new balance 880
 
27 marca 2015 Redakcja Bieganie.pl Sport

Denise Robson – pełen etat, trzy córki, 46 lat i 2:41 w maratonie


Podczas niedawno zakończonego obozu Bieganie.pl w kenijskim Iten mieszkaliśmy w ośrodku HATC, który swoim silnym zorientowaniem na sportowców przyciągał biegaczy ze wszystkich stron świata. Jedną z najciekawszych postaci, jakie dane nam było tam poznać, jest Denise Robson – maratonka z Kanady.

1.jpg

 

Ułożone i zadbane włosy, delikatny makijaż, a do tego świetna, nawet jak na wyczynową biegaczkę, sylwetka i rzucający się w oczy – z całą pewnością wypracowany w pocie czoła – kaloryfer na brzuchu. Denise swoją niepospolitą prezencją przykuwała uwagę niemal wszystkich facetów przebywających w ośrodku. Gdy dowiedziałem się, że w parze z atrakcyjnym opakowaniem idzie niezwykle wysoki poziom sportowy jak na jej wiek – niemal 47 lat, uległem namowom (głównie męskiej części obozowiczów Bieganie.pl) i postanowiłem przeprowadzić wywiad z zapadającą w pamięć biegaczką. Nie protestowała. Na rozmowę umówiliśmy się ledwie kilka godzin po tym, gdy propozycja padła z moich ust. Mimo, że wywiad wypadał już 10 minut po zakończeniu bardzo wyczerpującej, 45-minutowej sesji core stability dla wszystkich klientów ośrodka, pojawiła się przebrana, umalowana i doskonale przygotowana. Przed rozmową sprawdziła, czym jest Bieganie.pl, a mi sporządziła listę swoich osiągnięć i zapisany na kartce wykaz swoich życiówek. Oto one:

 

  • 5 kilometrów – 16:55 (uzyskane w 2009 roku, w wieku  41 lat)
  • 10 kilometrów – 34:58 (uzyskane także w 2009 roku, w wieku 41 lat)
  • Maraton – 2:41 (uzyskane w 2008 roku, w wieku 40 lat) 

Robi wrażenie? Wyobraźcie sobie, że nieco więcej niż parę lat wcześniej jej bieganie ograniczało się do joggingu po i w trakcie pracy. To dopiero talent!

Ok. Koniec tych dywagacji, pora dowiedzieć się jak doszła do tych wyników. Dlaczego nie zaczęła biegać wcześniej? Jak wygląda trening kobiety dojrzałej? Zapraszam do lektury wywiadu.

* * *

 

Uzyskałaś swoją maratońską życiówkę – 2:41 w 2008 roku, miałaś wtedy 40 lat, tak?

Owszem!

Trochę późno się rozkręciłaś.

Moja historia jest rzeczywiście specyficzna. Trochę biegałam w liceum. Ale potem truchtanie kompletnie zeszło z orbity moich zainteresowań. Na jakieś… 15 lat. Oczywiście – trochę się ruszałam. Chodziłam na spacery. Ale sport był dla mnie mało istotny. Urodziłam trójkę dzieci, trójkę córek, byłam w związku, dużo pracowałam. I to były moje priorytety.


To dlaczego znowu zaczęłaś biegać? Przepraszam – trenować bieganie.

To trywialne, ale gdybym miała podać jedno, kluczowe wydarzenie, które sprawiło, że moja przygoda z bieganiem, po tylu latach, rozpoczęła i co ważniejsze – rozkręciła się na nowo, byłby to rozpad mojego 20-letniego związku. Miałam mnóstwo stresu w domu. Wiadomo, jak jest kiedy coś takiego się kończy. Pewnego dnia jeden z moich współpracowników widząc moją skwaszoną minę rzucił propozycję: „Denise, może przyłączysz się do nas? Biegamy podczas przerwy obiadowej, dobrze Ci to zrobi!”. Nie robiłam tego co prawda od 15 lat ale pomyślałam „a co mi tam, spróbuję!”. Dzień później przyniosłam do pracy swoje stare buty biegowe i poszłam z nimi na trening. Zrobiliśmy 3 mile. To była męczarnia, nie mogłam mówić, nie mogłam chodzić, ale złapałam dystans, także w przenośni. I było mi z tym świetnie.


Kiedy dokładnie to było?

W 2005 roku. 


I złapałaś bakcyla?

Jak najbardziej. Te bieganie w trakcie przerwy lunchowej stało się dla mnie nawykiem. Nie mogłam wyjść do pracy nie pakując uprzednio do torby butów biegowych. Uzależniłam się. Po prostu. 


Co było dalej?

Po dwóch miesiącach usłyszałam kolejną propozycję od znajomych z pracy: „Denise, a może pobiegniesz z nami maraton, tu u nas – w Kanadzie?”. To brzmiało niedorzecznie. 5 km? Spoko. 10 km? Okej, ale 42 kilometry? Masakra, nie wyobrażałam sobie, jak mogłabym się z tym rozprawić. Ale po chwili namysłu stwierdziłam, że wyzwania są po to, żeby się z nimi mierzyć. Więc się zgodziłam! Miałam w sobie mnóstwo entuzjazmu. Od razu znalazłam jakieś gotowe plany treningowe w Internecie i zabrałam się do roboty.


Nie miałaś żadnego trenera?

Nie, skąd. Maraton nie był nawet na mojej „bucket list”. Nie myślałam o nim w ogóle, zanim nie padła ta propozycja. 


Zaczęłaś treningi jednocześnie pracując, tak? Opowiedz o tym, czym się zajmowałaś.

Nadal się zajmuję. Pracowałam i pracuję na pełen etat w kanadyjskiej firmie ubezpieczeniowej. Zdarzało się zostawać po godzinach. Dodatkowo miałam trójkę dzieci. Nie było łatwo.


I jak Ci poszło z tym pierwszym maratonem?

Ciekawa historia wiąże się z tymi treningami z ludźmi z pracy. Osoby, które mnie namówiły, dwie koleżanki, miały ze mną biegać, przygotowywać się i następnie – przebiec maraton. Ale obie złapały kontuzje. I zostałam sama. Ale nie wymiękłam i dociągnęłam do końca przygotowania. Trwały łącznie 5 miesięcy. 


Pamiętasz ile kilometrów wtedy biegałaś?

Ciężko sobie przypomnieć, ale wątpię, żeby w jakimkolwiek okresie przekraczały 80 kilometrów tygodniowo. Pamiętam, że w całym cyklu przygotowań zrobiłam dwa długie, 25-kilometrowe wybiegania. 

3.jpg

 

I jak Ci poszło? Opowiadaj!

Byłam strasznym żółtodziobem. Nie wiedziałam, z czym to się je. Pamiętam, że miałam na sobie bawełniane spodenki i bawełnianą koszulkę. To na pewno nie było moim sprzymierzeńcem. Nie wiedziałam też, jaką strategię obrać. Ale od razu po rozpoczęciu biegu złapałam się dwóch facetów, których tempo mi pasowało. Trochę z nimi rozmawiałam podczas biegu. Obaj celowali w 3 godziny i 15 minut po to, aby zakwalifikować się do maratonu w Bostonie. Kiedy powiedziałam, że dla mnie ten wynik i ta prędkość jest ok dali mi delikatnie do zrozumienia, że wątpią w moje możliwości, że osłabnę. Ale co tam. I tak mijał bieg.


Niech zgadnę – wyprzedziłaś ich?

Tak, w pewnym momencie to oni mieli problem z utrzymaniem dotychczasowego tempa. A ja jakoś się trzymałam. I zostali w tyle. Ale po jakimś czasie sama zaczęłam się coraz bardziej męczyć. Słabłam. Aż nagle od kibiców usłyszałam „jest i pierwsza kobieta, jedziesz!”. Kiedy to do mnie doszło, już nie mogłam się poddać i wytrzymałam do końca. Dobiegłam do mety, tylko kilka razy na chwilę przechodząc do marszu, pod sam koniec.


Wynik?

3 godziny i 13 minut.


Taki rezultat, w debiucie, w Twoim wieku, i po takich przygotowaniach budzi respekt. Zrozumiałaś wtedy, że masz spory talent?

(Wyraźnie zawstydzona) Trochę tak. 


Jak potem wyglądało Twoje bieganie?

Uzyskany w debiucie rezultat dał mi kwalifikację do niezwykle popularnego u nas maratonu w amerykańskim Bostonie. Przygotowywałam się do niego skrupulatnie, ale też popełniając typowe błędy, jakie wiążą się z korzystaniem z gotowego planu treningowego w Internecie. Pobiegłam w efekcie 3 godziny i 5 minut. W trakcie przygotowań robiłam tylko spokojne wybiegania, zero tempa, zero poważniejszych akcentów. A skończyłam jako 71. kobieta w najbardziej legendarnym maratonie świata. Wtedy uwierzyłam w swoje bieganie, uwierzyłam w siebie i nabrałem dodatkowej motywacji do treningów. Tuż po tym maratonie definitywnie skończył się mój długoletni związek, więc zapału do udeptywania kilometrów, wyładowania się, miałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.


Od tego pierwszego Bostonu minęło dokładnie 10 lat. W ciągu dekady poprawiłaś się o ponad 20 minut. W 2010 roku wygrałaś w Boston Marathon kategorię „masters”, uzyskując przy tym wartościowy wynik – 2:43. To różnica kilku sportowych klas, w porównaniu do pierwszych dwóch maratonów. Opowiedz, jak tego dokonałaś.

Wracam do tego pierwszego Bostonu, w 2005 roku. Dobiegłam już do mety. Jestem zmęczona jak diabli. Doczłapałam właśnie do masażystów. Leżę na kozetce. I nagle zagaduje do mnie, wyraźnie z uznaniem, mężczyzna, który leży obok: „Musiałaś być wysoko wśród kobiet, skoro już tu jesteś. Brawa! Skąd pochodzisz?” Odpowiedziałam, że z Kanady. Dopytuje skąd konkretnie. Odrzekłam: Nowa Szkocja. Niesamowity zbieg okoliczności. Wyobraź sobie, że ten facet był z Kanady, z Nowej Szkocji i pracuje w tym samym budynku co ja. Rozmawialiśmy jeszcze z godzinę. Okazało się, że pochodzi z Maroko. Że od lat jest amatorem biegania, ale bardzo dobrym, ma życiówkę 2:28 i – co ważniejsze dla mojego dalszego biegania – że ma trenera, Kanadyjczyka z Nowej Szkocji, którego – jego zdaniem – powinnam poznać. Tak też się stało. Po pewnym czasie jego trener, czyli Cliff Matthews stał się także moim opiekunem. I ta współpraca trwa do dziś. Wszystko, co osiągnęłam od tego momentu zawdzięczam w dużym stopniu właśnie jemu.


Co trener zmienił w Twoich przygotowaniach?

Stały się bardziej profesjonalne, dopasowane do mnie. Ale trener, zwłaszcza na początku, nie szarżował. Kolejno, spokojnie i metodycznie wprowadzał do mojego biegania kolejne akcenty. Zaczęliśmy robić interwały, biegi tempowe. I to przyniosło efekty. W swoim trzecim maratonie pobiegłam już 2:44.


Takie bieganie, po 2:44, to już nie jest truchtanie po pracy, ale porządny trening, profesjonalnej atletki. Jak to godziłaś, ba – jak to godzisz z trzema córkami i pracą?

Teraz moje córki są już nastolatkami, więc nie wymagają tyle opieki i czasu, co kiedyś, ale życie rodzinne było i jest moim priorytetem. Dlatego to bieganie musiało się dopasować do mojego życia i pracy, a nie na odwrót. Jak to robiłam? Żonglowałam swoim czasem na bieżąco. Każda minuta doby musiała być mądrze rozplanowana. Kiedy tylko widziałam szansę na wolną godzinę robiłam wszystko, żeby wepchnąć tam trening. I jakoś się to udaje do dzisiaj. Chociaż czasem wieczorami jestem tak zmęczona, że zasypiam na stojąco. 


Od kiedy wskoczyłaś na poziom 2:44, 2:43, 2:41 w maratonie ile kilometrów biegasz? Jak trenujesz w tygodniu? Ile razy wychodzisz na trening?

Nie jestem królową nabijania kilometrów. Nie mam na to czasu. Podam przykład. Kiedy przygotowywałam się do tego maratonu, w którym uzyskałam rekord życiowy – 2:41 tylko raz w ciągu całego cyklu treningowego pokonałam w ciągu 7 dni więcej niż 100 kilometrów. To były chyba 109 kilometry. Zazwyczaj, i to się nie zmienia od lat, biegam 6 razy w tygodniu. Raz w tygodniu robię sprawność ogólną. 

2.jpg


Zdarza Ci się, jak kiedyś, biegać podczas przerwy obiadowej?

Czasem jest za krótka na cały trening (śmiech). Ale robię coś innego – kiedy jest ciepło biegam z pracy do domu lub z domu do pracy. Czasem wychodzi nawet szybciej niż samochodem. Muszę przyznać, że mój pracodawca bardzo wspiera mnie w bieganiu.


Macie tam dużo biegaczy?

Firma ubezpieczeniowa w której pracuję jest mocno związana z John Hancock, czyli sponsorem tytularnym maratonu w Bostonie. To się spina. Dlatego moi szefowie i współpracownicy mocno mi kibicują i kiedy mam do zrobienia największą, treningową robotę, przychylnym okiem patrzą na moje treningowe wyrzeczenia i rozterki, które nierzadko wpływają na dyspozycyjność zawodową. Natomiast po tym, gdy w 2010 roku wygrałam w Bostonie „masters”, mój pracodawca postanowił sponsorować mój udział w kolejnych edycjach biegu. To dało mi wielki spokój ducha.

Teraz, tutaj w Kenii, trenujesz do kwietniowego maratonu w Bostonie, tak?

Oczywiście. Moim marzeniem jest pobiec około 2:39, tyle wynosi rekord Kanady w kategorii „masters”,


Jak trenujesz w Afryce? Czym to się różni od tego, co robisz u siebie?

Cały dzień kręci się wokół biegania. To jest główna różnica. Trenuję dwa razy dziennie. Dużą uwagę poświęcam regeneracji. I postępujemy ostrożnie, w końcu to Kenia. Pierwszy akcent zrobiłam dopiero po półtora tygodnia pobytu. To było 16x 400 metrów, w tempie 1:31-1:35. Cóż… zobaczymy, co z tego kenijskiego biegania wyjdzie w kwietniu, w Bostonie.


Sprawdziłem, że jesteś w Kanadzie naprawdę popularna. Pewnie często jesteś przez tamtejsze media pytana i proszona o zmotywowanie kobiet, zwłaszcza takich w Twoim wieku, do uprawiania sportu. Jak reagujesz?

Robię to, bo sprawia mi wielką przyjemność. Każda namówiona, przekonana do sportu osoba to sukces. Co mówię? „Dream big, dream big at any age”. Jestem dla nich chyba inspiracją. Dlaczego? To może nieskromne, ale moje truchtanie w przerwie obiadowej w pracy, w ciągu ledwie kilku lat sprawiło, że zwiedziłam kawał świata, a teraz siedzę w Kenii, z Tobą, pijąc pyszną kawę.

* * *

PS. Trener Denise – Cliff, o którym wspomina w wywiadzie, zmarł na zawał serca wtedy, gdy przygotowywałem tekst do publikacji. Cześć jego pamięci.