NB 1080v12
 
22 września 2011 Redakcja Bieganie.pl Sport

II Bieg Siedmiu Dolin


W sobotę 10 września 2011 r. w ramach Festiwalu Biegowego w Krynicy po raz drugi rozegrano Bieg Siedmiu Dolin. Według mnie to najciekawsza konkurencja krynickiego weekendu, nie mająca swojego odpowiednika w skali kraju. Zgromadziła na starcie całą czołówkę polskiego górskiego ultramaratoningu. I ja byłem uczestnikiem tego biegu, choć daleko w tyle za najlepszymi. Chciałbym się podzielić swoimi wrażeniami, ale najpierw krótkie omówienie kilku innych biegów festiwalowych.

2biegsiedmiudolin 540

Najwięcej uczestników zgromadził sobotni bieg na 10 km, ukończyło go 769 osób. Wiele mówi nazwa – Życiowa Dziesiątka Taurona. Używana jest też inna – Bieg Muszynianki. Trasa biegu prowadziła w dół z Krynicy (558 m n.p.m.) przez Powroźnik do Muszyny (430 m n.p.m.), zatem spadek jest spory: 128 m różnicy wysokości. Mimo atestu PZLA, którego autorem jest Tadeusz Dziekoński, trudno porównywać trasę tego biegu z innymi atestowanymi dziesiątkami w naszym kraju. Wyniki oczywiście były znakomite:

1.    Martim Muia Mukele, Kenia, 28:05
2.    Jakub Burghard, Muszyna, Grupa Biegowa Sądeczanin, 29:09
3.    Rafał Snochowski, Lgota Wielka, BKL Bełchatów, 30:59

1.    Aleksandra Jawor, Częstochowa, CKS Budowlani, 33:30
2.    Agnieszka Ciołek, AZS AWF Wrocław, 33:32
3.    Wioletta Uryga, Kluczbork, 35:33

Nieco mniej, bo 438 osób, ukończyło w niedzielę w Koral Maraton. Pogoda dała się we znaki uczestnikom, temperatura dochodziła do 30 stopni, a rozpalony asfalt nie poprawiał sytuacji. Trasa była też zróżnicowana wysokościowo. Połączenie tych okoliczności zdecydowało o tym, że nikomu nie udało się osiągnąć wyniku poniżej 2:25:00, który zapewniłby wyjątkową nagrodę – samochód osobowy Fiat 500. Pierwszy do mety dotarł Grzegorz Czyż z Bogumiłowic z czasem 2:43:33, drugi był Piotr Pobłocki z Lęborka (2:49:52), a trzeci Ukrainiec Dmytro Ivanysh z Użhorodu (2:52:21). Najlepsza wśród kobiet była Danuta Piskorowska z Wrocławia (3:03:56), druga Barbara Gruca z Grybowa (3:22:57), trzecia Agnieszka Sypek-Malinowska z Warszawy (3:33:13). Samochód rozlosowano wśród uczestników maratonu.

1Ultra4
Świt na Paśmie Jaworzyny. Fot.Pit

Krótkim biegiem typu alpejskiego był Bieg na Jaworzynę o długości 2,6 km, rozegrany w sobotę rano. Start znajdował się przy dolnej stacji kolejki gondolowej na Jaworzynę w Czarnym Potoku na wysokości 558 m n.p.m. Meta była na szczycie Jaworzyny Krynickiej (1114 m n.p.m.). Bardzo stromo w górę: 556 m różnicy wysokości. Na każde pięć metrów w poziomie przypadał ponad jeden metr w pionie. Bieg na Jaworzynę ukończyło 85 osób. Oto najlepsi:

1.    Andrzej Długosz, Rytro, 16:22
2.    Daniel Wosik, Kunów, RDM Montrail Team, 17:12
3.    Paweł Krawczyk, Kraków, 18:09

1.    Izabela Zatorska, Wrocanka, RDM Montrail Team, 20:39
2.    Danuta Piskorowska, Wrocław, 21:26
3.    Magdalena Chełmicka, Luboń, RDM Montrail Team, 23:28

Ponadto na krynickim deptaku rozegrano kilka biegów dla dzieci i młodzieży oraz bieg na dystansie 1 km przeznaczony wyłącznie dla pań. Wszystko w imponującej oprawie i przy gorącym dopingu. Zawodom towarzyszyły targi sprzętu sportowego, koncerty oraz wystąpienia znakomitości światka biegowego i wysokogórskiego.

II Bieg Siedmiu Dolin

Najwcześniej ze wszystkich na swoją daleką trasę wyruszyli ultramaratończycy. W wieczór poprzedzający start, podobnie jak przed rokiem, musieli się wszyscy stawić w Hali Lodowej na obowiązkowej odprawie. Niestety nie było tam sali, która pomieściłaby dwie i pół setki uczestników Biegu Siedmiu Dolin. Odprawę zorganizowano w hallu budynku. Tylko część zebranych miała możliwość śledzenia omawianej trasy biegu na mapie wyświetlonej na ścianie. Jak się później okazało, znajomość trasy nie była konieczna – została ona znakomicie oznakowana tysiącami białych foliowych pasków z logotypami sponsorów imprezy, przywiązanych do gałęzi drzew. Zdecydowanie lepiej i gęściej niż w zeszłym roku. Wychodzącym z odprawy rozdano mapy i foliowe koce izotermiczne.

1Ultra5
Taką mapę dostał każdy ultramaratończyk. Fot.Kociemba

Już o drugiej w nocy okolice startu były pełne ultramaratończyków, mimo że rozpoczęcie biegu miało być o trzeciej. Na odprawie organizatorzy prosili o nie zwlekanie do ostatniej chwili. Zdaliśmy worki na trzy przepaki i czekamy w sąsiadującym z deptakiem budynku. Spotykam kilku znajomych. Należy do nich Taras Koniukhov, który jechał do Krynicy z Kijowa jakieś 36 godzin. Poznałem go pół roku temu na roztoczańskim Skorpionie – był wtedy drugi w rajdzie na orientację na 100 km, a ja czwarty na 50 km. Widzę, że niektórzy próbują jeszcze pospać. Też mam na to ochotę. Dochodzi trzecia, idziemy na start i punktualnie o 3.00 ruszamy. Zaczęło się.

Wymarłymi ulicami Krynicy zmierzamy na południe. Osobliwie brzmi nie zagłuszany niczym cichy stukot pół tysiąca miękkich podeszw na asfalcie. Taki turkot, trochę szmer. Zakręt w prawo i początek wspinaczki. Wszystko jak przed rokiem, tylko pogoda dużo lepsza – jest sucho i nie pada. No i ludzi kupa. Przechodzę do marszu, trzeba oszczędzać siły i nie marnować ich na bieg pod górę. Wokół błyskają czołówki, moja tikkina należy do słabszych. Widoczność polepsza się, gdy mija mnie ktoś z mocniejszym reflektorem. A podłoże nierówne, żyje dodatkowo grą światła i cienia.

Osiągamy szczyt grzbietu, po czym zbiegamy do asfaltu w Czarnym Potoku. A potem, jak przed rokiem, żwirówka wiodąca na szczyt Jaworzyny Krynickiej (1114 m n.p.m). Na kluczowym zakręcie przed szczytem drogę zagradza nam quad, trzeba tu skręcić ostro w prawo pod górę. Mówię komuś biegnącemu obok, że w zeszłym roku tutaj zgubiłem drogę. „Dlatego tu jestem!” – odpowiada siedzący w quadzie Roman Hasior, ratownik, członek zarządu Krynickiej Grupy GOPR, który oznakował skrawkami białej folii całą trasę ultramaratonu. A teraz pilnuje, żebyśmy się nie pogubili.

Biegniemy na północny zachód przez Runek (1080 m n.p.m.) w kierunku Hali Łabowskiej czerwonym Głównym Szlakiem Beskidzkim. Na dole było ciepło i zastanawiałem się, czy zdjąć kurtkę. Na grzbiecie tysiąc metrów nad poziomem morza jest zdecydowanie bardziej rześko, trochę wieje, ale dobrze się biegnie. Nie czuję upływu czasu, w pewnym momencie z niedowierzaniem patrzę na zegarek – biegniemy już od ponad dwóch godzin.

1Ultra
Hala Łabowska Fot.Pit

Około szóstej rozwidnia się, chowam czołówkę, a po chwili docieramy do pozbawionego dachu schroniska na Hali Łabowskiej (1061 m n.p.m.). To 22 km, międzyczas 3:06, moja lokata 186. Przed biegiem obiecałem sobie nie tracić zbyt dużo czasu na przepakach i bufetach. Dlatego przy pierwszym punkcie odżywczym pod schroniskiem z rodzynkami, gorącą herbatą (super była) i napojem izotonicznym oshee (też niezły) zabawiłem tylko trzy minuty. I dalej biegiem w kierunku Rytra. Cały czas czerwonym Głównym Szlakiem Beskidzkim.

Towarzyszy mi biegacz o imieniu Piotr. Jego niebieska czapka z daszkiem Brooksa wydaje się znajoma. Wspomina, że jego praca to handel podręcznikami, przy którym spędza ostatnio po kilkanaście godzin dziennie. Przypominam sobie dwójkę starszych ludzi, którzy w Ergo w Warszawie kupowali ode mnie w czwartek plecak-camelback Deutera. Mówili, że syn nie może się wyrwać z roboty na Kolejowej (znanej z handlowania książkami) i muszą za niego kupić wyposażenie na stukilometrowy bieg. Patrzę na plecy towarzysza biegu i zgadza się – to ten sam plecak z dużym, trzylitrowym bukłakiem. Świat jest mały.

Za Halą Pisaną jest kawałek po drodze wyłożonej betonowymi płytami. Patrząc pod nogi obaj przegapiamy miejsce, w którym trzeba było z niej skręcić w lewo, mimo że było ono oznaczone białymi foliami. Ale doganiają nas okrzyki biegnącego za nami zawodnika. Zawracamy i znów jesteśmy na szlaku.

Jak się dowiedziałem po biegu Marcin Krysik, dużo szybszy ode mnie pracownik Ergo, który także brał udział w ultramaratonie, miał w tym miejscu mniej szczęścia. Nikt za nim nie biegł i nie miał kto za nim krzyknąć. Też przegapił zakręt szlaku, zbiegł dalej drogą i nadrobił kilka kilometrów. Marcin z Krynicy do Rytra biegł bez żadnego wyposażenia – nie miał plecaka, bidonu, kijków, niczego takiego. Pragnienie gasił w strumieniu. Dopiero na przepaku w „Perle Południa” czekał na niego plecak z kijkami.

Stromym zejściem tracimy wysokość. Zdecydowanie szybciej i sprawniej to idzie niż w zeszłym roku, wtedy trzeba było brodzić w wodzie spływającej ścieżką. Docieramy do zabudowań Suchej Strugi. Pędzimy schodzącymi w dół asfaltowymi uliczkami w kierunku z daleka widocznego mostu na Popradzie. Drogę wskazują strażacy. Przebiegamy na drugi brzeg, a potem z biegiem rzeki przemieszczamy się przydrożnym chodnikiem wzdłuż linii kolejowej na północ. Po kilkuset metrach odbijamy na zachód w miejscu wskazanym przez organizatora. Asfaltowa droga powoli pnie się w górę wśród zabudowań Rytra, zostawiam na niej maszerującego Piotrka i truchtam dalej. Wyprzedzam chyba z dziesięciu idących ultramaratończyków. Zaraz po ósmej docieram do pierwszego przepaku przy hotelu „Perła Południa”. 35 km, czas 5:01, lokata 174.

Pyszna herbata, jakaś przekąska, chyba banany. Zjadam kabanosy z bułką, które zostawiłem na przepak w foliowym worku. Wśród obsługi jest Marek Tokarczyk, jeden z głównych organizatorów ultramaratonu, a także Maratonu Wyszehradzkiego Podoliniec-Rytro. Krzyczy w stronę hotelu, żeby dogotowali herbaty, która właśnie się skończyła. Widać miała wzięcie.

Zdejmuję kurtkę, bo jest już całkiem ciepło. Od tego momentu mam na sobie niezastąpioną, choć trochę już podniszczoną koszulkę z wełny merynosa Icebreakera (była tu już rok temu), klubową koszulkę na ramiączkach (też była) oraz podobno najlepszy na świecie plecak biegowy Salomona z półtoralitrowym bukłakiem, zaprojektowany z udziałem Kiliana. Na nogach sprintery, czarne podkolanówki kompresyjne CEP (też były tu przed rokiem) i cascadie 6 (tu po raz pierwszy, choć mają za sobą DyMnO, Pireneje i ze trzy setki kilometrów w Puszczy Kampinoskiej). Na głowie pomarańczowy ergobuff. Jak się potem okazało – zestaw obuwniczo-odzieżowy sprawdził się znakomicie.

Pobyt na przepaku zajął mi osiem minut, połowę tego co w zeszłym roku. Ruszam dalej w górę na zachód. Asfalt przechodzi w żwirówkę. Inni idą, ja biegnę niebieskim szlakiem. Znajomy mostek z czterech sosnowych kłód pozwala przeprawić się na północny brzeg potoku Roztoka Wielka. Potem jest bardzo strome podejście na Wdżary. Co chwila wyprzedzają mnie zawodnicy wyposażeni w kijki trekkingowe. Ja ich nie mam, jakoś nie mogę się do nich przekonać.

Osiągamy szczyt grzbietu i skręcamy w lewo. Teraz zmierzamy na południowy zachód, stopniowo się wznosząc. Czas upływa mi szybko, dobrze się zasuwa, wyprzedzam kolejnych rywali. Pogoda bardzo dobra – pochmurno, kilkanaście stopni, sucho, dobra widoczność. Kiedy widzę zawodników biegnących w przeciwnym kierunku, myślę że coś się stało. Po chwili dociera do mnie, że jestem już na dwukierunkowym kawałku trasy przed schroniskiem na Hali Przehyba (1150 m n.p.m.). Szybciej tu dotarłem, niż się spodziewałem. Napotykam kolejnych znajomych, którzy zaliczyli schronisko i wracają na wschód: Wojtka i Grześka Grzeszczuków, Romka Bieganowskiego i Anię Dobkowską. Ta ostatnia zasuwa z kanapką i kubkiem herbaty w ręku, mówi, że ulepek i bez cytryny. Znaczy się tak jak lubię.

1Ultra1
Hala Przehyba Fot.Pit.

Docieram do schroniska pół godziny wcześniej niż w zeszłym roku: 45 km, czas 6:49, lokata 156. Jest dobrze. Mamy tu na świeżym powietrzu punkt odżywczy, dostaję kanapkę i jak zwykle wspaniałą, pozbawioną cytryny gorącą herbatę. W plecaku robi się sucho, więc proszę obsługę punktu o wlanie do niego wody. Wchodzi prawie cała butelka. Niestety woda, wzbogacona w magnez (bardzo dobrze) jest też gazowana (niedobrze). Niby lekko, ale dla camelbaga i żołądka biegacza żadne bąbelki nie są dobre. Tu postój był mniej więcej pięciominutowy, ruszam dalej ścigać znajomków.

Razem ze mną na kolejny etap rusza Sławek Korcz, towarzysz kilku moich dalekich kampinoskich treningów. Czuję, że gazowana woda wypełnia bukłak i napiera na moje plecy. Schowana w plecaku kurtka zostaje przez niego wypchnięta i zaraz mogę ją zgubić. Proszę Sławka, żeby mi ją wepchnął do plecaka, ale nie udaje się. W końcu zatrzymuję się i przewiązuję kurtkę na biodrach. Kiedy otworzę ustnik rurki camelbacka, woda pod ciśnieniem tryska na metr do góry. Kiedy piję, gaz zbiera się w żołądku i po chwili mam kolkę. Muszę wtedy przechodzić do marszu. A tak dobrze szło, a czasem biegło. Sławek ucieka do przodu.

Teraz jestem sam, nikogo w zasięgu wzroku. Zmierzam głównym grzbietem Pasma Radziejowej na południowy wschód, powoli nabierając wysokości. Znowu jestem na czerwonym Głównym Szlaku Beskidzkim. Nie zauważam zdobytych po drodze Złomistych Wierchów, mimo że w końcu po raz pierwszy od początku wyścigu wyjąłem z kieszeni plecaka mapę. Wcześniej nie było konieczności korzystania z niej, białych skrawków folii było wystarczająco dużo. Ale pamiętam, że zaraz kolory szlaków zaczną się zmieniać i lepiej mieć ściągawkę pod ręką.

1Ultra3
Punkt kontrolny na Radziejowej Fot.Pit

Największej kulminacji wyścigu nie da się przeoczyć. Szczyt Radziejowej (1262 m n.p.m.} wieńczy spora wieża widokowa, na którą (jak się potem dowiedziałem) wspinali się niektórzy uczestnicy biegu, m.in. Adam Doliński, z którym mieszkałem w pokoju krynickiego pensjonatu „Aria”. Pod wieżą do chipa w moim numerze startowym przytknięte zostaje urządzenie pomiarowe, rejestrujące już piąty międzyczas. Dane te były na bieżąco publikowane w internecie, co pozwoliło naszym oddalonym o setki kilometrów znajomym na bieżąco obserwować sytuację na trasie. Do półmetka, bo Radziejowa leży niemal dokładnie w połowie dystansu, dotarłem na 157 miejscu z czasem 7:45.

Wieża widokowa wznosi się ponad drzewa porastające najwyższe wyniesienie Beskidu Sądeckiego. Górna granica lasu jest tu zdecydowanie wyżej niż w Bieszczadach, nie przekraczamy jej na ultramaratonie. Nie ma więc bardzo wietrznych bieszczadzkich połonin, znanych z Biegu Rzeźnika, mimo że maksymalne wysokości bezwzględne są podobne. Nie marudzę tu długo, właściwie zatrzymuję się tylko na kilka sekund do rejestracji czasu. Zbiegam ku przełęczy Żłobki (1106 m n.p.m.) na południe.

Koło Wielkiego Rogacza (1182 m n.p.m.) grupka turystów wskazuje mi kierunek, gdzie „wszyscy pobiegli”. Doganiam Sławka, chwilę z nim zasuwam, rozmawiamy, wreszcie zostawiam go z tyłu. Koło Obidzy trasa maratonu nakłada się na granicę polsko-słowacką i prowadzi wzdłuż niej przez kilka kilometrów. Szczyt Eliaszówki (1024 m n.p.m.) osiągam kilka minut przed południem. Sławek znów mnie wyprzedza i jakiś czas mam go kilkadziesiąt metrów przed sobą. W zeszłym roku za Eliaszówką miałem kłopoty nawigacyjne, gubiłem trasę. Teraz gęsto porozwieszane białe paski nie budzą żadnych wątpliwości.

W Piwowarówce jest kolejny punkt pomiaru czasu – 9:23, lokata 141. Okoliczni mieszkańcy wystawili przy trasie biegu wiadra z wodą i kubki, miły gest. Dalej zaczyna się droga z betonowych płyt, niezbyt fajna. Wyprzedzam na niej kilku nieznanych mi zawodników. Zbiegam w dół, do Piwnicznej. Miejscowość wita mnie… smogiem. Ktoś chyba pali w piecu śmieciami, duszący dym snuje się nisko w dolinie, naciągam śmierdzącego potem buffa na usta. Dobiegam do przepaku. Zamiast zapowiadanych sióstr czeka przy wejściu młody człowiek z papierosem. Ale herbata jak zwykle super, do tego drożdżówka. Tutaj spotykam wreszcie braci Grzeszczuków i Anię Dobkowską.

W przepakowym worku są buty na zmianę, stare dobre columbia ravenous. Zupełnie takie same jak te, w których biegłem tu rok temu. Ale wtedy było mnóstwo błota, bieżnik w podeszwie nie był zbyt zębaty i kilkakrotnie fiknąłem kozła na mokrej trawie lub w śliskim błocie. Dlatego tym razem zabrałem cascadie. Dziś na zbiegach czułem pięty i staw skokowy. Cascadie są jednak trochę gorzej amortyzowane niż columbie. Ale za to lepiej trzymają się gruntu, są szersze, a przez to stabilniejsze. Dziś na suchych ścieżkach ani razu nie leżałem. Chwila wahania, wreszcie decyzja – nie zmieniam butów, biegnę dalej w cascadiach. Pozbywam się też kurtki, chowając ją w przepakowym worku foliowym. Kabanosy z wora tym razem nie bardzo chciały przejść przez gardło.

1Ultra7
Okolice Runka Fot.Kociemba

Ruszam dalej po mniej więcej dziesięciominutowym postoju. Ania swoim zwyczajem nie marudziła długo na przepaku, ruszam jej śladem, a chwilę po mnie startuje Grzesiek z Wojtkiem. Zaraz za przepakiem kolejny punkt pomiaru czasu – 64 km, 9:54, lokata 140. Przeprawiam się mostkiem na wschodni brzeg Popradu. Zaczyna się strome podchodzenie wśród zabudowań Zawodzia, trasa czasami prowadzi opłotkami, prawie podwórzami. Tu jest mniej niż w zeszłym roku osób wskazujących drogę. Wojtek z Grześkiem i Anią, choć nie wyposażeni w kijki, bez trudu uciekają do przodu i znikają z oczu. Podejścia to moja słaba strona.

Kończą się zabudowania, burek szczeka zza płotu, nie widzę innych zawodników. A co gorsza nie widzę też oznakowań trasy. Przed sobą mam łąki i krzaczory, ani śladu drogi lub ścieżki. Pamiętam, że teraz trzeba wspiąć się na szczyt grzbietu Bucznika (597 m n.p.m.). Ale którędy mam tam dotrzeć? W końcu idę na przełaj przez trawę, ale natrafiam na barierę gęstych zarośli. Klucząc, wspinam się na grzbiet, którego granią biegnie południkowo droga z oznaczeniami trasy. Patrzę w tył i widzę w dole kilku ultramaratończyków podchodzących pod górę miedzami nieco na południe od mojego wariantu. Widać oni znaleźli znaki. Jak się potem dowiedziałem, inni nie mieli większych problemów z wypatrywaniem na tym odcinku białych wstążek. Ale ja nigdy nie byłem specjalnie spostrzegawczy.

Z tyłu co i rusz mnie ktoś przegania. Zamiast zapamiętanej błotostrady z zeszłego roku jest polna droga pełna kamieni, opadająca dość ostro w dół. Trzeba uważać, ale cascadie na takim podłożu sprawują się dobrze, teraz ja wyprzedzam. Docieramy do asfaltu w Łomnicy, skręcamy w prawo. Półtora kilometra szosą, potem wskazany przez organizatora skręt w lewo w Safranach. A potem bardzo strome, długie podejście. Słońca nie widać, pochmurno, temperatura przekracza chyba dwadzieścia stopni, jest parno. Teren odkryty, ale wiatr słabiutki. Mam kryzys. Odżywam, kiedy kończy się podejście i zaczyna stosunkowo równy, leśny kawałek po biało-czerwonym lokalnym szlaku. Znowu zbieg, znowu wyprzedzam.

Docieram do asfaltu w Wierchomli Wielkiej, którym przemieszczamy się trzy kilometry na wschód. Znów widzę Anię, która cały czas truchta w pościgu za Grześkiem i Wojtkiem. Ja chłonę lekko wznoszący się asfalt gallowayem i Anka jest nie do dogonienia. Dopadam całą trójkę dopiero na ostatnim przepaku w Wierchomli Małej. Jest on obsługiwany przez kilka dziewczyn schowanych pod namiotem. To 78 km, czas 12:27, lokata 136.

Herbata oczywiście najmilej widziana, jest możliwość dodania cytryny pokrojnej osobno, z czego chętnie korzysta Ania, ja oczywiście nie. Mam w ostatnim worku ciepłą bluzę, dokładnie tę samą co w zeszłym roku w tym miejscu. Ale jest na tyle ciepło i wcześnie, że się w nią nie przebieram, choć rok temu to zrobiłem i nie żałowałem.

Ania nie czeka, z kubkiem i kanapką w garści rusza dalej. Ja muszę jeszcze napełnić pustawy camelback. Niestety woda jest taka sama jak na Przehybie, z bąbelkami. Dziewczyny pomagają mi więc nalać do bukłaka mieszaninę oshee i herbaty. Ruszam gonić Anię. Ale teraz zaczyna się chyba najbardziej strome podejście w całym ultramaratonie pod wyciągiem narciarskim. Wolno stawiam nogę za nogą. Grzesiek z Wojtkiem bez trudu mnie wyprzedzają, kilku innych zawodników też. Po Ani już ani śladu.

1Ultra6
Pit na mecie ultramaratonu. Fot.Kociemba

Męka wspinaczki kończy się przy górnej stacji kolejki krzesełkowej. Teraz bieg równym grzbietem na południe, w kierunku szczytu Pusta Wielka (1061 m n.p.m.). W końcu trochę wieje, więc się ożywiam. Doganiam braci i przez jakiś czas im towarzyszę. Omijamy od wschodu szczyt Jaworzynka (1001 m n.p.m.), za którym jest bardzo stromy zbieg w kierunku Szczawnika pod kolejką krzesełkową. Tam, mimo wyraźnego bólu w oporujących, umęczonych już mięśniach czworogłowych, zbiegam szybko, zostawiając z tyłu braci. Końcówka to koszmar, prawdziwy piarg bez jednej trawki, bardzo trudno się nie pośliznąć na luźnych kamieniach pokrywających stromy stok. A na dole, na północnym skraju Szczawnika, punkt pomiaru czasu: 84 km, czas 13:43, lokata 133. To najbardziej wysunięte na południe miejsce ultramaratonu.

Teraz drogą o zmiennej nawierzchni, łagodnie pnącą się w górę doliny potoku Szczawnik, trzeba wrócić na północ. Podobnie jak przed rokiem pokonuję ją szybkim marszem, przerywanym od czasu do czasu kilkuminutowymi podbiegami. Widzę przed sobą długowłosego, wysokiego zawodnika. On tylko maszeruje, a ja mimo podbiegiwania nie mogę go przez parę kilometrów doścignąć. Dociskam, biegnę dłużej, wreszcie go wyprzedzam. Zakręt w lewo i po kilkuset metrach jestem na ostatnim punkcie odżywczym przy Bacówce nad Wierchomlą – 89 km, czas 14:36, lokata 125.

Tu dostrzegam Ankę i kibicującą także mi na kolejnych punktach żonę Marcina Góry, której dobierałem kiedyś buty. A sam Marcin wraz ze Sławkiem to towarzysze moich dalekich kampinoskich treningów, poprzedzających przyjazd do Krynicy. Obaj są teraz gdzieś za mną. Nie zauważam za to dogorywającego gdzieś z boku przy bacówce Pita, autora zdjęć ilustrujących ten tekst.

Widzę, że Ania rusza już dalej, więc biorę w garść kubek z gorącą, słodką herbatą oraz drożdżówkę i dołączam do niej. Tu postój był rekordowo krótki, może dwie minuty. Podchodzimy leśnymi ścieżkami na północny zachód. W okolicach Polany Gwiaździstej zostawiam Anię z tyłu i biegnę na wschód niebieskim szlakiem w kierunku zaliczonego już dziś szczytu Runek (1080 m n.p.m.). Wyprzedza mnie Grzesiek Grzeszczuk, który na ostatnim etapie postanowił widać porzucić brata.

Za Runkiem, kiedy jest równo lub w dół, zaczynam stosunkowo szybki bieg. Zastanawiam się nawet, czy da się zmieścić w szesnastu godzinach na mecie. Wyprzedzani zawodnicy działają mobilizująco, rozpędzam się coraz bardziej, mimo zmęczenia i doskwierającego bólu ud. Niektórzy rywale podejmują walkę, na końcówce jest całkiem ostre ściganie. Dodatkową motywacją jest chęć zdążenia przed zmrokiem, który zapadnie w okolicach 19:30. Coś już słychać w dole, meta niedaleko.

1Ultra8
Piotr Hercog Fot.Kociemba

Jeden z wyprzedzanych zawodników, widząc mój nick na koszulce, mówi, że ma w kieszeni moją mapę. Tę którą zrobiłem w ramach internetowej zapowiedzi ultramaratonu. Fajnie wiedzieć. Uświadamiam sobie, że nie ma co marzyć o złamaniu 16 godzin. Przed sobą widzę jeszcze dwóch migających wśród gałęzi rywali, dociskam, może się uda wyprzedzić ich także. Jeden z nich ma zielone ubranie i kilka kilometrów wcześniej uciekł mi po dłuższym ściganiu. A drugi to Grzesiek. Obaj słyszą moje kroki i obaj przyspieszają. Ja też.

Widzę ogrodzenie, zapamiętane z poprzedniego ultramaratonu. Stąd do mety został mniej więcej kilometr. Zaraz będzie bardzo strome zejście, na którym poprzednim razem miałem bolesną wywrotkę. Tym razem jest sucho i udaje się bez przeszkód zbiec do asfaltu, ale dwaj rywale są zdecydowanie szybsi. Gonię obu, ale na asfalcie szybko mi uciekają. Kilka zakrętów ulicami Krynicy i mam przed sobą ostatnią prostą. Doping jest bardzo gorący, przybijam piątki ludziom stojącym za barierką po prawej stronie, a robię to w pełnym pędzie.

Meta! 100 km, czas 16:09:25, lokata 121.

Są kibice witający mnie na mecie: Kociemba, Wawerka, Ania Pojawa i Dżastin. Całują, najbardziej entuzjastyczny jest Kociemba. Pyta, co bym teraz chciał. Odpowiadam, że spać. Dostaję medal, otulają mnie folią termiczną, dostaję butelkę napoju. Proponują masaż, ale najpierw muszę skorzystać z prysznica. Niestety nie mam depozytu na mecie, a ręcznik i odzież na zmianę byłyby teraz jak znalazł. Podobnie jest z większością kończących bieg ultramaratończyków. Na odprawie nikt nic nie wspomniał o możliwości zostawienia swoich rzeczy na mecie i konieczności skorzystania z prysznica przed masażem. A do pensjonatu „Aria” w którym nocuję jest jakiś kilometr.

Nawet idę w stronę baraku z prysznicami, ale jestem zmęczony i przysiadam na chwilę. Zaczyna mną telepać z wyczerpania. Ktoś podchodzi do mnie i pyta, czy trzeba mi pomóc. Odpowiadam że nie, dam sobie radę Już wiem, że z prysznica na mecie i masażu jednak nie skorzystam. Muszę się dostać do miejsca noclegowego, tam trochę ogarnąć i zakopać w betach. Odbieram worki z przepaków, pomaga mi przy tym Sebastian Grzywocz z Salomona. Uczynni organizatorzy podwożą mnie busem do pensjonatu, podobnie jak Anię Dobkowską, która dobiegła do mety kwadrans po mnie. Ciepły prysznic, coś szybkiego i ciepłego na ząb, ubranie na cebulkę i pod kołdrę. Spać.

Chciałbym teraz coś napisać o najlepszych. Przez cały wyścig prowadził Jan Wydra, reprezentant MOK Mszana Dolna. Urwał się konkurentom na Jaworzynie Krynickiej. Na wszystkich punktach kontrolnych zameldował się jako pierwszy i systematycznie budował przewagę nad rywalami. Tempo jego biegu było tak szybkie (średnio 10,4 km/h), że nie wszystkie punkty pomiaru czasu organizatorzy zdążyli uruchomić przed jego przybyciem. Stąd zamieszanie z publikowanymi na bieżąco w internecie wynikami na poszczególnych punktach i podejrzenia, że lider mógł skrócić trasę. Oczywiście bezpodstawne. Jan Wydra dotarł do mety w czasie 9:35:32, poprawiając o ponad półtorej godziny zeszłoroczny rekord trasy Adama Długosza (11:17:55), uzyskany w dużo gorszych warunkach pogodowych.

Jako drugi dotarł do mety krakowianin Maciek Więcek, reprezentujący Inov-8, z czasem 10:13:23, zwycięzca wielu polskich rajdów na orientację na tym samym dystansie. Przez większą część biegu znajdował się na piątej pozycji, a Piotrka Hercoga i Marka Swobodę wyprzedził pomiędzy Piwniczną a Wierchomlą. W zeszłym roku Maciek na mecie był piąty i miał czas 11:34:53.

1Ultra2
Marek Swoboda Fot.Kociemba

W tym roku trzeci na mecie zameldował się Marek Swoboda z Wałbrzycha z czasem 10:25:14, poprawiając swój zeszłoroczny wynik o ponad godzinę. Wtedy był na czwartej pozycji z czasem 11:28:56. Ten 47-letni zawodnik reprezentuje klub Byledobiec Anin.

Tylko ośmiu mężczyzn dotarło na metę przed pierwszą kobietą – Magdą Łączak z Mielca, reprezentującą Inov-8 360 stopni, która miała czas 11:26:15. Druga była Ewa Majer z Dobczyc (11:45:34), a godzinę później dotarła do mety trzecia kobieta – krakowianka Justyna Frączek z Code 34 (12:49:18).

Łącznie na trasę ultramaratonu wyruszyły 242 osoby, do mety w limicie 19 godzin dotarło 193 zawodników. Jedna piąta, czyli 49 osób, nie ukończyła biegu.

Bieg Siedmiu Dolin to wyścig wyjątkowy. Sam dla siebie stanowi kategorię, bowiem nie ma w Polsce jak do tej pory innego terenowego biegu liniowego (czyli nie na orientację, z oznaczoną w terenie trasą), rozgrywanego na dystansie 100 km. Jest co prawda na Biegu Rzeźnika możliwość pokonania takiego dystansu w wariancie hardcore, ale dotyczy to tylko kilku zespołów (bo w Rzeźniku nie ma możliwości startu indywidualnego), które wyrobią się w limicie 12 godzin w zasadniczym, mniej więcej 78-kilometrowym biegu.

Bieg Siedmiu Dolin ma zdecydowanie bardziej otwartą formułę, tu szansę na pokonanie ogromnego i okrągłego dystansu ma każdy startujący. Aby był to bieg a nie marsz, ustanowiono stosunkowo ostre limity czasowe, w których startujący muszą się zmieścić na poszczególnych etapach biegu. Udało się to 80% uczestników krynickiego ultramaratonu. Długodystansowe biegi terenowe, tak popularne obecnie w krajach Zachodniej Europy i Ameryki Północnej, obecne są na polskiej scenie biegowej zaledwie od kilku lat, a już zdobywają bardzo dużą popularność. I będzie ona dynamicznie rosła.

Mam wrażenie, że ultramaraton był trochę marginalizowany w ramach tegorocznego Festiwalu Biegowego, nawet przez organizatorów. Świadczy o tym choćby znikoma liczba dostępnych w necie zdjęć z tej przecież wyjątkowo malowniczej imprezy, w porównaniu z innymi biegami festiwalowymi. A przecież B7D był jakby nieformalnymi mistrzostwami Polski w górskim ultramaratonie liniowym, zjechali się tu najlepsi zawodnicy w tej dziedzinie z całego kraju. Walczyli zaciekle, mieli o co (nagrody finansowe dla najlepszych były niemałe), a ich rezultaty są naprawdę dobre. Można powiedzieć, że „Polacy nie gęsi, swoją setkę mają”. Docenioną także przez cudzoziemców, o czym świadczy choćby możliwość zdobycia tu trzech punktów kwalifikacyjnych do startu w najsłynniejszym górskim ultramaratonie świata – UTMB.

Organizacja rozciągniętego na trudny teren całego Beskidu Sądeckiego wyścigu to bardzo złożone przedsięwzięcie logistyczne, wymagające zaangażowania masy ludzi i sprzętu oraz talentów koordynacyjnych. Trzeba docenić ogromną pracę sztabu organizatorów i dziesiątków wolontariuszy. Oczywiście niektóre sprawy mogłyby być w przyszłości lepiej zorganizowane (np. odprawa przed biegiem, niegazowana woda na punktach odżywczych czy sprawność systemu pomiaru czasu), ale ogólnie całość była dobrze ogarnięta. Krynicki ultramaraton to bieg z wielkim potencjałem na przyszłość, zwłaszcza w perspektywie zorganizowania w 2013 r. w ramach Festiwalu Biegowego w Krynicy mistrzostw świata w biegach górskich typu anglosaskiego.

A do niektórych uczestników biegu uwaga – to są góry, nie godzi się, żeby w czasie biegu zostawiać w nich takie masy śmieci.

Redakcja Bieganie.pl