12 grudnia 2008 Redakcja Bieganie.pl Sport

CZAPI – rozmowa z Pawłem Czapiewskim


Paweł Czapiewski to najbardziej znany polski średniodystansowiec. Po pierwsze, jest najbardziej utytułowanym z Polaków na dystansie 800m i w ogóle w biegach średnich. W swoim dorobku ma brązowy medal mistrzostw świata oraz mistrzostwo Europy z hali. Do tego fantastyczny rekord życiowy – 1.43,22. Biegał na największych imprezach, najmocniejszych mitingach, u boku najjaśniejszych gwiazd lekkiej atletyki – często zwyciężając. Ale to nie wszystko. Popularny „Czapi” to niesłychanie pogodny facet. Zawsze ma coś do powiedzenia, nie jest naburmuszoną gwiazdą, tylko sympatycznym, inteligentnym człowiekiem. Chętnie udziela wywiadów, jest też lubiany przez dziennikarzy i kibiców. To biegacz najwyższego lotu, a równocześnie – facet jak każdy z nas, z którym zawsze można porozmawiać na każdy temat. My – skupiliśmy się głównie na treningu i sporcie. Oto – Paweł Czapiewski.


czapi_5242.jpg

Co sie wydarzyło się w Pekinie – czytałeś pewnie komentarz do twojego biegu dany nam przez Zbigniewa Króla? Czy ty widzisz to tak samo, czy inaczej, czy chciałbyś to jakoś skomentować?

Na klęskę w Pekinie, moim zdaniem, złożyły się trzy elementy. Po pierwsze, stres. Dwa tygodnie w wiosce olimpijskiej to był ogromny błąd. Bo stres intensywny, ale krótkotrwały jest dla zawodnika korzystny (tak się dzieje, gdy przyjeżdżam bezpośrednio na zawody). Ale to, co się ze mną działo w Pekinie, to było powolne, ale systematyczne wypalanie się. Z eksplozją emocji w ostatnich dwóch dniach, kiedy to zgubiłem 1,5 kg i spałem w dwie noce łącznie 8 godzin.

Po drugie: fatalny układ biegu… Wydawało mi się, że losowanie miałem korzystne. Skończyło mi się wydawać, gdy zobaczyłem 55,90s na zegarze po przebiegnięciu 400m. Przy tak wolnym biegu groźnych jest nie dwóch rywali, ale sześciu. I nie ma taryfy ulgowej w postaci małego „q” – czyli zakwalifikowania się z czasem. Dotarło do mnie, że zrobiło się niesamowicie niebezpiecznie. Że MUSZĘ być w dwójce, choć by nie wiem co.

I w tym momencie dochodzimy do punktu numer trzy: straciłem głowę… Bo szybkie przeskoczenie na pierwszą pozycję z ostatniej było jeszcze ok. Ale wrzucenie najwyższego biegu na 300m do mety (a miałem już wtedy 50m sprintu za sobą) to był fatalny błąd. Bo taki numer to na Mistrzostwach Polski może przejść, ale nie na Igrzyskach. A swoją drogą, w życiu bym wcześniej nie pomyślał, że przebiegnięcie ostatnich 300m w 37,5s to może być za mało, żeby wejść nawet do półfinału.

Mimo 30 lat brakło mi przede wszystkim doświadczenia. Bo nazywanie doświadczonym zawodnika, który startuje na dużej imprezie drugi raz w ciągu 6 lat to chyba lekkie nadużycie semantyczne ; ) Dość częste zresztą w przypadku mojej osoby.

Jednak w tym sezonie wróciłeś do naprawdę mocnego biegania. 1:44:96 – który to wynik w Twojej karierze?

Dziewiąty. I dziesiąty poniżej 1:45,00. Co jednak najważniejsze – pierwszy raz od 6 lat złamałem prestiżową granicę 1:45.

Ten bieg w Szanghaju – które miejsce tam zająłeś i jak był rozgrywany ?

W Szanghaju Bungei mi się zrewanżował za miting Pedrosa i wygrał zdecydowanie. Ja przyleciałem drugi. W ogóle miałem farta z tym połamaniem 1:45, bo widząc, że nie wygram, ostatnie 20m puściłem. Nie zdawałem sobie sprawy, że idę na taki dobry wynik. Strasznie bym sobie pluł w brodę gdyby wyszło 1:45,01 ; ) A poszedłem mocno. Pierwsze okrążenie miałem w 51,5 czyli szybko jak na mnie. Ale wynikało to bardziej z dobrego samopoczucia niż z jakichś założeń taktycznych.

Jak patrzysz wstecz na ten sezon, na te biegi – to czy żałujesz jakichś momentów, jakichś decyzji, że np mogłeś finiszowac mocniej, szybciej, później – ciekawi mnie taki punkt widzenia zawodnika na jego przeszłe starty w sezonie. Czy czegoś się żałuje.

W tym sezonie byłem trochę pogubiony taktycznie. Nie za bardzo mogłem sobie znaleźć miejsce w wielu biegach. Najbardziej żałuję oczywiście Pekinu. Gdybym mógł cofnąć czas, to w eliminacjach poszedłbym mocno od startu do mety. Myślę, że spokojnie pobiegłbym poniżej 1:46. A wtedy awansowałbym dalej nawet z szóstego miejsca…

No to porozmawiajmy o treningu. Rozmawialiśmy z Twoim trenerem o tym, że rodzaj treningu jaki robiliście doprowadził Cie do kontuzji ale na mój zarzut, że to Cię wyeliminowało ze sportu na jakiś czas Zbigniew Król powiedział: „Niech Pan zapyta Pawła, czy nie było warto?”. No więc pytam – warto było ?

Podam przykład z 2005 roku. To był już trzeci rok gdzie ciągle mi coś nowego wyskakiwało. Trener w końcu powiedział „możesz biegać nie tak bardzo dynamicznie nie na śródstopiu, tylko mniej ryzykownie, na całej stopie”. Ja na to, że nie ma mowy. Zdaję sobie sprawę, że trening na wysokim poziomie to jest duże ryzyko.

Fizjologicznie fenomenem nie jestem. Moją mocną stroną zawsze była dynamiczna stopa, odejście i długi krok. I miałbym zrezygnować ze swojego największego atutu? To było nie do pomyślenia. Uważam, że lepiej mieć dwa lata takie, jak ja miałem w 2001, 2002 niż 10 lat jak 80% polskich biegaczy. Może i są bez kontuzji, ale i bez większych osiągnięć. Podejrzewam, że gdyby zapytać każdego z nich, czy podjęli by ryzyko, to odpowiedzieliby, że tak. To jest jak z samochodami: jak się nie ma silnika, trzeba nadrabiać czymś innym, aerodynamiką czy zawieszeniem.

czapi_1.jpg
Memoriał Kusocińskiego 2008, źródło: PUMAPRO

Dlaczego przegrałem bieg na tegorocznym Memoriale Kusocińsiego w Warszawie? Bo wszedłem w grupę i musiałem skrócić krok. Wszyscy się pytają, dlaczego biegam z tyłu. Zawsze pierwsze 500, 600m myślę o sobie, a później o rywalach. Myślę, żeby biec luźno i optymalnie i dlatego zostaję z tyłu, a potem wymijam, ponieważ mam rezerwy.

Przegrałem bieg na Kusym, ponieważ wszedłem w grupę i musiałem skrócić krok. Zacząłem się przepychać, zmieniać rytm i cały czas myślałem, żeby tylko nie dostać kolcem. Na ostatnich 100m wyszedłem, ale miałem już miękkie nogi, co nie zdarzyło mi się wcześniej w sezonie. Czyli jest to przykład, że moim głównym atutem jest technika i ekonomiczne pokonywanie dystansu. No i związane z tym ryzyko kontuzji.

Śmieję się, że kontuzje w Polsce to mają zawodnicy u trenera Króla, a u innych trenerów to się nazywa „obiektywne problemy w realizacji procesu szkoleniowego” (śmiech). Pamiętam, ile w prasie było różnych komentarzy na ten temat mojej kontuzji. Kontuzje od Króla są bardziej marketingowe, więcej się o nich mówi. Ale np. Bartek Nowicki ma 24 lata i jest już po dwóch operacjach, gdzie ja miałem pierwszą w wieku 30 lat, Chabowski też miał operację, ale o nich się tak głośno nie mówi. Więc po prostu „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Inna sprawa, że ja do tego feralnego 2002 roku nigdy nie miałem problemu z kontuzją i nie byłem nauczony pewnych zachowań. Bolała mnie pięta, myślałem: „przejdzie”. Od tamtego czasu wszystko, co zaczynało mnie pobolewać, zawsze przeradzało się w coś poważnego.

W tej chwili podchodzę do tego inaczej, bardziej dbam o odnowę biologiczną, regenerację. Jak człowiek ma 22, 23 lata i zaczyna biegać w sposób wcześniej dla niego niewyobrażalny, to mu się wydaje, że zawsze już tak będzie. Patrząc z perspektywy, to bardzo łatwo mi się udało wejść do światowej czołówki, ale wiem, że nie dojrzałem do tych sukcesów, które osiągnąłem i było dużo mojej winy związanych z kontuzjami.

W grudniu 2002 byliśmy na Wyspach Kanaryjskich z 400-metrowcami, to na rytmach się z nimi zabierałem bez problemu, byłem w takiej dyspozycji. 2003 miał być moim rokiem, miałem na świecie wszystkich roznosić, a tu nagle boli coś. Decyzja o dłuższej przerwie była wtedy chyba niemożliwa do podjęcia. Za bardzo byłem „nakręcony” na wielkie bieganie. Podsumowując: niczego nie żałuję i gdybym się miał cofnąć o te 6 lat, to inaczej podszedłbym jedynie do sprawy odnowy, ale na pewno nie zgodziłbym się na inny trening. Bo ten trening tak naprawdę przesunął mnie do przodu.

Przyszedłem do Króla z wynikiem 1:46,57, ale z takiego treningu bardzo ogólnorozwojowego. Mój poprzedni trener Ksokowski był chory na punkcie przetrenowania i ja bardzo delikatnie trenowałem. Zresztą zawsze byłem delikatny, nie mogłem mocniej trenować. Przyszedłem do Króla, a tu odwrót o 180 stopni. Posadził mnie przed sobą w 2000 roku i mi wytłumaczył, jaką ma wizję, jak on do tego podchodzi. 2 sek. postępu na dystansie 800m to była zupełna zmiana filozofii treningu. Dostałem to, czego potrzebowałem: siłę, technikę, która jest następstwem siły i trening seniorowski. Kolejny zarzut, który stawia się Królowi jest taki, że on nikogo nie wychował. To oczywiście nie jest zarzutem słusznym z obiektywnego punktu widzenia. Bo kto inny uczy nas dodawania do 10 w podstawówce, a kto inny liczb zespolonych na studiach. I taki profesor z uniwerku miałby chyba problem uczyć siedmiolatki dodawania Król, jeśli chodzi o trening seniorski facetów, uważam, że jest najlepszym fachowcem. Ma przede wszystkim potrzebne doświadczenie, żeby z seniorami pracować. Bo u juniora to tak naprawdę postęp bierze się głównie z rozwoju biologicznego. I wystarczy takiemu młodemu w treningu za bardzo nie przeszkadzać to na pewno pójdzie do przodu. A postęp u seniora to głównie robota. I tu nie wystarczy „generalnie się nie mylić w treningu”. Tu w treningu trzeba mieć rację. Wszyscy Króla od czci i wiary odsądzają, ale proszę zapytać któregokolwiek zawodnika, czy by źle mówił o trenerze Królu i jego treningu. O innych trenerach, no niestety, jak się posłucha zawodników, to uszy więdną.

Nie ma innej drogi dla nas „białych” niż taka chamska robota na granicy. Bieganie to jedyny sport, gdzie jesteśmy ofiarami dopingu genetycznego, naturalnego, bo Kenijczycy, Etiopczycy przebijają nas genetycznie. Dlatego na 800m biali jeszcze wiele znaczą. Tu nie ma jednej dominującej cechy. A na dychę z takim Bekele nie da się wygrać.

Sporo namęczyłem się tymi kontuzjami, bo rozścięgno podeszwowe to był rok 2003, 2004 a potem była masa różnych kontuzji związanych z takim niedotrenowaniem notorycznym i z próbami zbyt szybkiego powrotu na top. Aparat ruchu, który mamy, jest jakoś ustawiony. Ja przez te kontuzje go rozregulowałem. I dopadła mnie plaga drobnych urazów, które nie powodowały długich przerw, ale rozwalały cały proces szkolenia. Bo tydzień czy dwa przerwy to nic strasznego. Gorzej jak się to przytrafia 3-4 razy w okresie przygotowań. Ucieka krytycznie ważna dla mnie rzecz – ciągłość treningu. Bo ja tylko przez systematyczność jestem w stanie osiągnąć przyzwoity poziom wytrzymałości. Koncentracja na treningu wytrzymałościowym zawsze mnie dołowała w kontekście biegania 800m. Apogeum tych moich problemów było zmęczeniowe złamanie piszczela w 2006 roku. Bez silnych środków przeciwbólowych nie byłem w stanie nic robić. A dwa miesiące na prochach zupełnie zniszczyło moją wytrzymałość. 600 m jeszcze w 1:16, czyli swoje, byłem w stanie pobiec. A 800 to już pod koniec 1:54 wychodziło.

Pamiętam zabawę biegową na pięćsetkach po 1’30’’ z Grześkiem Krzoskiem. On po dwóch seriach miał chyba zakwaszenia 4 mmole (czyli normalnie) a ja ponad 12. Wcześniej bywało, że po pięćsetce w 1:05 miałem mniej. Stwierdziliśmy więc z trenerem, że zerujemy aparat ruchowy. Cztery miesiące zupełnie zapomniałem, że jestem sportowcem i w grudniu zacząłem od zera trening juniorowski. Duża objętość. W styczniu 2007 zrobiłem ponad 500km, a do tej pory rekordowo miałem niecałe 400km. To była taka łagodna praca, żeby poprawić tlen, żeby z powrotem aparat ruchu ustawić na właściwym torze. I nie mam teraz kontuzji, co przez ostatnie cztery lata było czymś notorycznym. Jak miesiąc przetrenowałem, normalnie to było święto. Teraz mam naprawdę przyjemność z biegania. Bo super mi się biega nawet na zawodach, czuję, że mi się leci, a kiedyś to była taka żyła, przez ostatnie trzy lata, żeby nadrobić. Ten sezon jest efektem dwóch lat, kiedy tak naprawdę zacząłem od zera. Fakt, że miałem w roku 2007 dwumiesięczną przerwę, bo poszedłem na operację na to rozcięgno. Cały czas bolało i mimo że mogłem robić trening śmiało, to wolałem nie ryzykować i się zoperować. Okazało się, że na dwa paznokcie było zwapnień, zwłóknień i to mnie uwierało. Teraz się dziwię, że mnie nic nie boli. Wszyscy w koło marudzą, a ja nic. Już się odzwyczaiłem normalnie trenować i robić robotę. Efekty jakieś są.

869_8.jpg
Grupa biegaczy i trenerów przed wylotem na Igrzyska do Pekinu. Paweł pierwszy z lewej. źródło: PUMAPRO

Jeżeli robisz trening, to się zastanawiasz, co i dlaczego? Czy jak trener coś powie, to robisz bez szemrania?

To, co różni Króla od większości trenerów to to, że on rozumie trening, wie, dlaczego dane środki wpływają na poprawę formy. Każdy wie, że trzeba je robić, ale jak robić, żeby nam służyły, żeby szybciej biegać, z tym nie jest tak prosto. Ja mam już trzydziechę na karku, 15 lat treningu, sam wyczuwam, co jest potrzebne i mówię trenerowi, sugeruję, ale do niego należy decydujące słowo. Mam prawo powiedzieć, że mi się nie chce tego treningu zrobić i wtedy go nie robimy. U Króla jest bardzo ważne reagowanie na stan organizmu, nie ma tak, jak często to bywa, że jest robota do zrobienia, to robimy, potem się zobaczy. A tu jest cały czas dzień dzisiejszy, jak się źle czuję, to przenosimy, jak jutro się źle czuję, to robimy coś innego.

Co mi się podoba – np. dwugłowiec sobie naciągnąłem i przez cztery dni nawet nie mogłem truchtać, ale poszliśmy na trening i odkryliśmy, że mogę robić skip A i na 18 milimoli zrobiliśmy trening tempowy. Czyli nie zawsze musi to być bieganie, to jest właśnie ta umiejętność rozumienia procesów, które decydują o formie. Mówi się, że ważne jest aby zawodnik prowadził dzienniczek. Ja swój dzienniczek wyrzuciłem 2 lata temu, bo stwierdziłem, że jest moim największym wrogiem. Szczególnie jak miałem te kontuzje. Uważam, że do Aten nie pojechałem przez dzienniczek, bo robiąc trening tempowy spojrzałem na trening sprzed dwóch lat, po ile biegałem, i chciałem to koniecznie powtórzyć. Powtórzyłem i tak się zarżnąłem, że leżałem i pół godziny umierałem, gdzie dwa lata wcześniej był to trening budujący. I zdołowałem się. Po tygodniu był start i zabrakło mi 39 setnych. A gdybym spokojnie, ładująco zrobił trening, nie patrząc do dzienniczka, to pewnie byłoby inaczej. Teraz uważam, że dzienniczek powinien prowadzić trener. Bo to on ma zbierać doświadczenie i wyciągać wnioski. A dla mnie ważne jest tu i teraz, a nie coś, co było ileś tam lat temu.

Działamy na żywym organizmie, który się zmienia. Po zawodach w Ostrawie w tym roku to dopiero kilka dni później zacząłem się dobrze czuć, a kilka dni po biegu na rozbieganiu miałem zakwasy. Wcześniej dużo szybciej się regenerowałem.

Trenuje z nami Piotrek Dąbrowski, to on robi tę robotę, co ja sześć lat temu, skomasowanie akcentów, a ja robię połowę tego co on. No ale nie muszę, bo w tym wieku to tak naprawdę już pewne rzeczy mam wytrenowane. Sam przykład ubiegłego roku, gdzie w grudniu zacząłem biegi ciągłe po 4:30 i to przez trzy tygodnie na tym poziomie, byłem tak słaby, a jeszcze do 1:45,90 doszedłem i to z poziomu 1:53 rok wcześniej, gdzie, powiedzmy, w wieku 18 lat jest to niemożliwe: z 1:53 na 1:45, bo to jest jakiś proces. Czyli w jednym punkcie byłem na 1:53, ale za rok byłem już na 1:45 i jeszcze w tym cztery miesiące przerwy, okazuje się, że to wytrenowanie gdzieś siedziało. Wiadomo, 15 lat treningu też zmienia człowieka, ja jestem inny jako urządzenie do biegania, jestem inny niż 15 lat temu. W tym kontekście ta świadomość treningu jest ważna. Ja zawsze się śmiałem, że żeby w Polsce przetrwać do seniora trzeba być uzdolnionym genetycznie. A szczególnie trzeba mieć jeden gen – gen opieprzania się. Pamiętam czasy juniorowskie, jeździliśmy na obozy kadrowe. Przed wyjazdem na taki obóz Mieciu Ksokowski tydzień truł mi głowę, że jak tam pojadę to mam się umiejętnie obijać. Cała grupa juniorów biegała, potem długo, długo nic i ja z Wiolą Frankiewicz u trenera Wolińskiego – to był trener klubowy Wioli. On miał na kadrze chłopaków, no i Wiolę. No Ci chłopacy robili taką robotę, jaką zawsze robili, a ja z Wiolą zawsze najwolniej, najmniejsze odcinki, dłuższe przerwy i jeszcze najbardziej się męczyłem.

Wiadomo, są ludzie, którzy muszą robić robotę i tę robotę wytrzymują i biegają super jako seniorzy. Ale to jest mniejszość. Ja obserwuję, jak młodzi trenują, co oni robią za treningi, ja jestem w szoku!

I oni oczywiście szybko dochodzą do wyników, teraz jak spojrzeć na wyniki młodych grup wiekowych, to one się przesunęły, 1:50-1:51 u juniora na nikim wrażenia nie robi. A potem coś się dzieje z nimi niedobrego. Lewandowski, rocznik 87, był pierwszym zawodnikiem poniżej 1:47 po roczniku 78! A pamiętam jak z Wojtkiem Kałdowskim przeglądaliśmy kilka lat temu tabele juniorowskie. Konkluzja była jedna – za 4-5 lat to dopiero będzie ciężko! U nas chyba jednak system szkolenia jest głównym winowajcą, a nie trenerzy, bo ja uważam, że w pewnym wieku powinno się stawiać na ilość, a nie na jakość, bo jest za duża presja na wynik młodych zawodników, bo to pieniądze jakoś tam idą za punkty. To jest bez sensu, bo to zawsze trener jak widzi, że ma dostać jakąś dotację, to potrenuje mocniej, a później są dumni, że mają super juniorów, a na seniorów to się nie przekłada.

A czasami też nikt nie da tym młodym czekać, bo trener myśli: jak będę miał słabych zawodników, co się nie łapią do finałów, to zawsze będzie w środowisku, że jestem słaby, bo kogo mam w grupie? Czyli uważam, że trenerzy powinni być rozliczani za ilość. Masz 50 osób, miej te 50 osób, jakoś je trenuj i nie powinno mieć znaczenia, czy ty masz medale MŚ czy MP, ważne, żebyś miał dużo ludzi, żeby zachęcić jak największą ilość młodzieży, bo to ja sam widzę, że dobry 15-latek nie musi być dobrym seniorem. Sam widzę po sobie – nigdy nie byłem najlepszy w tych latach juniorowskich, wynikowo byłem w ścisłej czołówce, ale nigdy się jakoś nie przebijałem. Miałem jeden medal z juniora przez 4 lata na 800m. Nie było tego sztucznego przyśpieszenia, które jest niejako przez system też kreowane, no i tak to potem wychodzi, że młodzi mają 20 lat, a już wymiotują treningiem.

czapi_3.jpg
Mistrzostwa Polski – Szczecin 2008, źródło PUMAPRO

Myślałeś kiedyś o tym, żeby zmienić dystans, bo może te 800 to nie jest dystans dla ciebie?

Wiesz, na czym polega teoria bąka? Otóż naukowcy stwierdzili, że bąk ma za małe skrzydełka w stosunku do ciała i że on nie ma prawa latać, ale bąk o tym nie wie i lata. Tak samo ja, odkąd pamiętam, ja zawsze byłem niby typowy do 1500m, za wolny na 800m, a zawsze mi te 800 wychodziło. Często myślałem o przedłużaniu, ale ja nie mam głowy do półtora, to jednak trzeba mieć psychikę, ja jestem na ból bardzo słabo odporny, a w 800m jak zaczyna boleć, to już trzeba ruszać, a na półtora… Słabo znoszę ten dystans.

Cały czas mówisz o takim delikatnym przedłużeniu, a ja myślałem o większym.

A nie, nie, w życiu, mówisz o piątce np?

No, albo i dalej jeszcze.

Nie, nie, zresztą ja biegi ciągłe biegam po 3:50 i 3:40, to było by wszystko co bym tlenowo mógł zrobić, zawsze byłem w tym bardzo słaby. Budowę mam najbardziej maratońską ze wszystkich biegaczy, bo jestem strasznie chudy, najbardziej chyba Kenijczyka przypominam. Tak sobie ostatnio pomyślałem, że jestem chyba takim produktem na miarę. Bo 800m to taka mieszanka cech. A jak mieszanka to ważne są proporcje. Chyba nikt nie wie, jakie są idealne, ale ja musiałem zalosować całkiem nieźle. Bo ja nie mam ani jednej cechy, którą bym się wyróżniał. Nawet w Polsce. Jest wielu ośmiusetmetrowców wytrzymalszych ode mnie, wielu szybszych i silniejszych. Wielu przebija mnie we wszystkich cechach jednocześnie. Ale stajemy na bieżni i mi te 800 najlepiej wychodzi. Cholera wie, czemu Bo nie wszystko można chyba zgonić na trening. A 5 km? Dla mnie to bardzo blisko sportów ekstremalnych. Nie wyobrażam sobie siebie, zresztą nigdy nie biegłem dystansu dłuższego niż 1500m.

Czytałem kiedyś, że sprzedałeś dobytek po to, żeby móc się utrzymać i żeby móc kontynuować bieganie, tak?

Ja w pewnym momencie popełniłem jeden bardzo duży błąd: rozdrobniłem się. Poszedłem w biznesy, knajpki jakieś tam. Nie szło mi z bieganiem i chciałem mieć drugą nogę, ale okazało się, że ani tam nie mogłem tego przypilnować, ani tutaj. Mieszkanie musiałem sprzedać, żeby też wyprostować sprawy te biznesowe, ale wynikające też z tego, że wypadłem ze szkolenia. Nabiegałem 1:48,5 dostałem trzy obozy krajowe, żadnego stypendium, nic i mówię: co dalej? I wiedziałem, że potrzebuję tych trzech dych na przygotowania i sprzedałem mieszkanie. Chciałem kupić mniejsze, ale na razie się nie zdecydowałem i na razie to czeka.

Akurat dobrze, bo ja na nim dobrze zarobiłem, przez półtora roku prawie 200 tys. poszło do góry, czyli to też była dobra inwestycja. Z tym mieszkaniem to było jak salomonowe przelanie z pustego w próżne, bo z pustego mieszkania na puste konto. W tym mieszkaniu przebywałem może miesiąc w ciągu roku czy dwa. Ono stało puste i tak naprawdę to nie było coś ważnego, jak bym miał rodzinę, to bym się nie zdecydował na sprzedanie mieszkania, bo to by było bez sensu, gdzieś trzeba funkcjonować. A tak była to na pewno jakaś forma zasilenia budżetu, upłynnienia tego budżetu i niewiele zmieniło to moje życie, bo i tak 300 dni w roku na obozach się siedzi.

Czyli jesteś zawodowym biegaczem, zarabiasz tylko z biegania i zarabiasz, startując w biegach komercyjnych?

Ja jestem o tyle w dobrej sytuacji, że mam nazwisko jakieś tam i jadę na miting i śmieję się zawsze, że nawet jak nabiegałem w Moskwie 1:53.99 i ostatni przybiegłem, to te tysiąc dolarów zarobiłem. To jest problem w lekkiej atletyce, że długo, długo nic się nie zarabia, a potem już się wskakuje na pewien poziom i już nie spada. Oczywiście nie są to jakieś straszne kwoty, ale zawsze te parę groszy zarobiłem. I bardzo rzadko mi się zdarzyło startować za darmo w mitingach zagranicznych, zawsze tam jakieś kilkaset euro dostałem. Ale to nie jest ciągle nic wielkiego. W tej chwili generalnie pieniądze w lekkiej idą w dół przez te ostatnie lata, i w Polsce, i na świecie. Kiedyś się dużo lepiej zarabiało na zagranicznych mitingach. W Golden League tak – jak się jest w ścisłej czołówce światowej, to tak, dobrze się zarabia nawet teraz.
Ale jak ja, powiedzmy, mam 20-30 wynik na świecie, no to już nie jest tak różowo. Trzeba jeździć po tych mniejszych mitingach i tak jak ja mam jakiś tam sukces kiedyś, lepszą życiówkę, no to jakieś tam startowe zawsze dostanę. W lekkiej jest ten problem, że nawet jak pieniądze są, to trzeba wiele gąb wykarmić. W Polsce jest o tyle dobrze, że jest ten system szkolenia, są stypendia i to wszystko się jeszcze trzyma. U nas są jednak słabe kluby.

Jaki masz plan na życie po skończeniu biegania?

Myślę, że przede mną jeszcze ze dwa lata biegania na takim wysokim poziomie. Gdybym nie miał jechać w tym roku na Igrzyska, to dałbym sobie spokój z bieganiem. Chciałbym się jeszcze przypomnieć ludziom, wskoczyć na taki poziom, że będę zapraszany do programów sportowych czy do telewizji (śmiech).

Jakie ćwiczenia robisz ze sztangą?

Klasyczne, podskoki. Generalnie siłę dynamiczną. Taka jak u was na stronie, bo to było chyba ściągnięte z ćwiczeń, które robiła Edyta, zawodniczka, która kiedyś trenowała z trenerem Królem. Zawsze ćwiczenia ze sztangą robiłem trzydziestką (30kg), potem, jak były te kontuzje, też trzydziestką łupałem, a w tym roku dwudziestką, czyli z samym gryfem. I zauważyłem, że dobrze biegam, dynamicznie, super się czuje, czyli znowu dostosowałem trening do moich możliwości, a nie odwrotnie. Bo to też jest bolączka wielu trenerów, że oni zawodników dostosowują do treningu, a nie odwrotnie. To zawsze było moim szczęściem, że przez 15 lat kariery trening był dostosowywany do mnie. Niewielu może się pochwalić ze tak się udało. To sobie chwalę u trenera Króla, który jest w kategoriach realnych najbardziej skutecznym trenerem w Polsce. A on nie tylko, że nie jest powielany, wręcz jest negowany. Bo spytasz dziesięciu trenerów, to dziewięciu zaneguje albo powie, że trener Król, jedzie na talentach. Zupełnie jak gdyby wszyscy, którzy do niego przyszli, to nie wiadomo jakie talenty.

U nas w grupie jest tak, że ja przez 8 lat to może z 10 treningów zrobiłem z kimś na zabawie czy na ciągłym, zawsze głównie sam, zawsze trening dostosowany do mnie. Bo śmieszy mnie, jak zawodnik każdy ma swój sporttester i jeszcze jest mierzenie kwasu, a oni i tak w czwórkę biegają wszystkie treningi razem, no to po co? Po to są te pomiary, żeby to dostosować. U nas w grupie czasami wszyscy robią zabawę na tych samych odcinkach, ale ktoś ma przerwę np. półtorej minuty, ktoś minutę, ktoś biega szybciej, ktoś wolniej. Ludzie myślą, że wszyscy robią ten sam trening, a to nieprawda, w rzeczywistości to jest różny trening. Choć nie do końca – to ma być z założenia taki sam trening, ale fizjologicznie. Bo przecież jak teraz przerwiemy wywiad, pójdziemy obaj na stadion i przebiegniemy kilometr w 3 minuty to ktoś z zewnątrz powie – zrobili to samo. A przecież obaj wiemy, że będą to dwie różne rzeczy.

|

czapi_2.jpg
Mistrzostwa Polski – Szczecin 2008, źródło: PUMAPRO

Nie zaprzeczę. Jak to się stało, że 8 lat temu zacząłeś trenować z trenerem Królem?

Mój trener poprzedni zmarł w grudniu, ja wtedy miałem kłopoty ze zdrowiem, brałem antybiotyki i w ogóle nie trenowałem. Zastanawiałem się nad dwiema opcjami: żeby wybrać Wegwertha lub Króla. Wegwertha znałem z makroregionu, z nim tam trenowałem, to był trener Ostrowskiego, ówczesnego rekordzisty Polski, z kolei Król miał wtedy Kałdowskiego, medalistę halowych ME. Co ciekawe skłaniałem się ku temu pierwszemu, bo jakoś czułem, że jeśli chodzi o typ zawodnika bliżej mi do Ostrowskiego niż do Kałdowskiego. Wybrałem Króla, uważam, że bardzo słusznie, on był wtedy trenerem kadry, do tego z sukcesami. I odpadał problem współpracy z dwoma trenerami. Zawsze się śmiejemy, że od trenera Króla to nie wiadomo gdzie pójść. Jak bym miał teraz zmieniać trenera, to nie wiem, chyba bym skończył trenować. U niego ma wszystko ręce i nogi, trudno się zajechać czy przekroczyć tę granicę.

Biegasz ze pulsometrem, tak? Każdy trening?

Tak, ale teraz już nie każdy trening. Taka ciekawostka, że o 15 uderzeń mi się tętno obniżyło np. na niektórych treningach w wieku 20 lat to miałem tętno 180, teraz mam 165. Od kilku miesięcy nie biegam z paskiem, bo jednak sam potrafię wyczuć tempo, ale do tej pory starałem się biegać z nim, bo np. w roku 2005 za szybko biegałem rozbiegania. I potem zobaczyłem, kurcze, ale ja nie miałem żadnego luźnego rozbiegania, zawsze to było takie na siłę.

Ale teraz, raz, że pasek mi się gdzieś zepsuł i tak jakoś się odzwyczaiłem i na biegi ciągłe i te podobne zakładam, a poza tym generalnie już nie. Na tempie też już nie używam, bo to jest bez sensu. Bo przy np. 200-tkach trzeba pewne prędkości realizować bez względu na tętno. Ale na zabawie biegowej już mam, bo to jest wtedy praca tlenowa. Pasek generalnie jest do pracy tlenowej, do innej to już niepotrzebne, bo tam jest za duża granica błędu i to nie o to chodzi.

Rozmawiacie z trenerem, jak potencjalnie jesteś w stanie pobiec jeszcze na 800m?

Jedno, co mówimy, to że raczej ten rekord Polski (1.43,22 – dop. redakcji) mój to jest już nie do pobicia przeze mnie. To był wystrzał, bo ja drugi wynik mam 1:44:30, to był taki dzień konia, trafiło mi się, po prostu nabiegałem. Moim marzeniem jest połamanie raz jeszcze 1:44, chociaż raz. Ważny jest poziom, na jakim się potrafi biegać regularnie i ja myślę, że bieganie 1:45,5 regularnie i łamanie tego od czasu do czasu to jest to, co bym chciał biegać i co może dać wysokie miejsce na imprezach docelowych. Jeżeli się łamie 1:45, to ja wierzę, że przy moim treningu, przy współpracy z trenerem Królem, uważam, że jestem w stanie zawsze być wysoko na tych głównych imprezach, bo też trening mamy taki, że troszeczkę lepiej niż inni wytrzymuję te długie turnieje.

Ja lubię bieg, gdzie nie ma pacamakerów, gdzie jest 8 ludzi, gdzie mogę rzeczywiście tą swoją mocną końcówkę wykorzystać, którą mam dzięki temu, że optymalnie przebiegnę pierwszą część dystansu. Pekin to był wypadek przy pracy. Bo ja w takich biegach świetnie sobie zawsze radziłem. Ale brakło mi takich biegów w ostatnich paru latach i zapomniałem jak się coś takiego rozgrywa. Mam nadzieję, że teraz to już do końca kariery zapamiętam.

Wielkich oczekiwań nie mam co do tego sportu, 6 lat temu miałem dużo większe, teraz to tak już spokojnie. Myślę, że jak bym teraz pobiegł 1:44, to bym to sto razy bardziej docenił teraz niż jak nabiegałem to w wieku 24 lat, gdy to wszystko łatwo przychodziło. Teraz sobie myślę – jaki człowiek był głupi, że tego nie doceniał…

Jak obiegujecie jakieś te tempa startowe, to czy macie wizję np. że jak robicie te 300-500m, to żeby robić to w jakimś konkretnie założonym tempie?

Wizja tempa na 800m to ostatni odcinek nie wolniejszy niż 13 sek/100m. Bo taką mamy prędkość docelową. To jest na 1:44,0. Tempo mamy jedno główne: 3x500m, zaczynamy od 1:08, kończymy na 1:04-1:05. Ważne jest, że jeśli czuję, że nie dam rady przebiec ostatniego odcinka po 13 sek. to albo skracamy ten odcinek albo w ogóle go nie robimy. Rzeźbienie ostatniego odcinka i kończenie go bez odpowiedniej dynamiki kłóci się z filozofią ośmiuset metrów. I może kształtuje charakter, ale na charakterze to jeszcze nikt tego dystansu nie pobiegł. Ale takie tempo mamy jedno, dwa w sezonie. Dużo takiej roboty „tempowej” robimy na sile biegowej, to jest takie przesuwanie granic swoich możliwości, ale nie biegając, tylko skipując. Jak jesteś w stanie dynamicznie robić skip B na 16 mmolach to możesz być pewien, że nie będziesz miał problemu z biegiem na takim zakwaszeniu. A to jest właśnie ostatnia stówa. Generalnie treningi można podzielić na dwie grupy: trening adaptacyjny, czyli tempo, przyzwyczajasz organizm do danego wysiłku i trening polegający na budowie potencjału siłowego i wytrzymałościowego. U Króla dominuje ten drugi rodzaj. Czyli mało tempa, dużo treningu ładującego. Nawet w sezonie. Co pozwala dość długo trzymać formę.

Na jakich odcinkach robicie siłę?

Siła dzieli się na dynamiczną na siłowni, no i siłę biegową. Robimy siłę biegową taką krótką, która ma budować dynamikę, i wytrzymałość siłową, czyli na odcinkach ponad 200m na zarżnięcie, na krótkich przerwach na zakwaszenie 16-17 mmol, bardzo mocno. To też jest ważny trening, bardzo eksploatujący, ale równocześnie bardzo budujący. Jak robiłem szlif, to czasem robiłem tak, że to tempo na odcinkach 500m zrobiłem, potem 200-tki takie spokojne i ze dwie specyficzne siły – to było na płaskim odcinku. Powiedzmy: 50m skip A, potem 60m skipu B i wieloskoku, i to jest odcinek, powiedzmy, 170m bardzo intensywnie, półtorej minuty przerwy i tak trzy odcinki, po tym miałem już gdzieś 12 mmol zakwaszenia i potem jeszcze powtarzałem to dwa razy. Ale jest tak, że jak wracam i mam zacząć trzeci odcinek, to już po prostu ledwie nadążam, żeby wrócić, nie jestem w stanie złapać oddechu, a już następny odcinek trzeba zacząć. Czyli czasem to jest takie chamskie zmęczenie, które na 800m jest bardzo ważne na ostatnich 200m.

Jak patrzymy aktualnie na biegi średnie na świecie, to widać, że jest duży regres wynikowy, bardzo daleko są ludzie od tego, jak biegali w latach 80 za czasów Sebastiana Coe, potem Kipketera. Jaka według ciebie jest przyczyna tego?

Podejrzewam, że farmakologia. I mówię tu o ogólnym poziomie konkurencji. Bo jednostki jak Coe czy Kipketer zawsze się będą zdarzać. Lata 80te ogólnie są postrzegane, jako apogeum dopingu. Nie było takich kontroli. Choć z drugiej strony teraz pewnie środki dopingujące są lepsze. Od tego czasu poziom powoli zaczął się obniżać. Szczególnie po Sydney. W Atlancie 1:42,90 nie dawało medalu! A w Pekinie i Atenach 1:44,5 dawało złoto.

Poza tym jak dwóch, trzech biega regularnie po 1:42, to za nimi następuje wysyp ludzi po 1:43. Bo są po prostu takie biegi. Tak było w 2001. Na przykład wtedy, gdy poleciałem rekord Polski, to zając miał 400m w 48,17! A za nim sznurek ludzi, żadnej luki nie było. Teraz nie ma nikogo, kto by chciał tak szybko biegać, więc wszyscy zadowalają się wynikami po 1:44. W tym roku Kaki poleciał 1:42 (gdzie od 2003 nikt tak szybko nie biegał) i wywołał pewną presję. Efekt? W Monako dwa wyniki poniżej 1:43, kolejnych 3 poniżej 1:44. Czyli jak trzeba to się chłopaki zbierają. A że rzadko ostatnio trzeba…

Dzięki za rozmowę i powodzenia.