start w Londynie. Musiałeś mieć jakieś podstawy, aby tak powiedzieć.

Powiedziałem, że będę walczyć do za pięć dwunasta, wywiad nie był autoryzowany. Powiem szczerze, że miałem takie podstawy, bo moja kariera właśnie tak wyglądała. W roku 2001 byłem tak słaby, że nie dawałem rady zrobić treningu na siłowni, ani nawet dotrzymać na rozbieganiach kroku dziewczynom. Nie wiedziałem co się dzieje. Słabość utrzymywała się do maja. Po zjeździe z obozu w Font Romeu pobiegłem marne 1:51 i byłem załamany. I nagle ciach! Pobiegłem 1:45, a skończyło się na 1:43 i medalu Mistrzostw Świata. Wiele miałem takich sytuacji, że nie szło, nie szło i nagle bez wyraźnej przyczyny odblokowywałem się i zacząłem biegać na poziomie. Łudziłem się, że może będzie tak samo w tym roku, ale niestety. Tym bardziej, że akurat w czasie gdy tego wywiadu udzielałem po trzech ciężkich miesiącach zaczęło mi się w końcu dobrze biegać. Więc byłem przekonany, że idzie forma.

A jak to właściwie jest, dobry zawodnik to rutyniarz, czy ktoś bardzo dobrze skoncentrowany, albo po prostu młody wilk? Jak to było u ciebie w najlepszych latach?

Mi wszystko zawsze przychodziło samo. Nie musiałem się zbytnio koncentrować, napinać, że muszę, nigdy nie byłem nawet skoncentrowany na celu. Pamiętam, miałem nawet przed zdobyciem medalu MŚ taką rozmowę z Piotrkiem Rysiukiewiczem. Mówił mi, że nigdy nie osiągnę sukcesu, jeśli nie będę miał wyznaczonych celów, ja spierałem się, że wystarczy mi to, że chcę być lepszy. Dwa tygodnie później przywiozłem medal z Edmonton. Jeśli chodzi o rutynę, to wszystko wchodzi w krew. Cały mój problem polegał na tym, że dopóki wszystko szło elegancko, jak po sznurku do 2002 roku, to po trzech latach kontuzji zagubiłem swoją rutynę. Nie potrafiłem wrócić do wieloletniego rytmu, który składa się na cały wynik sportowy. Brakowało mi wieloletnich cykli przygotowawczych, tego impetu, ciągnącego do przodu. W ostatnich latach właśnie tego mi bardzo brakowało. Wcześniej robiło się wszystko naturalnie, bez zbytniego napinania się. Teraz, biorąc pod uwagę wszystkie elementy składowe, nie byłem gorszy niż w poprzednich latach. Co więcej, w tym roku na treningach byłem najlepszy pod względem szybkościowym. Miałem petardę w nodze, ale po 600 m zawsze odcinało mi prąd. Coś zmieniło się w organizmie. Wszystko szło dobrze, dopóki z prędkością startową nie trzeba było przebiec powyżej 300 m.

Kusy___586_.JPG
Adam Kszczot z Pawłem Czapiewskim podczas Memoriału Kusocińskiego w Szczecinie
(fot. Aleksandra Szmigiel/bieganie.pl)

Trenowałeś u Zbigniewa Króla. Czy mimo kontuzji w ostatnich latach dobrze wspominasz waszą współpracę?

Ja w ostatnich latach nie miałem kontuzji, ostatnia przytrafiła mi się 6 lat temu. Ale to tak na marginesie. Ja bardzo sobie współpracę z trenerem Królem chwaliłem, uważam, że był jedynym trenerem, u którego mogłem wskoczyć na taki poziom. A kontuzje były efektem podjęcia ryzyka. Świadomie podjętego ryzyka. Gdybym go nie podjął, to tak jakbym nie chciał biegać na wyższym poziomie. Musiałem biegać z ostrej siły, biomechaniki, długiego kroku, bo fizjologicznie nigdy nie byłem fenomenem. Poza tym wiem, jak fenomenalnie potrafił przygotować mnie do Igrzysk w Pekinie. Po tych wszystkich latach problemów potrafił to wszystko tak poukładać, że udało mi się zbudować życiową formę. A to przecież nie jego wina, że na Igrzyskach pobiegłem jak młodzik. Gdybym wykorzystał tam to co dał mi trener, to ocena mojej kariery, ale też i jego roli, byłaby zupełnie inna. Więc często słyszane uwagi, że zmarnował mi karierę uważam za całkowicie nieusprawiedliwione.

Tak, ale przytrafiła się tobie typowa kontuzja w teamie Króla – zmęczeniowe złamanie kości i potem problemy z rozcięgnem…

Jaka tam typowa? Złamanie przytrafiło się tylko mi i Reni Pliś. Ja trenowałem z Królem kilkanaście lat i tylko raz mi się to przytrafiło. No a chyba taka kontuzja powinna mi się  przytrafiać częściej gdyby to bezpośrednio z treningu wynikało. Bo tak to już jest z kontuzjami – żeby się pojawiły sporo rzeczy musi się zgrać. Spory jest też w tym udział zawodnika, przynajmniej w moim przypadku.

A co do typowych kontuzji u Króla – na pewno rozcięgno podeszwowe i Achilles są dużo wyżej. Ale są to kontuzje typowe dla biegaczy, między innymi tych z naszej grupy. Może rzeczywiście statystycznie częściej się u trenera Króla niż u innych trenerów problemy z kontuzjami zdarzają. Ale statystycznie częściej również zdarzają się sukcesy.

Czy trener Król umie zaczarować swoich zawodników? Są sukcesy, ale potem porażki, gdy przychodzi kontuzja (w tym roku np. Pokrop, Broniatowska, Pliś, Michalak, Frankiewicz) Potem, nawet gdy biegacze mają ciężkie kontuzje, to go sobie chwalą i twierdzą, że problemy ze zdrowiem to nie wina szkoleniowca. Gdy miałeś kontuzję, to zawsze była twoja wina, a nigdy trenera?

No nie powiem, że był całkiem bez winy. Szczególnie gdy miałem problemy z rozcięgnem szukał tylko tych lekarzy, którzy powiedzą, że przerwa nie ma sensu. Że to samo przejdzie. Ale  to jest problem większości trenerów bo ciśnienie jest niestety duże, każdego roku trzeba się potwierdzać i trzy-miesięczna u czołowego zawodnika to chyba jeden z gorszych koszmarów, jaki się może przyśnić każdemu trenerowi.

A  co do czarowania – to żadne czary. Między sobą oczywiście na niego narzekamy, jak wszyscy zawodnicy na swoich trenerów. Ale chyba każdy z nas widzi, że we współpracy z trenerem Królem jest więcej plusów dodatnich niż ujemnych, jak to pewien klasyk mawiał.

Pamiętasz swój „trening życia”? Jak to mawiają biegacze…

Jeśli za trening można uznać sprawdzian, to zdecydowanie mój bieg na 600m na 6 dni przed startem w IO. 1:14,5 to był dla mnie szok. W analogicznym okresie przed Edmonton było to 1:15,7. poza tym już nigdy 1:16 nie połamałem, choć biegałem wiele razy. Mówiąc o życiowej dyspozycji przed Pekinem mam na myśli głownie ten trening.

Gdy patrzysz na swoją karierę, myślisz, że coś oprócz kontuzji jeszcze w niej „nie zagrało”?

Zabrakło mi czegoś takiego jak u Marcina Lewandowskiego, czyli profesjonalizmu. Po pierwsze pomysłu na karierę. U mnie była manufaktura, nie miałem kogoś, kto ułożyłby mi te sprawy. Trener Król nie jest takim typem człowieka jak Tomek Lewandowski, który wszystkiego dogląda. Z kolei ja też nie należę do osób, które by to wytrzymały i dały sobie narzucić taki styl. Nie chciałbym żeby trener ingerował mi w pewne rzeczy. Brakowało mi na pewno fizjoterapeuty, który zadbałby, abym nie miał kontuzji. A moim zdaniem podstawą sukcesu w fizjoterapii jest spójność i permanentność. W moim przypadku jeszcze obowiązkowość.  Sam zawodnik, zmęczony 13-treningami w tygodniu nie ma siły na załatwianie innych spraw poza bieganiem. Marcin i Adam maja taką opiekę, ja niestety nie miałem nikogo, kto prowadziłby mnie za rękę. A czasami pociągnął za uszy.

MP_bielsko_biala__21_.JPG

Kontuzje, ciągłe problemy ze zdrowiem. Za co w takim wypadku można lubić bieganie?

Nie wiem za co, bo ja nie lubię biegania. Bieganie jest męczące przede wszystkim,a ja nie lubię się męczyć. Należę do tej grupy zawodników, którzy nie wybrali biegania, ale to ono wybrało nas. Nigdy nie planowałem, że będę biegać. To po prostu było mi pisane. Wyróżniałem się zresztą od początku. Bakcyla biegowego złapałem nie dlatego, że to lubiłem, ale dlatego, że byłem dobry. Potem oczywiście polubiłem mój styl życia, tę całą otoczkę, bycie sportowcem.

No i byłeś rozpoznawalny. Charakterystyczne długie włosy, styl biegania, doskonały styl zwyciężania – finisz z 200 m. Do dziś nazywa się go „finisz a la Czapi”.

(śmiech) Uważam, że miałem duży potencjał medialny. Charakterystycznie wyglądałem, charakterystycznie  biegałem  – takich ludzi się kojarzy. Ale żeby go wykorzystać musiałbym 6-7 lat biegać na swoim najwyższym poziomie. A z tym był niestety problem. Więc ta moja pozaśrodowiskowa rozpoznawalność jest obecnie nikła. Ale może to i dobrze – anonimowość zdecydowanie bardziej mi pasuje.

Jesteś olimpijczykiem z Pekinu. Twój bieg eliminacyjny na 800 m potoczył się dość nieszczęśliwie…

Biegłem w trzecim biegu, w którym jak zwykle czaiłem się z tyłu i się niepotrzebnie wyłączyłem. A jak się okazało, że koło mieliśmy w 56 sekund, czyli potwornie wolno, to niestety straciłem głowę. I zamiast poczekać ruszyłem jak głupi z trzysetki, a nawet 50 m wcześniej bo jeszcze musiałem z ostatniej pozycji na pierwszą przeskoczyć. No i Mulaudzi (m.in. mistrz Świata z 2009) i Rimmer (wicemistrz Europy z 2010) przetrzymali mnie i powsadzali mi głowy na kratach. Awans przegrałem o 0,02 a błąd kosztował mnie co najmniej pół sekundy.

Ale to był też efekt dwóch tygodni spędzonych w wiosce olimpijskiej. Wypalałem się powoli w oczekiwaniu na start w tym emocjonalnym tyglu, jakim z pewnością wioska jest. I na starcie brakło skupienia, pełnej motywacji i chłodnej głowy.

I tylko najgorsze w tym wszystkim było to, że nie dano nam swobody wyboru miejsca ostatniej fazy przygotowań. Kilka osób zagrało wtedy nie fair. Reasumując –nie wiem jak by się ten turniej potoczył gdyby nie te 2 setne. Może bym odpadł w półfinale, może walczyłbym w finale. Może bym wygrał. Najgorsze w tym wszystkim będzie to gdybanie do końca życia. Ale cóż, to akurat mój problem, a nie tych panów.

A co będziesz oglądać w tv podczas IO w Londynie?

Nie jestem pewny czy będę w ogóle oglądał, trochę mnie to jednak  stresuje. Gdy nie mogłem jechać na IO w Atenach i Sydney, a w telewizji widziałem uśmiechniętych sportowców, to cierpiałem, prawie ryczałem. Teraz na szczęście już mnie to nie interesuje. Obejrzę zapewne naszych miotaczy, 800-metrowców.

Czyli „nie boli” cię to już, że nie pojechałeś na Igrzyska?

Nie. Jestem już pogodzony. Kiedyś, gdy patrzyłem na skład reprezentacji na IO w Atenach, to dręczyło mnie, że nie ma mnie na liście, świat się walił. Na szczęście byłem na IO w Pekinie, bo gdybym nie został olimpijczykiem to na pewno nie byłbym spełniony. Cieszę się, że na tegorocznych IO 800 m będzie na pewno ciekawą konkurencją, będzie co oglądać!

A gdzie jest twój dom?

Wynajmuję mieszkanie w Krakowie. To, że nie szło mi w sporcie, było też przez to, że nie szło mi w życiu… Doświadczyłem kuriozalnych problemów, bardzo poważnych. Od 2003 roku miałem kłopot, żeby skupić się na sporcie, to było bardzo złe. Na zakończenie kariery mogę powiedzieć, że nie jestem do końca spełniony sportowo, ale i też życiowo. Nie mam zbyt komfortowej sytuacji, jaką mógłbym mieć, kończąc karierę. Nie chcę o tym za bardzo mówić, ale doświadczyłem naprawdę mocnych, życiowych fajerwerków.

Kobiety także namieszały w twoim życiu?

Tak, kobiety namieszały, chodziło też o sprawy biznesowe. Różowo nie było, ale nauczyłem się z tym żyć. Mówiąc żartem, dlatego właśnie chciałem zdobyć medal w Londynie, aby problemy się rozwiązały (śmiech). Jednego mogę być pewny: Po zakończeniu kariery moje życie będzie nadal pełen wyzwań.

Wielu kibiców mówi mi, że bez ciebie na stadionie będzie jakoś tak „łyso”…

No właśnie wiele osób mnie zaskakuje, gdy dziwi się, że kończę biegać. To miłe, że niektórzy wciąż we mnie wierzyli, mimo słabych występów. Cieszę się, że w jakiś sposób zapisałem się w świadomości kibiców, że w środowisku biegowym byłem osobą charakterystyczną. Na szczęście 800 m nie pozostaje pustą konkurencją, bo mamy Adama i Marcina. Będzie mi brakować trochę obozów, środowiska biegaczy, w którym się obracałem. I wszystkim mówię, że to nie ja zrezygnowałem ze sportu, ale sport ze mnie.

W tym sezonie zdarzało ci się schodzić z bieżni. Nie kończenie biegów w twoim przypadku miało podłoże psychiczne czy fizyczne?

W tym przypadku kierowałem się przysłowiem, że „Z g…a bicza nie ukręcisz”. 800m jest takim dystansem, w którym mocna psychika nie ma nic do rzeczy. Bo albo noga podaje i wszystko jest ok., albo nie i wtedy naprawdę nic nie zrobisz. Schodzenie przytrafiało mi się przez całą karierę więc nie jest to coś, co się przyplątało do mnie ostatnio. I nigdy nie było związane ze strachem przed cierpieniem ale raczej z kalkulacją. Bo po co piłować i się szarpać po jakiś wynikowy ochłap. A że ostatnio schodziłem częściej ? No cóż, częściej po prostu nie szło.

Akurat stałam obok, gdy podczas Mistrzostw Polski na 300 do mety zszedłeś w finale 800 m. Jako twój kibic byłam na ciebie zła.

No tak. Żałuję, że zszedłem na Mistrzostwach Polski. Śmieję się, że byłem tak mocny, że mnie po prostu wyrzuciło z łuku. A tak na poważnie to ledwie wszedłem do tego finału i jak już tam wszedłem to mogłem jednak dolecieć na ostatnim miejscu, bo finał Mistrzostw Polski to jednak inna sprawa. Ale cóż, to się wszystko dzieje w ułamku sekundy. Może za bardzo już mi to złażenie weszło w krew.

Nastąpiło przewartościowanie? Czyli, że ósme miejsce w finale MP nie byłoby dla ciebie żadnym sukcesem?

Tak, gdy się tak czuje, to wtedy nie ma już o co walczyć. Byłem jednak bardzo zły, wyrzuciłem nawet kolce do śmietnika.

No ładnie… A jakie buty w takim razie miałeś podczas Memoriału Kusocińskiego w Szczecinie?

Na ostatnim biegu miałem na sobie najlepsze kolce, te, w których w Wiedniu zdobyliśmy trzy złote medale Halowych Mistrzostw Europy. Marek Plawgo swoje zgubił po eliminacjach, a że biegaliśmy w identycznych, to mu w półfinale i finałach pożyczałem swoje. Było z tym kupę problemów, bo w ostatnim dniu najpierw Marek biegał finał 400m, potem ja finał 800m,a potem on jeszcze sztafetę. Różnice czasowe były nieduże, a logistycznie też nie było lekko, bo na takiej imprezie nie jest łatwo się poruszać między strefami. Na szczęście doktor Marek Prorok jakoś dał sobie radę. Coś w tych kolcach musiało być, bo gdy pół roku później na ME w Monachium Markowi ciężko szło w eliminacjach to na finał też ode mnie je pożyczył. Przybiegł czwarty. Ja niestety potem też i do dziś nie wiem jak to się stało, bo nie miałem prawa być dalej jak drugi. I jak tu nie wierzyć w istotną rolę kolców?

Fajna historia. Masz jakieś przewidywania odnośnie biegów na 800 m na IO? Jak według ciebie wypadną nasi i czy Rudisha nie zawiedzie?

Rudisha pewnie wygra. To chyba najbardziej murowany faworyt spośród wszystkich konkurencji. Choć, jak mówią, kiedyś podczas turnieju brydżowego w Bombaju As atutowy nie wziął. Więc może, jak to w sporcie, i tutaj niespodzianka się przytrafi. A co do naszych chłopaków  – mocno wierzę w podwójny finał. A o medal będzie potwornie ciężko. Choć trzeba powiedzieć, że historia igrzysk pokazuje, że ostatnio wcale tak ciężko o medale nie było, jak to się przed rozpoczęciem igrzysk wydawało. I na to liczę tym razem.

Twoje pożegnanie z kibicami i bieganiem było wspaniałe. Wiem, że słyniesz także z świetnego poczucia humoru. Może opowiesz na koniec kawał?

Przykro mi, ale właśnie przyszły mi do głowy same nie do opublikowania (śmiech).

LINK do fenomenalnego biegu Pawła Czapiewskiego podczas ME w Wiedniu