28 kwietnia 2013 Redakcja Bieganie.pl Sport

Marika Popowicz, królowa polskiego sprintu


1 lipca 2012 o 17:05 podczas Mistrzostw Europy w Lekkoatletyce rozległ się strzał. Ruszyło osiem kobiet na pierwszych zmianach sprinterskich sztafet. Niecałe 44 sekundy później trzy z nich skończyło z medalem ME. Wśród nich była także Polka – Marika Popowicz.

 

 

marika1.jpg

 

Marika dynamicznie pokonała swój dystans przekazując pałeczkę Darii Korczyńskiej. Zawodniczka Śląska Wrocław również pobiegła świetnie. Tego dnia wszystko pracowało, jak w szwajcarskim zegarku. Dobra zmiana i bieg Marty Jeschke utrzymały wysoki poziom optymizmu u polskich kibiców. Do mety coraz bliżej, tartan stawał się coraz bardziej gorący, miało się wrażenie, że pali w stopy Ewelinę Ptak, która pędziła do mety uciekając przed poliuretanowym żywiołem. Wystarczyły 43.06 s. by dziewczyny znalazły się w sportowym raju.

 

Siedzący przed telewizorem kibic przegryzając kolejnego chipsa i popijając go gazowanym napojem myśli: „…jak one mają dobrze, robią to, co lubią trochę pobiegają i jeszcze im za to płacą. Medale, sława, wywiady, pieniądze, tylko pozazdrościć…”. Ale czy w jego głowie zaświta także myśl ile wyrzeczeń, potu i łez kosztował ten sukces?!

marika popowicz 1
Podium w Helsinkach (fot. archiwum prywatne zawodniczki)

Jedną z bohaterek tamtego dnia była Marika Popowicz. Od dwunastu lat mieszka w Bydgoszczy, ale zawsze chętnie wraca w rodzinne strony do Kruchowa – małej miejscowości pod Trzemesznem (nadal jest tam zameldowana).

 

Czytelnikom portalu Bieganie.pl Królowa polskiego sprintu opowiada m.in. o początkach przygody ze sportem, miłości do speedwaya oraz ludziach, których spotkała na swojej drodze. 

 

Poznajcie najważniejsze słowa Mariki Popowicz: 

KRUCHOWO. Staram się tu wracać, kiedy tylko mogę. To świetna odskocznia dla mnie. Mieszkają tu moi rodzice, ale mam tam również wielu znajomych z czasów szkolnych i oczywiście najwierniejszych kibiców. Dziś już nie znam tam wszystkich, gdyż 12 lat mieszkam w Bydgoszczy, a miejscowość się zmienia. Pewnego razu, gdy byłam w sklepie w Trzemesznie, podeszła do mnie nieznajoma dziewczynka, która powiedziała, że mocno mi kibicuje i zawsze trzyma kciuki za mnie. Gratulowała mi medalu na Mistrzostwach Europy. Byłam w wielkim szoku i nie wiedziałam, jak się zachować. Kupiłam jej czekoladę i mocno wycałowałam. To była bardzo miła sytuacja dla mnie i poczułam, że to co robię ma sens, że może dać też trochę radości innym.
SPORT. Od zawsze był moją pasją. Regularnie brałam udział w zawodach sportowych reprezentując Szkołę Podstawową w Kruchowie, a później Szkołę Podstawową nr 2 w Trzemesznie. Nie tylko biegałam, grałam również w siatkówkę i unihokej. Bardzo chętnie uczęszczałam na SKS-y i startowałam w różnego rodzaju zawodach szkolnych, gminnych i powiatowych. W domu nikt nie trenował, ale tata jest sportowym omnibusem. Posiada ogromną wiedzę na temat sportu, interesuje się prawie każdą dyscypliną. Ja także byłam wierną fanką speedwaya, kibicowałam żużlowcom Startu Gniezno, pierwszy raz zasiadłam na stadionie żużlowym jak miałam 3 lata, a moim pierwszym idolem został nieżyjący już Czech Antoni Kasper.

_123.JPG

RODZICE. Dziś z perspektywy czasu uważam, że mam szalonych i odważnych rodziców. Kiedy przenosiłam się do Bydgoszczy miałam zaledwie 13 lat, mimo tego rodzice bardzo mi ufali i wierzyli we mnie. Jestem im bardzo wdzięczna. Podziwiam ich, ja nie wiem, czy puściłabym swoje dziecko 100 km od domu do obcego miasta. Dziś są bardzo dumni ze mnie, myślę, że nie żałują swojej decyzji. Zaimponowała mi wtedy moja Mama – zawsze wydawała mi się krucha, a wtedy stanowczo powiedziała, że nie mam się martwić, że przekona Tatę. Zresztą Tata już wtedy, kiedy zdobyłam pierwszy medal na Mistrzostwach Polski młodzików mówił, że mogę z podniesioną głową wracać do domu. 

Uważam, że można wybrać drogę, którą się kroczy, ale nie ludzi, których się na niej spotyka – wszędzie spotkałam ludzi, którzy mną pokierowali i bardzo mi pomogli. Dawno temu, bliski memu sercu, ale niestety nieżyjący już dziś dyrektor Szkoły Podstawowej nr 2 w Trzemesznie zobaczył w wakacje jak gram w koszykówkę i stwierdził, że za wszelką cenę muszę trafić do jego szkoły, bo będę potrzebna w rozgrywkach międzyszkolnych. Dyrektor każdego dnia woził mnie do szkoły i odwoził po zajęciach do domu. Przez dwa lata to nawet wszyscy myśleli, że jestem jego córką. Ważną postacią był także nauczyciel wychowania fizycznego z Trzemeszna. To on stwierdził, że warto, abym kontynuowała swoją przygodę sportową na wyższym poziomie, że warto coś z tym zrobić, gdyż są ciekawe widoki na przyszłość. W tym czasie brat mojej mamy (nie lubi, gdy nazywam go wujkiem – jest tylko 10 lat starszy), który opiekował się piłkarzami Zawiszy Bydgoszcz dowiedział się, że jest prowadzony nabór do szkoły w Bydgoszczy. Postanowiłam się sprawdzić i przyjechałam na testy. Chyba wypadły pomyślnie, gdyż trener powiedział rodzicom, by składać papiery do szkoły. Miałam trzy dni do namysłu, właściwie to rodzice mieli. I tak trafiłam pod skrzydła Jacka Lewandowskiego, z którym współpracuję do dnia dzisiejszego. Czasem mu jeszcze wypominam, że z wszystkich osób, które się zgłosiły, tylko ja miałam robione testy (śmiech).

TRENER. Dd 12 lat ten sam, Jacek Lewandowski; jeśli miałabym go opisać jednym słowem to wybrałabym: charyzmatyczny. Nauczył mnie, że na sukces składa się przede wszystkim ciężka praca i wytrwałość, on wierzy, gdy inni już dawno zwątpili, a co dla mnie najważniejsze razem świętujemy sukcesy i razem przeżywamy porażki.

marika popowicz 4
W wiosce olimpijskiej w Londynie (fot. archiwum prywatne zawodniczki)

BYDGOSZCZ. Zamieszkałam u wspomnianego „wujka”. Rodzice zaufali także jemu, gdyż jak wspominałam jest tylko 10 lat starszy ode mnie. Mieszkałam w Fordonie (dzielnica Bydgoszczy) i wiedziałam tylko, na którym przystanku mam wsiąść i wysiąść, by dojechać do szkoły i na Zawiszę. Pochodzę z małej miejscowości, wtedy świat stanął przede mną otworem. Początki w klubie to bardziej zabawa niż trening, Z dzisiejszej perspektywy uważam, że nie trenowałam, a ruszałam się tylko. Początkowo trzy treningi, potem cztery. Pierwsze dwa, trzy lata to maksymalnie trzy obozy w roku. Po pół roku chciałam nawet wracać do domu. Brakowało mi zawodów. Tylko trening i trening. Na pierwszy sprawdzian na zawodach musiałam czekać prawie rok.
TRENING. Na treningu zawsze skupiam się tylko na sobie, na tym, żeby wykonać go najlepiej jak potrafię. Nie myślę, co w tym czasie robią rywalki. Mierzę się ze sobą, na walkę z rywalkami przyjdzie czas na bieżni. Myślenie o innych, o tym jak trenują, zabiłoby we mnie radość z biegania. Człowiek moim zdaniem nie jest stworzony do ciągłej rywalizacji. Chodzi o to, by pokonywać siebie i swoje granice. Cieszę się, gdy zrobię to, co wcześniej było dla mnie niemożliwe. Po dobrym treningu wracam do domu jak na skrzydłach. On daje mi siłę, radość i jest mobilizujący. Czasem zdarzają się kryzysy, ale uważam, że są one po to, aby je przezwyciężać. Tutaj cierpliwość i wytrwałość są w cenie.

TRENING GRUPOWY. Nie wyobrażam sobie samotnego trenowania. W grupie jest lepiej, jest pozytywna rywalizacja. Jedna osoba mobilizuje drugą. Trening w grupie sprzyja podnoszeniu swoich umiejętności. Wydaje mi się, że dajemy z siebie wtedy o wiele więcej. Jestem osobą, która uwielbia dużo mówić, więc samotne obozy nie są dla mnie (śmiech). Jeśli widzę, że ktoś może i potrafi, to dlaczego ja mam tego nie zrobić? Praca w grupie pozwala przekraczać własne bariery. 

marika popowicz 5
Z koleżankami z reprezentacyjnej sztafety (fot. archiwum prywatne zawodniczki)

SPRINT. Trwa krótko, ale wywołuje wiele emocji, tu jeden błąd kosztuje wiele. Fascynuje kibiców, gdyż tu na stu metrach zawiera się wszystko, siła, szybkość, moc. Albo przekraczasz metę i jesteś najszybszy albo nikt Cię nie zapamięta.

SZTAFETA. To specyficzna konkurencja. Wzbudza kontrowersje i ogromne emocje. W Helsinkach stres sięgał zenitu, ponieważ była to ostatnia szansa na zakwalifikowanie się na Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Miałyśmy pełną świadomość, że tu wszystko musi być wykonane perfekcyjnie. Mały błąd i w ułamku sekundy, jak bańka mydlana pękają wszystkie marzenia. Składowych sukcesu jest bardzo wiele. Najczęściej zawodzi czynnik ludzki. Przeżyłam to na własnej skórze w Daegu, gdzie zgubiłyśmy pałeczkę. Tutaj pracuje się na sukces całej drużyny.

RPA. Byłam już cztery razy. Uwielbiam tam jeździć, nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy. Zawsze jest bardzo ciepło, co jest niezwykle ważne w sprincie i nawet, kiedy pada, to jest to przyjemny i orzeźwiający deszcz. Są tam świetne bazy treningowe, bardzo dobre jedzenie, ludzie są niezwykle życzliwi. Tamtejsze warunki zawsze wpływają na mnie pozytywnie. Mogę góry przenosić. Po prostu…kocham to miejsce.

marika popowicz 3

MISTRZOSTWA POLSKI. Wciąż czuję stres, gdy staję na starcie. Podchodzę do nich ambicjonalnie. Są niezwykle ważne w moim kalendarzu. Tu poza walką o medale, zazwyczaj jest także walka o minima. Nie odpuszczam MP, nie wyobrażam sobie nie brać w nich udziału. Kiedyś z powodu kontuzji nie mogłam wziąć udziału w biegu na 200 m, siedziałam na trybunach i aż się we mnie gotowało. Miano najlepszej sprinterki w Polsce jest zawsze bardzo kuszące. 
WOJSKO. Jestem żołnierzem zawodowym. Tu również wymaga się wyników, zresztą jak wszędzie – za zrobioną pracę jest zapłata. Mistrzostwa wojskowe to okazja do kolejnych startów, możliwość rywalizowania i sprawdzenia się w silnym gronie. Zawody są coraz mocniej obsadzane, poziom ciągle rośnie, a medale tam zdobyte są tak samo ważne, jak w innych zawodach.
PIŁKARZE MAJĄ LEPIEJ. Absolutnie tak nie uważam i nie zazdroszczę sportowcom z innych dyscyplin. Świadomie wybierałam lekkoatletykę. Wychodzę z założenia, że nikt nikomu nie zabrania uprawiania danej dyscypliny. To indywidualny wybór. Animozje między różnymi dyscyplinami są niepotrzebne. Nie można winić piłkarzy, czy siatkarzy, że dużo zarabiają. Skoro ktoś chce im tyle płacić, to piłkarz ma powiedzieć: przepraszam, ale nie będę tyle zarabiał, bo lekkoatleta ma mniej, może pan mu odda? Jeżeli nam by dawano takie pieniądze, to też byśmy je brali, to logiczne. Tak po prostu działa ta maszyna. Nie ma się co obrażać, trzeba robić swoje.
W LONDYŃSKICH BLOKACH. Igrzyska emocjonalnie dały mi popalić. Debiutowałam w takiej imprezie, bardzo pomogła mi bardziej doświadczona koleżanka, która nastawiła mnie na to, co mnie będzie czekać. Wielki szum, mnóstwo ludzi, uczucie nie do opisania. Mimo tego potrafiłam się tak wyłączyć, że usłyszałam tylko sygnał startera. Byłam bardzo skupiona, widziałam tylko znicz olimpijski, pałeczkę, swój tor i Darię. Jak się zatrzymałam i zobaczyłam to, co się dzieje wokół mnie, to miałam ochotę usiąść na płycie boiska i nie schodzić, aby do ostatniej sekundy chłonąć to wszystko, co się dzieje. Niesamowite uczucie, gdy 80 tys. ludzi na stadionie ogląda Twoją rywalizację… 

marika popowicz 2
W Londynie (fot. archiwum prywatne zawodniczki)

KRZYK. Nie wiem kto i kiedy przypiął mi łatkę największej krzykaczki (śmiech). Po prostu się cieszę i w taki sposób wyrażam radość. Fajnie, że jestem rozpoznawalna z takiego powodu, a nie na przykład z rzucania kolcami (śmiech). Jestem bardzo żywiołową osobą i ekspresywnie wyrzucam z siebie emocje. Krzyk jest oznaką tego, że to co robię sprawia mi ogromną frajdę.

ZAWISZA. To nie tylko klub, to ludzie, którzy go tworzą. Kawał mojego życia. Cieszę się, że mogę być częścią tak niezwykłej, sportowej rodziny. Pół żartem, pół serio bliska może mi być przyśpiewka „od kołyski, aż po grób jeden klub".
Marika to bardzo sympatyczna i elokwentna osoba. Ciekawostką jest fakt, że studiuje dziennie dziennikarstwo na UKW w Bydgoszczy. Czas w jej towarzystwie płynie niezwykle przyjemnie i niestety szybko. Po spotkaniu zawodniczka bydgoskiego Zawiszy udała się do hali, gdzie czekał ją dwugodzinny trening z Dariuszem Kuciem, pod okiem trenera Lewandowskiego.
Redakcja Bieganie.pl