FelietonKrystynaRoszak752
17 kwietnia 2020 Redakcja Bieganie.pl Sport

długie cienie: kubańskie cygara


Zapadam w ciężki sen. Za oknem w ciemnościach głosy, dźwięki, zwiastujące jakiś koniec i początek. Czasem ostry hałas motocyklowego silnika, nad ranem koguty. Jednostajny szum wiatraka. Gdy zbudzę się o szóstej rano, zajmie mi chwilę zanim przypomnę sobie, gdzie się znalazłam tym razem, w jakim łóżku się budzę i czy te cienie za żółtą firanką są groźne, czy przyjazne. Zaraz zacznie wschodzić słońce i łagodne różowe światło przypomni, że oto kolejny koniec świata, na który przybyłam czystym przypadkiem i w poszukiwaniu czegoś, co nie ma nazwy, ale czego jeszcze na pewno nie odnalazłam. Oto jestem na południowym wybrzeżu zaczarowanej wyspy, dla której mariaż tropikalnego klimatu, karaibskiej duszy i twardego komunizmu okazał się zabójczym. Kuba dziś zbiera się do kupy, staje powoli na nogi, choć ostatnie sześćdziesiąt lat historii odcisnęły się brutalnym piętnem na jej naturalnym pięknie i w sercach niegdyś radosnego, prosperującego narodu.

Już jutro wsiądę do samolotu, który zabierze mnie do starej dobrej Gwatemali. Czeka mnie jeszcze długa droga z Playa Giron, gdzie właśnie piszę te słowa nad filiżanką mocnej kawy, do miasta nie z tej ziemi – Hawany. O rany, w Hawanie to kiedyś koniecznie trzeba pobiec w maratonie. Malecon, nadmorski bulwar, to właściwie całkiem smutna sprawa. Musiał kwitnąć przed 59 rokiem, to widać jak na dłoni. Od razu wyobraźnia podpowiada tych spacerujących Latynosów pod rękę z Amerykankami, z parasolkami, w białych kapeluszach i ciemnych okularach, sączących rum na balkonach kolonialnych budynków, lub zasiadających wygodnie na siedzeniach lśniących amerykańskich kabrioletów. Dziś został z tego popękany szeroki chodnik, niski mur, za którym najbiedniejsi dokonują porannych ablucji w słonej wodzie; chylące się ku ruinie rezydencje i dużo spalin. Wieczorami przesiaduje tu młodzież, w dzień kręcą się pojedynczy senni obcokrajowcy. Wczesnym rankiem jednak Malecon żyje, żyje naprawdę – ci, co tu spali, powoli znikają, pojawiają się ci, którzy wśród spalin pokonują kilometry. I ja wśród nich, dziwiąc się wszystkiemu i niczemu zarazem.

Ale tutaj, w Playa Giron, jest zupełnie inaczej. Cicho. Droga do La Caleta jest płaska, szeroka i przyjemna, równy, jeszcze odbijający chłód nocy asfalt. Jestem znów zupełnie sama i tak bardzo potrzebuję tej samotności. Kawałek od wsi mija mnie staruszek na rowerze w wielkim słomianym kapeluszu; obok niego drepcze wychudzona łaciata psina. Potem spotkam jeszcze trzech jegomości i psa na wozie zaprzężonym w melancholijną szkapę i nikogo więcej na przestrzeni dwunastu kilometrów. Na kamienistych wąskich półwyspach wcinających się ostro w morze spacerują chude, białe ptaszyska na długich nogach. Droga wije się łagodnymi zakolami, bez niespodzianek, bez zaskoczeń. Wreszcie znad gęstego tropikalnego lasu wyłazi słońce; wylewa się jaskrawą zupą na drogę przede mną, oślepia na moment, pozbawia cienia. Słońce tutaj, na Karaibach, ma zupełnie inną moc niż słońce europejskie. Ono nie daje prostego zastrzyku jak energożel; ono tę energię pochłania i oddaje w zupełnie odmienionej formie; bardziej przetworzonej, skupionej wewnątrz ciał i dusz. Rozleniwia w swej bezlitosności, jednocześnie kumulując się w ludzkich organizmach by potem, po zmroku, znaleźć ujście w tym blasku w oku, w hipnotyzujących ruchach bioder, w głośnym śmiechu, w muzyce. To słońce nie jest łatwe w odbiorze, jak pierwsze wiosenne promienie nad Polską po wrednej zimie. To jest przeznaczeniem, wyrokiem, błogosławieństwem i przekleństwem, czystą naturą tych ludzi. Daleko mi do nich, choć skóra moja przybrała już rdzawy kolor. Czuję strużki potu płynące po dekolcie i myślę, że ta droga nigdy się nie skończy, nigdy nie zawrócę, że to słońce upiorne w końcu wciągnie mnie raz a dobrze i przepali do kości. Biegnę, bo co innego mi pozostaje.

________________________________
Krysia Roszak. Profesjonalna powsinoga. Jeśli gdzieś jej jeszcze nie było, to niedługo będzie. W chwili, w której czytasz te słowa, zapewne zbiera lecznicze zioła na stokach wulkanu, lepi japońskie pierożki, gania owce na końskim grzbiecie, stoi na głowie lub gapi na zachód słońca. Gdzie tylko może, tam biegnie, bo szkoda jej czasu na zwykłą wędrówkę. Tym sposobem przebiegła już pół świata, łącznie z piekłem Miedzianego Kanionu, w co do dziś sama nie wierzy. Gardzi wszelkimi butami, nigdy nie założy garsonki, mieszka na jachcie. Bardzo chce jej się żyć.