31 maja 2019 Redakcja Bieganie.pl Sport

Duble Kipruto i finisz Starego Lisa – relacja z DL w Sztokholmie


Biegowe konkurencje Diamond League w Sztokholmie stały na zróżnicowanym poziomie, choć miały swoją dramaturgię. W czwartek 30 maja sprinterzy biegali wolniej, a na wyróżnienie zasługują jedynie wyniki Kendry Harriosn na 100 m przez płotki (12.52) oraz Diny Asher-Smith na 200 m (22.18). Rewelacyjny czas na 10000 m uzyskał Rhonex Kipruto (26:50). Panie wywracały się na 5000 m, zaś Marcin
Lewandowski po świetnym finiszu zajął trzecie miejsce na 800 m (1:46.79).

Szwecja przywitała zawodników startujących w zawodach Diamentowej Ligi prawdziwie jesienną aurą. Nad Sztokholmem zawisły granatowe chmury, miejscami hulał wiatr, a temperatura powietrza oscylowała w okolicach 10 stopni Celsjusza. Zimno sprzyjało długodystansowcom, którzy na zwieńczenie mitingu wystartowali w biegu na 10000 m mężczyzn. W tych okolicznościach przyrody problemy mieli jednak sprinterzy oraz zawodnicy w konkurencjach technicznych.

Ciosy w twarz i jednoosobowe finisze

Albert Einstein miał powiedzieć, że „szaleństwem jest robić wciąż to samo i spodziewać się różnych rezultatów”. W biegu na 400 m panów, Rai Benjamin identycznie jak podczas DL w Szanghaju, wyrwał z bloków jak szalony. Amerykanin tym razem startował na dystansie płaskim, podczas gdy w Chinach ścigał się przez płotki i była to jedyna różnica w jego biegu. Jeśli chodzi o samą taktykę, znowu otworzył piekielnie mocno trzysetkę, żeby na ostatniej prostej ponieść porażkę.

W Szanghaju Amerykanina ograł Samba, natomiast w Sztokholmie zdecydowanie lepiej rozłożył siły kolega z grupy treningowej, Michael Norman – który przewodzi na listach światowych z uzyskanym jeszcze w kwietniu wynikiem 43.45. Czas zwycięzcy to tym razem „zaledwie" 44.53, drugi Benjamin tylko na ostatniej setce stracił do niego 0.6 s, meldując się na linii mety z 45.13. Podium domknął kolejny Amerykanin Michael Cherry (46.30). Niesprzyjający sprinterom szwedzki chłód, zebrał pierwsze żniwo, Benjamin wspominał w wywiadzie za linią mety, że dostał prawdziwy cios wiatru w twarz na finiszowej prostej.

Na 1500 m kobiet niezagrożona triumfowała Laura Muir. Biegu nie wliczano do końcowej klasyfikacji DL, co dość wyraźnie przełożyło się na niższy poziom sportowy. Brytyjka, która zimą błyszczała w hali zdobywając dwa złota HME w Glasgow (1500 m i 3000 m), zwyciężyła pewnie z wynikiem 4:05.37. Druga na mecie Marokanka Akkaoui straciła ponad 4 sekundy. Prawdziwy nokaut. Muir ostatnie 400 m pokonała w efektowne 61.77 i można mniemać, że po doskonałej zimie, jej forma nie wyparowała.

Zimne powietrze zaszkodziło faworyzowanemu Guliyevovi w biegu na 200 m. Turecki mistrz świata z Londynu dość niespodziewanie przegrał z Kanadyjczykiem Brownem. Jeszcze na wirażu wydawało się, że będziemy świadkami wyrównanej końcówki. Jednak po wyjściu na prostą Aaron Brown pokazał światu sprinterski luz, podczas gdy Ramil Guliyev poruszał się z dynamiką Robocopa. Reprezentant Kanady swoim 20.06 „wskoczył” na 7 miejsce tegorocznych list i zainkasował ważne punkty do generalnej klasyfikacji cyklu DL. Guliyev dobiegł drugi z czasem 20.40, a podium uzupełnił Jereem Richards osiągając 20.45.

W biegu na 100 m przez płotki pań, pomimo nie najlepszych warunków
atmosferycznych, mogliśmy obserwować rywalizację najwyższych lotów. O
odpowiedni poziom zawodów zadbała rekordzistka świata Kendra Harrison.
Nie był to jednak spektakl jednej aktorki, ponieważ do szóstego płotka
to Sharika Nelvis nadawała ton rywalizacji. Sprinterka w
charakterystycznym, mocnym makijażu i pomalowanych na fioletowo ustach
skapitulowała dopiero w drugiej części dystansu. I to z kretesem. Ostatecznie Harrison
(12.52) przed Nelvis (12.69) i Nigeryjką Amusan (12.85).

Niestabilna Rengeruk

Dużo działo się podczas biegu na 5000 m kobiet i niekoniecznie chodzi o spektakularne wyniki. Bieg rozpoczął się od ewidentnego podziału na dwie grupki. Pierwszą zasilały Afrykanki, drugą próbujące dotrzymać im tempa Europejki i „rodzynka” z Kanady Debues-Stafford. Stawka była mocno rozciągnięta i choć wydawało się, że miejsca jest sporo, nie obyło się bez kolizji. Najpierw powrót do przeszłości zaserwowała Lilian Rengeruk. Kenijka podobnie jak podczas inauguracyjnych zawodów w Dausze, zaliczyła mały pit stop na tartanie. Straciła sekundę, może dwie, ale sprawnie podniosła się z ziemi i zdołała dogonić grupę. Można było sądzić, że limit kolizji jak na jeden bieg został wyczerpany, ale skoro w stawce znajdowała się Rengeruk…

Kenijka kilkaset metrów później, pokrzyżowała plan na zwycięstwo koleżance z reprezentacji Hellenie Obiri. Obie zawodniczki tak niefortunnie zahaczyły się nogami, że tym razem to Obiri legła na bieżnię jak długa. Wygrywająca w tym sezonie wszystko mistrzyni świata po upadku nie była już w stanie nawiązać rywalizacji. Pociąg odjechał zostawiając ją daleko za sobą. Na ostatnim okrążeniu z bardzo dobrej strony pokazała się natomiast Kanadyjka Debues-Stafford. Przez moment wydawało się, że nawiąże walkę z Afrykankami, jednak na ostatniej setce najmocniejsza była Tirop (14:50.82) przed Worku (14:51.31) i Rengeruk (14:51.34). Ostatecznie Debues-Stafford skończyła tuż za podium, ale za to z rekordem swojego kraju, który od czwartku wynosi 14:51.59.

Stary Lis prawie zdążył

Krajowi miłośnicy LA najbardziej czekali na występ jedynego Polaka na szwedzkiej bieżni – Marcina Lewandowskiego w biegu na 800 m. 31-latek, w wywiadach często nazywający siebie Starym Lisem bieżni, ostatni raz ścigał się na dystansie dwóch okrążeń na stadionie we wrześniu zeszłego roku. Zimą w hali traktował osiemsetkę bardziej jako element przygotowań, niż start docelowy. Lewandowski podczas prezentacji zawodników tradycyjnie pogroził palcem do kamery, po czym wygłosił krótkie pozdrowienie – zaklęcie. Oprócz naszego reprezentanta, jako faworyci do zwycięstwa w wyścigu jawili się Amel Tuka, Andreas Kramer, czy Erik Sowiński. Na pierwszym torze stał zmarznięty Nicholas Kipkoech z krzywo przypiętym numerem startowym i gdyby tylko był w życiowej formie (1:43.37), również Kenijczyka należałoby wskazywać, jako kandydata do victorii.

Bieg rozpoczął się od mocnego uderzenia pacemakera Haruna Abdy. Amerykanin ruszył nie na żarty. Śmignął pierwsze dwieście metrów w 24 s, żeby na półmetku pojawić się w 50.42 s. W teorii, tempo na rekord świata. Lewandowski biegł schowany na ostatniej pozycji. Po zejściu pacemakera, liderem wyścigu został Portorykańczyk Ryan Sanchez. Wydawało się, że szybko zapłaci za swój atak z okolic 300-tki, jednak metry mijały a reprezentant Puerto Rico zmierzał po wygraną z coraz większą przewagą. Jeszcze 60 m do kreski miał około 10 m zapasu nad resztą stawki…

Dopiero na ostatnich metrach Sanchez został dopadnięty najpierw przez Tukę, a następnie przez atakującego po czwartym torze z ostatniej pozycji Lewandowskiego. Przed tym pierwszym nie udało się obronić, ale już z Polakiem Sanchez sobie poradził, broniąc drugie miejsce czasem 1:46.77. Trzeciemu na mecie Lewandowskiemu  zabrakło do zawodnika z Portoryko 2 setnych sekundy. Wygrał Tuka z 1:46.68. Czas Polaka to wynik o sekundę słabszy od minimum na mistrzostwa świata. Po tym piorunującym finiszu wydaje się, że w lepszych warunkach pogodowych, Marcin Lewandowski bez problemu dołączy do Adama Kszczota i również będzie mógł cieszyć się z uzyskania kwalifikacji na 800 m na MŚ.

W piękniejszej, bo kobiecej odsłonie ośmiuset metrów, bez większych kłopotów triumfowała Ajee Wilson. Gdy po pierwszym okrążeniu bieżnię opuściła pacemakerka Yarigo, od razu na pozycji liderki zameldowała się właśnie Amerykanka i nie oddała prowadzenia do samej mety. Wilson zwyciężyła z czasem 2:00.87, druga przybiegła Etiopka Alemu (2:01.26), a trzecia finiszowała Jepkosgei (2:01.98). Europejki zupełnie nie nawiązały walki. Najlepsza była Szwedka Lindh z przeciętnym 2:02.93. Na dystansie dwóch okrążeń nie zobaczyliśmy Caster Semenyi, która pauzuje w związku z narzuconym przez IAAF obowiązkiem terapii hormonalnej. Reprezentantka RPA nie składa jednak broni, otwarcie mówi, że nie podda się leczeniu i zamierza w tym roku jeszcze wystartować, ale na 3000 m. Przypomnijmy, że nowe obostrzenia dotyczące terapii hormonalnej dotyczą jedynie zawodniczek, które planują startować na dystansach od 400 m do 1 mili.

Asher-Smith odjeżdża

Dosyć niespodziewane rozstrzygnięcie przyniósł wyścig na 200 m pań. W blokach zobaczyliśmy prawdziwą śmietankę kobiecego sprintu. Tor trzeci Lalova-Collio, tor czwarty Asher-Smith, tor piąty Thompson, na szóstce stanęła Schippers, a grono faworytek domknęła Prandini, której przyznano miejsce na torze numer siedem. Pierwsze sto metrów po wirażu, o dziwo bardzo dobrze otworzyła Holenderka Schippers, która znana jest raczej ze swojej doskonałej wytrzymałości szybkościowej, niż atomowego wyjścia z bloków. Na zdrowy rozsądek, można było oczekiwać, że druga setka tylko doda wiatru w żagle aktualnej mistrzyni świata na 200 m (tym bardziej, że zawodniczki biegły ze sprzyjającymi porywami +1,3 m/s).

Stało się zupełnie inaczej. Holenderska maszyna z każdym kolejnym metrem sztywniała, natomiast z wielką swobodą biegła Dina Asher-Smith, która rozbiła rywalki w pył ustanawiając najlepszy wynik na listach światowych w tym sezonie – 22.18. Schippers ostatecznie przecięła linię mety na trzeciej pozycji z wynikiem 22.78, dając się również przegonić mistrzyni olimpijskiej Jamajce Thompson (22.66 s). Asher-Smith już w zeszłym sezonie pokazała się ze świetnej strony triumfując w ME i wielu biegach Diamentowej Ligi. Teraz Brytyjka wzmocniła się i ewidentnie jest w gazie – pytanie tylko, czy utrzyma taką dyspozycję aż do jesiennych MŚ w Dosze.

Wolny półtorak i trudny język norweski

Organizatorzy imprezy w Sztokholmie bardzo liczyli na efektowne 1500 m mężczyzn, ściągając do stolicy Szwecji takie gwiazdy, jak bracia Ingebrigtsen (Jakob i Henrik) czy bracia Manangoi (mistrz świata na półtoraka Elijah i młodszy George z przyzwoitą życiówką 3:35.53). Oba rodzeństwa pogodził wicemistrz świata na 1500 m Timothy Cheruiyot, który w przeciwieństwie do swoich najgroźniejszych rywali od początku pilnował czoła stawki. Przygarbiony, przykurczony, niezbyt atrakcyjny w ruchu dla biegowych estetów Cheruiyot pobiegł bardzo skutecznie. Na okrążenie przed metą zmienił na pozycji lidera ostatniego z pacemakerów, żeby stopniowo zyskiwać przewagę nad kolejnymi zawodnikami. Kluczowe okazało się ostatnie 150 metrów, kiedy Kenijczyk wrzucił swoją najwyższą przerzutkę i odjechał. Za jego plecami trwała walka o drugie miejsce, które ostatecznie obronił przed atakiem młodszego z braci Ingebrigtsen Jakoba, reprezentant Dżibuti Souleiman. Czasy nie powaliły na kolana. 3:35.79 zwycięzcy, oraz identyczne 3:37.30 Ingebrigtsena i Souleimana to wyniki dużo słabsze od poziomu, który biegacze na 1500 m zaprezentowali przed miesiącem w Dosze. W Katarze dziewiąty na mecie Ryan Gregson, uzyskał 3:35.10…

Przy motywie muzycznym hard rockowego zespołu System of a Down dokonano prezentacji sprinterów na dystansie 400 m przez płotki. Podczas przedstartowej ekspozycji sportowców najbardziej w klimat mocnego grania wpasował się Karsten Warholm. Norweg robił wrażenie naładowanego jak elektrownia Kozienice. Dwa razy uderzył się dla orzeźwienia po twarzy, po czym wydał bojowy okrzyk. Choć w redakcji nie znamy języka norweskiego, z mowy ciała sprintera można było wyczytać, że wykrzyczał mniej więcej taką kwestię: „Jestem w formie i za chwilę to udowodnię".

Halowy mistrz Europy na płaskie 400 m z Glasgow nie dał żadnych szans rywalom. Wyszedł na prowadzenie od pierwszego płotka, a później tylko uciekał. Atakował listwy z dużą energią, sprawiając wrażenie, jakby ustawione na torze przeszkody wcale go nie spowalniały. Norweg, drugiego na mecie Amerykanina Holmesa, zostawił o niemal 1.5 sekundy. Prawdziwy lekkoatletyczny nokaut. Warholm świętował zwycięstwo w swoim stylu. Zdjął trykot do pasa, napiął mięśnie brzucha i klatki piersiowej, tak jakby miały za chwilę eksplodować, po czym znowu coś krzyknął. Choć nie znamy w redakcji języka norweskiego, możemy wywnioskować, że wypowiedział mniej więcej taką kwestię: „A nie mówiłem, że jestem w formie?!". Rezultat 47.85 w wymagających warunkach pogodowych, jak najbardziej potwierdza, że Norweg będzie w tym sezonie kandydatem do medalu światowego czempionatu. Jak na razie brązowego – szybciej pokonywali płotki w ostatnim czasie Abderrahman Samba oraz Rai Benjamin.

Duble Rhonexa Kipruto

Niejako na deser, po zakończeniu oficjalnego programu Diamentowej Ligi organizatorzy zaproponowali kibicom bieg na 10000 m mężczyzn. Czy kibice skorzystali z tej propozycji? Niekoniecznie. Stadion bowiem wyraźnie opustoszał, a na krzesełkach zostali tylko prawdziwi koneserzy długiego dystansu, oraz bliscy samych zawodników. Przed szklanym ekranem zasiadła już natomiast jedynie redakcja bieganie.pl.

Początkowo, bieg był rozprowadzany przez Kenijczyków na czele z Peterem Kiprotichem. Na trzecim kilometrze tempo oscylujące w granicach 2:45-2:40 przestało podobać się Etiopczykowi Gebrhiwetowi, który czwarty kilometr poprowadził w 2:38. Podkręcone tempo momentalnie rozerwało stawkę, tworząc długi, niemal stumetrowy sznur biegaczy. Na pomysł o przyśpieszeniu jaki miał Gebrhiwet pozytywnie odpowiedział jedynie Rhonex Kipruto. Panowie od czwartego kilometra zaczęli wyraźnie uciekać od reszty peletonu. W międzyczasie Julien Wanders, największa nadzieja Europy na długim dystansie, zrzucił rękawki z ramion i delikatnie zaczął przesuwać się do przodu z odległej, dwunastej pozycji.

Trudno powiedzieć, żeby wyścig posiadał jakąś szczególną dramaturgię. Tandem Kipruto-Gebrhiwet konsekwentnie robił swoje, powiększając przewagę, a następnie dublując kolejnych zawodników. Ostatecznie tempa, które na drugiej „piątce” kręciło się w okolicach 2:42/km, nie wytrzymał Etiopczyk i na dwa i pół okrążenia przed metą powiedział „pas” puszczając przodem rywala zza afrykańskiej miedzy. Kipruto ostatnie 400 metrów pokonał w 60.12 s, wygrywając bieg na 10000 m z czasem 26:50.16, co dało rekord życiowy, królowanie na listach światowych, oraz premiowany finansowo, rekord mitingu. Jest to rewelacyjny wynik, chociaż Kipruto, były mistrz świata juniorów potrafił już na ulicy biegać szybciej (jego „asfaltowa" życiówka to drugi wynik w historii – 26:46). Drugi w Sztokholmie Gebrihwet stracił do zwycięzcy 11 sekund, podium uzupełnił Aaron Kifle z Erytrei (27:27.68). Julien Wanders finiszował na szóstej pozycji z nową życiówką 27:44.36. Od pewnego czasu wiadomo, że gdy Wanders ustanawia rekord życiowy, jest to zarazem rekord Szwajcarii. Tak właśnie było i tym razem, chociaż w mediach społecznościowych zawodnik wyraził dezaprobatę wobec swojego czwartkowego występu.


Kolejne zawody w ramach Diamentowej Ligi, odbędą się 6 czerwca w Rzymie. Miejmy nadzieję, że Włosi zadbają o lepsza pogodę niż Szwedzi. Na Golden Gala zapowiada się ciekawa rywalizacja – szczególnie w biegu na 1500 m, w którym powalczy Laura Muir oraz rekordzistka świata Genzebe Dibaba, a także w wyścigu na 200 m, gdzie awizowano Lylesa, Normana, Guliyeva oraz Tortu.

Pełne wyniki DL w Sztokholmie

Redakcja Bieganie.pl