New Balance 1080v12
 
28 lipca 2010 Redakcja Bieganie.pl Sport

Maraton Gór Stołowych – Czy rzeczywiście najtrudniejszy?


start1
zdjęcie: Monika Strojny trailrunning.pl


Maraton Gór Stołowych
Janek Goleń (Jang)

10 lipca 2010 r. w ramach cyklu Salomon Trail Running rozegrano po raz pierwszy Maraton Gór Stołowych. Bieg ten aspiruje do miana najtrudniejszego maratonu w Polsce. Miałem zaszczyt być jego uczestnikiem i przyznaję, że aspiracje te mają bardzo mocne podstawy.

Organizatorami imprezy są dwie firmy promujące niekonwencjonalny wypoczynek. Pierwsza z nich to Biuro Turystyki Aktywnej KOMPAS, której właściciel Maciej Sokołowski jest dzierżawcą schronisk Pasterka i Na Szczelińcu w Górach Stołowych. Pełnił on funkcję kierownika zawodów. Druga firma EXPLORIS należy do Piotra Hercoga, głównego sędziego i budowniczego tras. Sponsorzy to Salomon i Suunto.

Trasa biegu była wyjątkowo wymagająca, w większości poprowadzono ją na terytorium Republiki Czeskiej. Start usytuowano po polskiej stronie w pobliżu schroniska Pasterka – głównej bazy zawodów i miejsca zakwaterowania większości uczestników biegu, na wysokości 700 m n.p.m.

mapa gorstolowych

Ruszyliśmy o 10.00 rano w upale, temperatura już wtedy chyba przekraczała 30 stopni. Pierwszy kilometr był pozbawiony drzew, raczej pod górę, na polnej drodze wśród łąk było jak w piekarniku. Potem biegliśmy już w cieniu lasu długim, dwukilometrowym, stromym zbiegiem, którym zeszliśmy na wysokość 550 m n.p.m. Dalej było jeszcze bardziej strome podejście, na którym nikt już nie biegł. Na kilometrowym odcinku odrobiliśmy w pionie jakieś 170 m. Nawet nie zauważyłem, kiedy znaleźliśmy się po czeskiej stronie.

Droga zamieniła się w ścieżkę wijącą wśród bloków piaskowca. Przez bardziej podmokłe fragmenty poprowadzono podesty z grubych drewnianych bali, które właśnie były modernizowane. Krzepcy panowie dźwigający olbrzymie kłody pozdrawiali nas krótkim „ahoj”, podobnie jak nieliczni czescy turyści. Odpowiadałem tak samo. Ścieżka jest już praktycznie bardzo wąskim skalnym korytarzem między pionowymi skalnymi ścianami.

Skaczemy po skałach i splątanych korzeniach, czasem po wykutych w piaskowcu schodkach, na zmianę w górę i w dół. Ależ to kręci, moje trailówki dobrze trzymają podłoże, nie wiadomo, co będzie dziesięć metrów dalej. Gdy trafi się na wolniej poruszającego się biegacza przed sobą, robi się zator. Trudno też wyprzedzać uczestników maratonu wyposażonych w kijki trekkingowe, można nadziać się na śmigający w powietrzu szpikulec. Albo ustępują miejsca i schodzą na bok, albo trzeba czekać na szerszy kawałek. Znowu bardzo strome zejście, prawie 200 m różnicy wysokości na niespełna kilometrowym odcinku.

Dobrze, że w ciągu godziny poprzedzającej bieg wciągnąłem w siebie półtoralitrową butelkę lokalnej wysokozmineralizowanej wody. Mam też na plecach pełen camelback takowej i małą buteleczkę z rozpuszczoną maltodekstryną (łatwo przyswajalne węglowodany). Jak na razie pragnienie mi nie dokucza, czego nie można powiedzieć o wielu innych uczestnikach maratonu. Większość nie ma plecaków, niektórzy tylko targają w rękach bidony. A pierwszy bufet jest na dziesiątym kilometrze, docieram do niego mniej więcej po półtorej godziny „biegu”.

rusek1
zdjęcie: Monika Strojny trailrunning.pl

Bufet ulokowano pod parasolami na łąkowym rozdrożu powyżej miejscowości Slavny, mniej więcej w środku skalnego pasma Broumovske Steny objętego rezerwatem przyrody. Obok bufetu stoi samochód terenowy polskiego GOPR-u, bo w tych warunkach pogodowych nietrudno o konieczność interwencji. Zatrzymuję się tu na chwilę, bardzo kuszące są kawałki pomarańczy i ananasów. Napawam się nimi, uzupełniam wodę w camelbacku.

Dogania mnie Ania Dobkowska (And), koleżanka klubowa w takiej samej jak ja żółto-czerwonej koszulce. Zatrzymuje się przy bufecie tylko na kilkadziesiąt sekund i rusza dalej przede mną. Zapinam camelback i także zaczynam bieg, ale niełatwo ją dogonić. Ania świetnie się wspina, za to ja jestem szybszy na zbiegach. Przekonałem się o tym dwa lata temu, kiedy w zespole startowaliśmy w Biegu Rzeźnika. Zbliżam się powoli i na dłuższym zbiegu wyprzedzam And. Tasowaliśmy się potem jeszcze kilkakrotnie.

Docieramy do wysuniętego najbardziej na północny zachód fragmentu trasy biegu, najbardziej oddalonego od polskiej granicy. To Kowalowy Wąwóz (Kovarova rokle), bardzo malownicze miejsce. Wokół widać piaskowcowe iglice kilkudziesięciometrowej wysokości, a my wspinamy się wąskim jarem, przeciskamy w kilku miejscach naturalnymi tunelami, mijamy skalne groty. Trasa wyposażona jest w drewniane podesty, metalowe poręcze i wykute w skale schody. Nasłonecznione miejsca rozgrzane są niemiłosiernie, kontrastują z chłodniejszymi o kilkanaście stopni tunelowymi odcinkami. Docieramy do położonej na końcu wąwozu na wysokości 700 m n.p.m. grupy skalnej – Sępiego Gniazda (Supi hnizdo). Nieco dalej napotykam Gudosa, który oświadcza, że właśnie mijam piętnasty kilometr i jestem na razie na 53 miejscu. Znaczy się połowa stawki. Czas około 2:10, czyli tempo nie za szybkie, ale uzasadnia je trasa i pogoda. Obstawiam, że zwycięzca Maratonu Gór Stołowych nie zmieści się w czterech godzinach.

gs
zdjęcie: Monika Strojny trailrunning.pl

Powoli robi się szerzej, ścieżka zamienia się coraz częściej w drogę, a różnice wysokości nie są tak duże. Biegniemy już z Anią razem, jak za starych, dobrych czasów. Posuwamy się wśród skalnych bloków na południowy wschód, ku granicy. Wyprzedzamy kilkoro biegaczy i znowu docieramy do bufetu koło Slavnego, tym razem jest to dwudziesty kilometr, czas 2:50. Zebrała się spora grupa, zdaje się, że niektórzy mają już dosyć i kończą tu swój udział w maratonie. Ze zdziwieniem widzę, że kilkoro biegaczy dopiero dociera do dziesiątego kilometra, o czym świadczy kierunek, z którego tu przybiegają. Znów napełniam spragnione trzewia wodą oraz kawałkami ananasa i pomarańczy. Pycha, nie mogę się opanować i wcinam kolejne porcje, a sok ścieka mi po rękach. Anka jak zwykle nie marudzi i rusza przede mną dalej. No to ją gonię.

Teraz jest otwarty, łąkowy kawałek, a nawierzchnia to roztopiony asfalt, który klei się do butów. Praży strasznie. Przed udarem chroni mnie otrzymany od organizatorów buff w jasnowrzosowym kolorze, przyozdobiony logotypami organizatorów. Bardzo fajny gadżet, zdecydowanie bardziej przydatny niż koszulka czy medal. Można go nosić na różne sposoby, ja zrobiłem z niego opaskę na czoło. Moczę buff przy każdej okazji, podobnie jak kompresyjne podkolanówki. Jedno i drugie na mokro fajnie chłodzi. Jest łagodne podejście, maszerujemy, czasem tylko podbiegamy. Wreszcie chowamy się w zbawczym lesie. Wyprzedza nas mocno opalony, muskularny, starszy biegacz z camelbackiem.

Długi i stromy zbieg prowadzi do najniżej położonego miejsca maratonu, leżącego na wysokości 450 m n.p.m. Potem trzeba to mozolnie odrabiać, jak nie ma drzew to żar się leje z nieba. Ale większość trasy jest jednak zalesiona, da się wytrzymać. Na poboczu drogi pięknie kwitną różowofioletowe, a dużo rzadziej białe naparstnice. Docieramy do granicy przy Machowskim Krzyżu, w tym samym miejscu przekraczaliśmy ją poprzednio. Jakiś czas biegniemy wzdłuż słupków granicznych, po lewej Czechy, po prawej Polska.

W pobliżu schroniska Pasterka znajduje się trzeci bufet z pysznościami, trzydziesty kilometr. Jego obsługa proponuje izotonik, ale sami nie wiedzą, jaki i wolę nie ryzykować. Wystarczy mi woda (do camelbacka oczywiście), pomarańcze, ananasy i rodzynki. Przez radio ktoś zgłasza właśnie ze Szczelińca Wielkiego, że zwycięzca przed chwilą dotarł do mety z czasem 4:18. Czyli zgodnie z moimi przewidywaniami. Ania oczywiście znów mi uciekła.

Na kolejnym długim zbiegu wyprzedzam kilku mężczyzn i prawie doganiam Anię. Moje buty dobrze sprawdzają się na pochyłościach, nie ślizgają się. Czuję się, więc dość pewnie i mogę szybko zbiegać. W ośrodku w Ostrej Górze widzę przed sobą starszego zawodnika stojącego w nienaturalnej pozie. Ma skurcze w łydce, robię mu krótki masaż rozluźniający, roztrząsam mięsień. Skurcze ustępują, więc zasuwam dalej śladem znikającej w lesie And.

maratongs
zdjęcie: Monika Strojny trailrunning.pl

Biegniemy teraz szosą wijącą się serpentynami w górę. Od czasu do czasu jest skrót ścinający zakręt przez las, ale zarówno ja jak i Ania przegapiliśmy ze dwa razy strzałkę kierującą w bok i nadłożyliśmy kilkaset metrów. Dzięki temu niedawno wyprzedzeni współzawodnicy doganiają nas. Trzymamy się już z And razem. Porzucamy odchodzącą w kierunku Karłowa szosę i podchodzimy ostro leśnymi trawersami w kierunku Błędnych Skał. Na odcinku około trzech kilometrów zyskaliśmy 300 m wysokości. Myślałem, że na Błędnych Skałach znów trafimy na skalne labirynty, ale trasa biegu tylko się o nie otarła. Zbiegamy łagodnie przez podsuszone podmokłości (słychać dudnienie kroków na torfowisku) i piaszczystą ścieżkę z kamykami, (bo piaskowiec tu intensywnie wietrzał) na południowy wschód w kierunku Karłowa. Nie brakuje splątanych korzeni, trzeba uważać, bo zmęczone nogi ledwo unoszą się nad gruntem. Ale na szczęście na całym maratonie nie zdarzył mi się upadek, za to And raz czy dwa leżała.

Przed Karłowem w dwóch miejscach była możliwość napicia się i uzupełnienia wody. Łapię kubek, ale w plecaku jeszcze coś chlupie i nie tracę czasu na postój. Potem And powiedziała mi, że jej camelback już był pusty, ale nie chciała się zatrzymywać żeby za mną nadążyć. Zbiegliśmy do asfaltu, znowu kogoś wyprzedziliśmy. Potem trasa prowadzi szosą do Karłowa, gdzie przeciskamy się przez tłum letników. Szczególnie zazdrośnie patrzymy na tych objadających się lodami.

Wreszcie zaczynamy wspinaczkę po 665 stopniach schodów wiodących z Karłowa na szczyt Szczelińca Wielkiego (919 m n.p.m.). To finał maratonu, w ciągu kwadransa pokonujemy różnicę wysokości 150 m. Robię to resztkami sił, czepiając się poręczy. Od czasu do czasu jakiś turysta mówi, że to już ostatnie metry. Widzę dziewczyny z Wolsztyna, z którymi prześpiewaliśmy z gitarami przy ognisku wczorajszy wieczór, głośno nam dopingują. Jeszcze ostatni skalny labirynt z lokalną klimatyzacją i na szczycie przy schronisku, na tarasie widokowym wielka, nadmuchiwana brama mety. Ania wpada w nią minimalnie przede mną. Koniec, czas 6:24:35.

Untitled 5
zdjęcie: Monika Strojny trailrunning.pl

Pić!!! Usiąść! Na szczęście od razu wyciągają się do nas ręce z kubeczkami, są też plastikowe krzesła i oczywiście pyszności. Najbardziej smakują mi arbuzy. Okazuje się, że And jest trzecia w klasyfikacji kobiet. Brawo! Michał Łubian, z którym przyjechaliśmy do Pasterki, dotarł do mety niedługo przed nami. Po krótkim odpoczynku schodzimy ze Szczelińca żółtym szlakiem ku widocznemu w dole schronisku Pasterka, rezygnując z możliwości prysznica przy mecie (była do niego kolejka).

A przy Pasterce krótka ceremonia zakończeniowa, w trakcie, której Ania staje na podium i dostaje szklaną statuetkę oraz kupon do realizacji w sklepach Salomona. Dalej tradycyjne losowanie upominków, udaje mi się złapać rzuconą w tłum goreteksową opaskę. Potem był poczęstunek w postaci makaronów z różnymi sosami, mecz Urugwaj-Niemcy oglądany przez rzutnik na zewnętrznej ścianie schroniska, wreszcie właśnie zmontowana krótka relacja filmowa z maratonu z energetyczną muzyką, przygotowana dla Telewizji Kłodzko (bardzo malownicza pierwszoplanowa kreacja półnagiego zwycięzcy biegu). Wiszą już na ścianie wyniki: wystartowały 102 osoby, ukończyło maraton 93, jestem na 36 miejscu. Impreza była dobrze zorganizowana i sympatyczna.

Ale czy rzeczywiście był to najtrudniejszy maraton w Polsce? Od razu narzuciło mi się porównanie z innym górskim biegiem na tym dystansie, a mianowicie Maratonem Karkonoskim. W jego pierwszej edycji brałem udział rok temu (1.08.2009) i wtedy był to ewidentnie najtrudniejszy maraton, który ukończyłem. Rozgrywany był także w upale na górskiej trasie o różnych nawierzchniach, dominowały kamieniste górskie szlaki. W połowie dystansu wspinaliśmy się na najwyższy szczyt Karkonoszy – Śnieżkę (1602 m n.p.m.) . Najniżej położony punkt trasy był na wysokości 1180 m, więc niemal cały maraton poprowadzony był powyżej górnej granicy lasu. Z jednej strony oznacza to całkowity brak cienia, z drugiej w upalny dzień temperatura na większej wysokości jest znośniejsza niż na dole, zwłaszcza, jeśli wieje (a wtedy trochę wiało). Różnica w ciśnieniu atmosferycznym (średnia wysokość obu maratonów różni się o około pół kilometra) i co za tym idzie w zawartości tlenu w powietrzu jakaś także była, ale dla mnie raczej nieodczuwalna.

Start i meta Maratonu Karkonoskiego znajdowały się w tym samym miejscu, przy schronisku na Szrenicy, na wysokości 1360 m n.p.m. Różnica wzniesień pomiędzy najwyżej i najniżej położonym miejscem trasy to około 420 m. W Maratonie Gór Stołowych meta znajdowała się ponad 200 m powyżej startu, a amplituda wysokości wynosiła 470 m. Porównanie profilów obu tras wskazuje, że Maraton Gór Stołowych jest nieco bardziej pofalowany, czyli trudniejszy. Nawierzchnia porównywalna, zmienna, w dużej części trudna i kamienista. Krętość trasy zdecydowanie większa w Maratonie Gór Stołowych. No i według mnie najbardziej wymowne porównanie: czasy pokonania trasy.

Pierwsza trójka pierwszej edycji Maratonu Karkonoskiego miała następujące wyniki: 3:41 (Jacek Lenart), 3:47 (Marek Swoboda) i 3:49 (Mateusz Kłaczyński). Na pierwszym Maratonie Gór Stołowych czasy pierwszej trójki wyglądały tak: 4:18 (Piotr Karolczak), 4:54 (Artur Kurek) i 4:56 (Michał Jędroszkowiak). Różnica ogromna. And w Maratonie Karkonoskim miała czas 5:30, a w Maratonie Gór Stołowych 6:25. Ja miałem odpowiednio 5:46 i 6:24, a w tym roku jestem w zdecydowanie lepszej formie biegowej niż w zeszłym. Wniosek jednoznaczny – Maraton Gór Stołowych jest dużo trudniejszy.

Ale to stan na dziś. Wcale się nie zdziwię, jeśli w ciągu najbliższych kilku miesięcy pojawi się nowy górski maraton o jeszcze bardziej pojechanej trasie, który będzie można nazwać najtrudniejszym maratonem w Polsce. Założę się, że już ktoś coś wykombinował…

Najlepsze panie na Maratonie Gór Stołowych:

1.    Anna Świerczek, Byledobiec Anin, 5:17:51
2.    Magda Bartoszewicz, Sulechów, 5:26:17
3.    Anna Dobkowska, KB Galeria Warszawa, 6:24:35

Najlepsi panowie:

1.    Piotr Karolczak, Poznań, 4:18:01
2.    Artur Kurek, Salomon Trail, 4:54:45
3.    Michał Jędroszkowiak, Inov-8, 4:56:34

FORUM DYSKUSYJNE