new balance 880
 
13 listopada 2011 Redakcja Bieganie.pl Sport

Dwadzieścia powolnych kroków czyli maraton na wysokości 4000 metrów


Dwadzieścia powolnych kroków… stop…  seria głębokich wdechówi wydechów… kolejne dwadzieścia kroków – czyli maraton na wysokości  4000 metrów – relacja z Leadville Trail Marathon 2009


leadville marathon1


Pomysł

Chyba od zawsze chciałem zobaczyć Stany. Gdy żona otrzymała zaproszenie na  konferencję psychologów w Long Beach w Kalifornii, szybko zapadła decyzja – lecimy oboje. Oczywiście nie na cztery dni. Ma być długo, ciekawie i z akcentem biegowym. Parki narodowe w Kalifornii, Newadzie, Arizonie i Kolorado, obłożeni przewodnikami, wybieraliśmy wspólnie, akcentem biegowym zająłem się sam – wiedziałem, że musi to być coś niezwykłego, coś, czego w Europie po prostu nie ma – w końcu nie wiadomo, kiedy prerię i Góry Skaliste zobaczymy ponownie.

Swój pierwszy maraton przebiegłem prawie 30 lat temu, jeszcze w liceum. Dlaczego? Może sprawił to entuzjazm Tomka Hopfera, może chcieliśmy się sprawdzić w czymś, co wydawało się niewyobrażalne. Czas nie powalał z nóg – 4:20, ale pasja została. Dziś mam na koncie ponad 50 maratonów biegowych, ponad dwadzieścia narciarskich i kilkanaście biegów ultra. Te ostatnie lubię najbardziej. Nie trzeba się spieszyć. Jest czas, żeby pogadać. Dużo, bardzo dużo czasu.

A zatem w wyszukiwarce pojawiły się słowa July, USA, ultramarathon. Co wyskoczyło? Badwater ultramarathon 2009. Ciekawie, zbyt ciekawie… Mordercze 135 mil w Dolinie Śmierci, która w lipcu jest piekłem. Bieg, który pomyślano tak, by prowadził z najniżej położonego miejsca na Półkuli Zachodniej na zbocze najwyższego szczytu Stanów Zjednoczonych (nie licząc Alaski) – Mt. Whitney. (Po kilku miesiącach byliśmy w Dolinie Śmierci , gdy wjeżdżaliśmy rankiem temperatura wynosiła 41 stopni, potem zrobiło się znacznie cieplej i wtedy z samochodu zobaczyliśmy trenującego biegacza). A zatem może maraton? Tych w lipcu, w południowo-zachodniej części Stanów jest naprawdę dużo. Szybko znalazłem ten właściwy.

Leadville

Zakochałem się w tym miasteczku. Myślę sobie, że ludzie nie doceniają tego, co naprawdę dobre i piękne. Jeśli przyjeżdżają w góry do Kolorado, wybierają Aspen – tłoczne, snobistyczne. Amerykański,  gorszy odpowiednik szwajcarskiego Davos. A wystarczy godzina jazdy samochodem, pokonanie jednej przełęczy i jesteśmy w Leadville – miejscu, gdzie czas się zatrzymał. W zasadzie nie ma tam prawie nic. Trochę zamkniętych kopalń, jedna większa ulica, kilka tanich moteli, bar, pamiętający osadników sprzed stu lat, którzy tu zapijali smutki i radości. Leadville leży na wysokości 3100 m. n.p.m. a wokoło rozciągają się masywy gór znacznie przewyższające 4 tysiące. To trochę tak, jakby nasze Tatry Zachodnie wypiętrzyć o dodatkowe 2 kilometry. Acha, i jeszcze jedna różnica – na szlakach prawie nie ma ludzi, są natomiast liczne tablice informujące, jak najwłaściwiej zachować się przy spotkaniu z niedźwiedziem. Zresztą misie nie są takie groźne – duże grizzly wolą tereny położone bardziej na północ a z mniejszych baribali niebezpieczne są tylko młode samce, które, przygotowując się do walk o samice, przechodzą z diety roślinnej na białkową. Wtedy zdarza się, ze zjedzą turystę, ale przypadków takich jest w całych Stanach tylko kilka na rok. Jest w miasteczku jeszcze okrężna, względnie płaska i asfaltowana  trasa biegowa o długości 12,5 mili. Nie na niej jednak odbywa się tradycyjny bieg maratoński. Organizatorzy zadbali, by startujący z głównej ulicy zawodnicy nie tylko mogli podziwiać potężne pasmo górskie. Zadaniem ich jest dobiec na Mosquito Pass, jedną z najwyższych przełęczy. I wrócić.

leadville marathon2
Anton Krupicka na trasie edycji 2009, źródło: antonkrupicka.blogspot.com


Kalkulacje przed startem

Założenia przedstartowe były proste – trzeba ukończyć ten bieg, czas nie jest taki istotny. Jednak prawie zawsze, gdy tak sobie mówimy, w trakcie zawodów zaczynamy walczyć o wynik. Tu, w Leadeville, wiedziałem, że zmagać się będę z trudną technicznie, kamienistą trasą, i bardzo dużą różnicą wzniesień – w sumie ponad 1400 m.. To jednak znałem z  zaliczonego dwa razy Biegu Rzeźnika. Problemem będzie rozrzedzone powietrze i niebezpieczeństwo, że pojawią się nieprzyjemne objawy choroby wysokościowej, która potrafi odebrać ochotę na jakąkolwiek aktywność. Jak temu zaradzić? Niebezpieczeństwa nie da się wyeliminować, ale można je znacznie ograniczyć. Do Stanów przylecieliśmy trzy tygodnie przed biegiem i podróżowaliśmy głównie po terenie wyżynnym –  dla aklimatyzacji organizmu zbawienne były te wszystkie noclegi, które udawało się zorganizować na wysokości ponad 1500 m. n.p.m.. Na tydzień przed biegiem pojawiliśmy się w samym Leadville, skąd przez trzy dni  wyruszaliśmy na zaliczane kolejno czterotysięczniki – padł między innymi Mt. Elbert, najwyższy szczyt Kolorado i drugi co do wielkości w Stanach poza Alaską. Czułem się nieźle zaaklimatyzowany, wiedziałem, że na łagodnych podejściach i zbiegach dam radę truchtać, resztę trzeba będzie pokonać szybkim marszem. Wychodziło, że skoro na płaskim potrafię przebiec maraton w 3.40, to w tych warunkach mam szansę na wynik 5.30 – 6.00. Organizatorzy co roku dają bardzo łagodny limit 8 godzin – a więc źle nie jest.

Maraton

Stoję na linii startu. Nieco ostre, górskie powietrze przypomina o wysokości, na której jesteśmy. Jedno jest pewne – upału podczas tego biegu nie będzie. Jestem ubrany na krótko, ale na wszelki wypadek do Camelbaka włożyłem cienki ortalion (na przełęczy może ostro wiać a temperatura pewnie obniży się do 2 – 5C). Obok mnie tłum około tysiąca  uczestników maratonu i półmaratonu. Ci drudzy też wbiegają na przełęcz, ale najkrótszą drogą, przy deniwelacji ok. 1000 m. Rozglądam się. Obok startu hala sportowa, gdzie będzie zakończenie imprezy – dobrze, że tak blisko. Tuż przy niej zakład pogrzebowy. Pokazujemy go sobie palcem i zastanawiamy się: to tak na wszelki wypadek…?  Strzał startera, z prawdziwej fuzji, przerywa te refleksje. Biegniemy. Na razie chyba wszyscy. To najłatwiejszy odcinek trasy – 2 km. lekko pod górę asfaltem. Za chwilę droga zmienia się w szutrową, cały czas nachylenie do 5%. Jakoś idzie, ale wiem, że przede mną jeszcze 38 km. Po chwili nachylenie znacząco wzrasta i wtedy dylemat – mógłbym biec, ale trzeba umiejętnie gospodarować siłami. Przechodzę do marszu. Zrobiłem dobrze, próbujący biec sapią obok, poruszają się przy tym niewiele szybciej. Skręcamy w typową górską drogę, szlak wije się pod górę, w dole coraz słabiej widać Leadville, w końcu jesteśmy jakieś 300 metrów nad nim. Na pierwszym punkcie odżywczym myślę sobie – jest dobrze. Poruszam się w założonym tempie, a za chwilę zaczną się zbiegi. Trochę żal tych 400 m. w dół, mam świadomość, ile mnie kosztowały. Ale biegnie się bosko. Wokół hale typu alpejskiego, wdycham zapach kwiatów rosnących na wysokości 3500 m. Zbiegamy na 3400. Wiem, że tu naprawdę zaczyna się ten maraton. Pozostał odcinek prowadzący na przełęcz. Te 600 metrów w górę zapamiętam na długo. Z początku idę szybkim krokiem, potem zwalniam. Spojrzenie wokół – inni też zwalniają. Poruszamy się jak karawana Szerpów. Wtem jakieś poruszenie z przodu. Pierwszy zawodnik! Wraca z przełęczy. Biegnie pięknie mimo dużych kamieni na drodze. Przed siebie rzuca łagodnie sorry, sorry… Widzę ludzi siedzących przy drodze, sapią. Chcą się wycofać, czy tylko odpoczywają? Za chwilę ja też staję. Teraz wiem, że żadnego 5.30 nie będzie. Czuję się źle, jak… No właśnie – jak rok temu w Afryce, podczas ataku szczytowego na Kilimandżaro. Wtedy prowadzący  nas Tomek Kobielski, wówczas najmłodszy Polak , który zdobył Koronę Ziemi, pokazał nam, jak chodzi się w Himalajach. Zaczynam stosować to teraz. Sprawdziło się tam, może sprawdzić się tu. Liczę kroki. Dziesięć… trzydzieści… osiemdziesiąt. Po stu mam prawo się zatrzymać. Nie siadam. Dyszę na stojąco. Powoli dochodzę do siebie, ruszam. Liczę kroki… Spojrzenie w górę i wiem, że jeśli uda się utrzymać ten rytm, za pół godziny będę na przełęczy. Niestety nie udaje się. Kroków między inhalacjami jest coraz mniej. Osiemdziesiąt, potem pięćdziesiąt, w końcu dwadzieścia. Ale widać przełęcz. To dodaje sił. Wreszcie jest! Odcinek 9 km pokonałem 40 min wolniej niż chciałem. Teraz, po zmuszeniu się do zjedzenia czegoś energetycznego i uzupełnieniu kamelbaka, w dół. Nie udaje się jednak zmusić organizmu do biegu. Najlżejszy trucht, po minucie powoduje utratę normalnego oddechu. Nie będzie 6.00. Patrzę na zegarek i wiem już, dlaczego limit czasu to 8 godzin. Chyba… zdążę. Chciałbym.

Na szczęście wraz z obniżeniem wysokości o każde sto metrów, czuję się lepiej. Hej, jest dobrze, znowu jest dobrze! Mogę truchtać. I nic to, że zamiast prosto do mety z półmaratończykami, musimy jeszcze zrobić pętlę, na której czeka 400- metrowe podejście. Radosny, nie zwracam uwagi na gromadzące się chmury. No tak. Po drugiej po południu, co drugi dzień w górach wokół Leadville są burze, a wczoraj nie padało. Kończy się 5. godzina biegu i grzmoty robią się naprawdę nieprzyjemne. Trochę pada, więc ponownie zakładam ortalion. Już tylko 8 km. Jeśli dotrę do punktu odżywczego, będę miał już tylko w dół. Jest punkt!  Przestało też padać. Wydaje mi się, że jestem bliżej końca stawki, ale złamię 7 godzin. Końcówka jest znowu dobra. Zbiegam dość szybko, wymijając po drodze kilkanaście osób. Na dwa kilometry przed metą żona robi mi zdjęcie. Krzyczę, że wszystko w porządku. Wbiegam do Leadville, które podoba mi się jeszcze bardziej. Nawet kolor budynku zakładu pogrzebowego wydaje mi się radosny.

Kroki540

Ostatecznie zajmuję miejsce idealnie w połowie stawki zawodników. Biorąc pod uwagę, że 80 % uczestników to biegacze z Kolorado trenujący na co dzień na wysokości 2000 m., nie jest to zły wynik. Dotychczas żadnego maratonu nie biegłem w 6:13. Ale może to co ciekawe i na swój sposób przyjemne powinno trwać trochę dłużej.

Wyniki:

Leadville Trail Marathon 2009
1.    Denis Flanagan            3:32;30
2.    Anton Krupicka            3:40;21
3.    Duncan Callahan         3:49;47

134. Grzegorz Radomski   6:13;55