New Balance 1080v12
nordic walking
11 czerwca 2021 Redakcja Bieganie.pl Sport

GSB “na szybkości”


Główny Szlak Beskidzki imienia Kazimierza Sosnowskiego to najdłuższy szlak turystyczny w Polsce. Uśredniając to 500 kilometrów z sumą niemal 22 000 metrów podejść. Od lat stanowił on swojego rodzaju wyzwanie dla ludzi zainteresowanych turystyką górską – takie, do którego warto wziąć przynajmniej 2 tygodnie bardzo aktywnego urlopu. Ostatni rok pokazał jednak, że można go pokonywać znacznie szybciej, bo na biegowo.

To nie jest tak, że szybkie pokonywanie GSB zaczęło się od charakterystycznego dla całej społeczności biegowej 2020 roku, bo takie rekordy odnotowuje się co najmniej od 2013. Jednakże to właśnie formuła Fastest Known Time zyskała ostatnio ogromną popularność, głównie przez bardzo ograniczone możliwości rywalizacji w zawodach sportowych i zaczęło się na tym szlaku robić dość tłoczno. Bardzo dużo rozgłosu zyskało lipcowe wydarzenie nazwane “Pojedynkiem biegowych kowbojów”, które miało polegać na rywalizacji pomiędzy Romanem Fickiem, a Rafałem Kotem na zasadzie wspólnego startu i biegu bez żadnego wsparcia z zewnątrz. Jak pokazał czas, do przedsięwzięcia doszło połowicznie. W lipcu pobiegł tylko Roman Ficek (od wschodu na zachód, biegnąc z plecakiem) i ustanowił rekord 107 godzin i 25 minut. Kilka miesięcy później, bo we wrześniu ruszył Rafał Kot (od zachodu na wschód) i nieznacznie podniósł poprzeczkę z rezultatem 107 godzin i 19 minut.

Atmosfera wokół powyższych wyczynów była delikatnie mówiąc różnorodna i zdecydowanie zależna od prywatnych sympatii. W całym medialnym szumie jakby ucichło główne hasło tego co miało zostać osiągnięte. Nie udało się złamać psychologicznej bariery pokonania trasy poniżej 100 godzin, co było głównym celem obu wyczynów.

Minęło kilka miesięcy, powoli zaczęła rodzić się nadzieja na poluzowanie obostrzeń i związane z tym umożliwienie rywalizacji podczas typowych zawodów sportowych. Wtem, niczym grom z jasnego nieba, pojawiła się informacja, że rankiem 26 maja na szlak z Wołosatego w kierunku Ustronia po raz trzeci wybiera się Rafał Bielawa, który jeszcze do niedawna dzierżył rekord przebycia GSB. Cztery godziny później na szlak za Rafałem ruszył Jarosław Gonczarenko.
Informacja o starcie obu panów była utrzymywana w tajemnicy do samego rozpoczęcia biegu. Jarek i Rafał prywatnie są przyjaciółmi zatem wyzwanie miało charakter jak najbardziej pozytywnej rywalizacji. Co jednak najważniejsze, obaj dotarli do Ustronia o niemal tej samej porze łamiąc barierę 100 godzin: Rafał Bielawa z rezultatem 98 godzin i 44 minut, a 4 sekundy później na mecie zameldował się Jarek Gonczarenko, który osiągnął okrągłe 95 godzin – wynik, który nie był dotąd w wyobrażeniu nawet największych optymistów.
W skali trudności całego wyzwania warto zastanowić się nad możliwością poprawy powyższego rekordu. Dla mnie unikalne jednak jest to, że dwie osoby w tym samym czasie zdołały dokonać połamania “Stówy”. Wiem, że znajdzie się tutaj grono osób zwracających uwagę – “a bo miał ze sobą większą i bardziej zgraną ekipę”, “a bo aż tak nie padało”. Ok, ale to też jest element kluczowy dla osiągnięcia sukcesu – strategia i pokora.

Udało mi się zamienić kilka słów z nowym rekordzistą GSB Jarkiem Gonczarenko – poprosiłem go o podzielenie się swoimi odczuciami kilka dni po swoim sukcesie.

Jarek Gonczarenko

Radek Langner (bieganie.pl): Cześć Jarek, jak się czujesz po tak długim biegu?

Jarek Gonczarenko: Minęły dwa tygodnie, czuję się bardzo dobrze. Dzisiaj byłem na lekkim, 12 kilometrowym rozbieganiu, a w sobotę była ósemka. W międzyczasie wpadł też rower. Oczywiście mięśnie wciąż są zmęczone i organizm nie jest jeszcze w pełnej świeżości. Patrząc jednak z perspektywy tego, że przebiegłem w ciągu 4 dni ponad 500 kilometrów to czuję się nieźle.

Czyli poszło naprawdę dobrze, gdyż w trakcie tego wyzwania nie nabawiłeś się żadnej kontuzji czy znacznego przeciążenia. Wszystko zostało kwestią zmęczenia mięśniowego?

Rzeczywiście tak, bardzo bałem się jaki wpływ na mnie będzie miała ta znaczna liczba zbiegów. Finalnie jednak nie miało to aż takiego wpływu. Jedyne co mnie bardzo zaskoczyło, a z czym się wcześniej nie spotkałem to duże obrzęki stóp, Achillesów i kolan. Wszystko jednak zeszło w ciągu trzech dni. Finalnie, wizyta u fizjoterapeuty nie skutkowała jakąś niepokojącą diagnozą.

A jaki masz plan na regenerację – jak długo będzie ona trwała i czy masz swoje sprawdzone metody?

Moja regeneracja jest wieloetapowa i bardzo zależna od dostępności organizmu. Obecnie mogę sobie pozwolić na aktywny wypoczynek. W przeciwnym wypadku byłoby to wyłącznie bierne zbieranie sił. Dodatkowo sprawdzają się u mnie kąpiele solankowe i przede wszystkim odpowiednie odżywanie. Razem z Kingą – moją partnerką – wychodzimy z założenia, że dobre zbilansowanie jest kluczowe dla sukcesu w rywalizacji, ale jeszcze bardziej w regenerowaniu się. Oboje jesteśmy wegetarianami i kładziemy bardzo duży nacisk na jakość pożywienia. Sam nie wychodzę z założenia, że niejedzenie mięsa jest takie ważne jak po prostu odpowiednie zbilansowanie wszystkich dostarczanych składników.

Jarek Gonczarenko

Powiedz mi proszę, co Ciebie najbardziej zaskoczyło? Z pewnych źródeł wiedziałem, że w przygotowaniach podszedłeś do tego z ogromną precyzją i postarałeś się to nawet rozpisać sobie w Excelu. Jak jednak wyszło naprawdę? 

Rzeczywiście tak długi bieg był dla mnie nowością. Dotychczas przebiegłem Bieg 7 Szczytów na 240 km i wszystkie doświadczenia brałem z przygotowań głównie do tych zawodów. Tam jednak nie było, aż tak dużej sumy przewyższeń. Dlatego zdecydowałem się podejść do GSB bardziej matematycznie i po prostu rozpisałem sobie plan na 100 godzin. Przed startem oczywiście żartowałem, że na papierze już jestem zwycięzcą i że trzeba tylko przełożyć to na rzeczywistość. To podejście sprawdziło się znakomicie, a co więcej okazywało się, że jestem w stanie realizować ten plan z nawiązką, co dawało zapas czasowy. Trochę inaczej wyszło z aspektem suportu. Bardzo mnie zaskoczyło, jak wiele poświęcenia jest konieczne ze strony osób, które cię wspierają. Niektóre rzeczy były dograne, ale momentami potrzebna była improwizacja i nie wszystko było tak bardzo pewne. Najtrudniejszy pod tym względem był drugi dzień, kiedy Kinga została w tej roli sama na 100 kilometrowym odcinku od Komańczy do Krynicy i ten fakt trochę absorbował moją koncentrację w trakcie biegu – po prostu się martwiłem. W porównaniu do Rafała i jego ogromnego doświadczenia w planowaniu ja nie miałem takiej wiedzy gdyż wszystkie moje dotychczasowe biegi odbywały się na zorganizowanych zawodach, gdzie przynajmniej można liczyć na punkty odżywcze.

Sprawdziła się zatem wielokrotnie powtarzana zasada przy realizacji FKT ze wsparciem, że niejednokrotnie support ma równie ciężko jak biegacz. To naprawdę wprawia w zdumienie patrząc na wynik, jaki osiągnąłeś. 

Chciałbym też podkreślić, jak dużo dobrego dało pojawienie się przyjaciół oraz znajomych chętnych do wsparcia. Druga część trasy stała się dzięki temu znacznie lepiej obstawiona i pokazało mi to właśnie jak wielką siłę potrafią dać Ci przychylni ludzie. Dzięki temu od 280 kilometra cały czas przynajmniej jedna osoba mogła mi towarzyszyć.

Jarek Gonczarenko

Opowiedz proszę jeszcze o tym, jak oceniasz swój plan na odżywanie w trasie względem realizacji?

Nie ukrywam, że za odżywanie odpowiadała Kinga chociaż menu było z góry ustalone. Stosowaliśmy zwykłe jedzenie w zależności od długości postoju – jak krótko to naleśniki z owocami na zimno, jak dłużej to można było sobie pozwolić na kaszę, makarony z różnymi sosami. Wszystko jednak w zdecydowanie lekkiej formie bez nadmiaru błonnika i z takich produktów, które lubię. Oczywiście miałem też żele energetyczne, ale stanowiły one zabezpieczenie tylko na tych dłuższych odcinkach.

Kiedy zorientowałeś się, że spodziewany wynik 100 godzin zostanie pokonany? 

Cały czas próbowałem biec najlepiej jak to było możliwe. Oczywiście planem minimum była ta magiczna bariera 100 godzin, której nikt dotąd nie złamał. W głowie oczywiście była obawa, że kryzys może nadejść w każdej chwili. W Węgierskiej Górce, czyli 50 kilometrów przed końcem biegu dało się odczuć podekscytowanie ekipy, ja jednak cały czas brałem pod uwagę jak wiele się jeszcze może wydarzyć i że mogę gwałtowanie zwolnić. Zdawałem sobie sprawę, że każda zyskana minuta może być roztrwoniona gdzieś tuż przed samym końcem. Z własnego wyboru nie chciałem wiedzieć, ile mam przewagi i gdzie przede mną jest Rafał. Dopiero 30 kilometrów przed metą zapytałem i pojawiło się myślenie, że setka zostanie złamana. Niewiele przed metą zaczęło to do mnie docierać, chociaż dalej nie myślałem że to będzie 95 godzin. Na ostatnich 3 kilometrach spotkaliśmy się z Rafałem i zaczęliśmy już wspólnie dążyć do mety – wtedy wyłączyłem się z biegu na czas i po prostu czerpałem z niego radość.

Jarek Gonczarenko

Opowiedz mi jakie masz plany na przyszłość. Po tak wielkim sukcesie w swoim debiucie czy wiążesz jeszcze swoją przyszłość z FKT? 

Nie ukrywam że to pandemia ułatwiła decyzję o realizacji marzenia, jakim było przebiegnięcie GSB z powodu odwołanych zawodów. Sama formuła bardzo mi się podoba, a też z wiekiem rośnie satysfakcja z rywalizacji z samym sobą. Zostawiam sobie do tego otwartą furtkę, mimo że najważniejsze dla mnie teraz będą zawody. Na pewno w tym roku jeszcze będę chciał wziąć udział w Chudym Wawrzyńcu oraz Ultra Trail Monte Rosa.

Na koniec chciałbym wszystkich zachęcić do spróbowania swoich sił na tym pięknym szlaku, bez względu na to, czy zajmie to 100 godzin czy 10 dni. Po prostu warto.

Jarek Gonczarenko

Zdjęcia: Karolina Krawczyk